Sezon Ogórkowy, czyli „Gdybyś tylko chciała” … ;)

Lubię lato, ale jeśli spędzam je na tym, co widzicie….
Dziwię się, że przetrwałam te okropne upały. Wciąż jakieś rodzinne, mniejsze i większe uroczystości, przyjazdy i wyjazdy latorośli( oraz ich przyjaciół) i ja bez przerwy w kuchni. Nasz DOM przyciąga jak magnes, wszyscy go lubią, wszyscy zachwycają się jedzeniem, które przyrządzam, ale…
ale, cholera jasna, ja też potrzebuję odpoczynku!
Marzyłam o morzu; kocham Bałtyk i nic nie ładuje tak akumulatora moich sił życiowych, jak nawet tylko kilka dni nad naszym morzem.
Zaplanowałam wyjazd nad morze, kilka wersji.
Los chyba jednak uwziął się na mnie: Temu akurat nie pasuje, Ta mogła , ale już nie może, Ta znów w szpitalu, Tamten gdzieś jedzie, Latorośle gdzieś w świecie. Księżna Matka nie ruszy się, ponieważ w sierpniu musi dopilnować formalności związanych z budową nowego zamku, R. woli nad jeziora ...
Szlag trafił! Nie wiadomo o co chodzi( a jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o….)
Ok, to pojadę sama albo wcale nie pojadę. O! Zrobię ogólnie na złość wszystkim , nie tylko dlatego, że aż tak będą mnie teraz żałować i współczuć mi ; nie kochani, ONI powinni wiedzieć już jak gorzkie/ dla nich/ konsekwencje może przynieść jesienią brak mego odpoczynku/ i brak widoku morza w sierpniu/!
Żart żartem; stanęło na tym, że tego lata tylko młodzież wyjeżdża; my, starzy mamy obejść się smakiem ( bo to i tamto).
Nie pozostało mi więc nic innego, jak zdjąć kokardki z włosków, nie zaciskać piąstek ,nie tupać nóżkami i nie rozpaczać. Nie pojadę( bo to i tamto).
Poza tym ktoś i tak musi przerobić te ogórki(acha: jeśli ktoś powie dziś przy mnie słowo” ogórek”- zrobiłam ogórki kiszone, ogórki w curry, ogórki w miodzie, ogórki z kurkumą- to , uprzedzam, sprawię, że słowo” paw” dostanie realnego wymiaru , w tym nieeleganckim jego znaczeniu, of course ;))

*

Pewnego dnia przybył w rodzinne progi mój Pierworodny. Świeżo upieczony magister był nieco zaskoczony tym, że widzi mnie szorującą kratę od grilla, a już wyraźnie zniesmaczony moimi słowami:
„o, dobrze, że już jesteś dziecko, pomożesz mi przygotowywać grilla na tę TWOJĄ jutrzejszą imprezę!”
Usłyszałam tylko”Dobrze, zaraz”- i tyle widziałam go.
Gdy około dziesiątej wieczorem nadal byłam zajęta ( przygotowywaniem jego imprezy) , oznajmił:
wiesz Mama, to nieładnie, że jestem tak witany w domu. Ty wcale nie masz dla mnie czasu.
Pomyślałam, że ma szczęście, że jest moim synem, bo inaczej miałby chyba zaraz wbity nóż( ten nóż, którym akurat obierałam fasolkę i ziemniaczki na jego jutrzejszą imprezę) w jego durne ciało.
Uświadomiłam swej uroczej Latorośli płci męskiej, że właśnie przyjechał DO DOMU, a nie na kolejne swe spotkanie biznesowe czy bankiet w hotelu. I żeby wybaczył mi, że widzi mnie spracowaną, spoconą, a nie w eleganckiej kreacji w najbardziej cool restaurant przy zastawionym stoliku ze świecami,zachwycającą się w nieskończoność jego podbojami świata. Shit!
Impreza z jego znajomymi udała się . Nie mogli uwierzyć, że to wszystko sama zrobiłam.
Kilka dni później Pierworodny zadzwonił:
-Mama, tak pomyślałem: Ty tylko ciągle ten dom i praca, miasto i ten Twój ogródek( nikomu tak naprawdę niepotrzebny) i te tam różne przetwory.I teraz ta budowa domu. Ty nie pojedziesz nad morze,Ty nigdzie nie pojedziesz w tym roku, bo ciągle MY i DOM…dlatego wypatrzyłem fajne miejsce w Tatrach…Jadę tam zaraz z S. Gdybyś tylko chciała, gdybyś nie była taka uparta! Proszę, pojedź z nami , ja oszczędziłem trochę, stawiam!
Przyznam, wzruszyłam się.
Ale i tak powiedziałam swoje:
– ale przecież wiesz, że wysokie góry mi niewskazane, źle znoszę taki klimat i tak ostre powietrze!
– oj Mama, Ty większość rzeczy niby źle znosisz, a i tak świetnie się trzymasz!Zawsze przesadzasz! Nie, nie musisz wspinać się z nami; ważne, żebyś pojechała i odetchnęła trochę od WSZYSTKIEGO! Tylko włóż jakieś wygodne buty, nie muszą być eleganckie, mają być wygodne, pamiętaj, że to góry!
Pewnie chciał dodać, że to ” nie rewia mody”.Dobrze,że się powstrzymał!
I tak kiedyś zamorduję gówniarza! :)))

*

Kochani, to chyba jakiś swoisty symbol mego życia:
marzyłam o morzu, a jadę w góry!
Kocham góry, bardziej jednak zimą.
Ale jak się nie ma co się lubi…

Jeśli nie padnę gdzieś w Tatrach, na pewno zdam relację z tego mego spontanicznego wyjazdu z Pierworodnym!

Tymczasem

HEJ!

;)))

z internetu

***

Adriatyk ;)

Kochani
melduję , że ( choć nie wiem, czy to dobrze, czy nie) :
jestem!
Nie zginęłam (ani nie zaginęłam ) w żadnej akcji.
Jak to moja, Śp. Prababcia mawiała: konsumuję czas wolny. Czas wolny -czyli staram się oddychać pełną piersią po wyjeździe Małej W. i reszty na wakacje.Młody Lew wyjechał do Wrocław City i szykuje się do wyjazdu do Londynu. Pierworodny po swej świetnej obronie pracy magisterskiej , zaplanował wyjazd z najlepszym kumplem do przyjaciół do Włoch.W ostatniej chwili Mała W., która doskonale zna Marę i Alicję zdecydowała, że też chce tam lecieć.
Nie opiszę tu całego cyrku z dołączaniem jej biletu do ich rezerwacji; wystarczy chyba to, że (po wcześniejszym uzgodnieniu w liniach właściwych! ) podczas check- in poproszono nas o zameldowanie się w okienku przewoźnika, gdzie za chwilę kazano mi okazać dowód osobisty i potwierdzić, że jestem opiekunem prawnym Małej.W i że jej straszy, pełnoletni brat, przejmuje teraz nad nią opiekę! Przyznam: jestem pełna uznania! Tak powinno być.
Wcześniej jednak odbył się cyrk. Otóż dzień przed wylotem okazało się, że najlepszy przyjaciel Pierworodnego nie może lecieć!
Pierworodny wściekł się:
miałem mieć fajne wakacje po studiach, a przyszło mi pełnić rolę niańki rozbestwionej gówniary!
Kilka wieczorów spędziłam na tłumaczeniu Pierworodnemu, że Mała W. jest młodziutką kobietą, o ( God save us! ) charakterze bardzo podobnym do jego , ale ponieważ jest ( powtórzyłam) młodą kobietą,on ma czuć się odpowiedzialnym mężczyzną.
Etc.
Strawił. Z niechęcią. ;)
Nagle pojawił się plan( nie mój! ) przebukowania biletu na mnie.
Mama, poleć z nami! Mama, przecież lubisz te Włoszki! Mama, zasiedziałaś się i nigdzie nie latasz!No chyba w końcu możesz przełamać ten lęk przed lataniem! – bombardowano mnie tymi i podobnymi argumentami.
Nie! Nie i koniec! Pomimo tego, że kroiły mi się wakacje niemal za darmo ( domek nad Adriatykiem jest własnością Mary..) , odmówiłam. Wiem, wiem, wielu z Was czytając to stuka się w głowę. Odmówiłam z pełną świadomością swych ewentualnych strat. Nienawidzę upałów,fatalnie je znoszę, wystarczą mi wspomnienia z Majorki sprzed kilku lat! Miałabym teraz siedzieć do popołudnia w domku i nudzić się? Dusić się z gorąca i nie móc ruszyć się na krok?? Czytać książki, podczas, gdy moje śniadocere, włoskie przyjaciółki prezentowałyby swe wdzięki na plaży? A potem wyleźć, lekko brzoskwiniowa tylko i pływać wśród krabów o zachodzie słońca? Brrrr!!!
Zostałam. Zostałam, by odpocząć od ciągłych kłótni Małej W. i Pierworodnego. By zamknąć wszystkie drzwi i okna, osłonić się w cieniu domu przed tym koszmarnym upałem.
Posłuchać głośno muzyki…spotkać się z…
pójść wieczorem do ogródka,zrobić jakiś przetwory, pogadać z kwiatami, drzewami…uspokoić się, obmyślić plan A. i plan B.
I miało być tak:

Niestety, life is brutal.
Nie, nie ma tak dobrze!
– Mama- dźwięk głosu Małej W. rozrywa moją komórkę ( i moje ucho)- ten CAP nie chce ze mną iść do morza teraz! Mama, weź coś zrób, ten …( tu nie zacytuję) mnie denerwuje!!! Nie chce ze mną iść do morza, a obiecał mi, że będzie ze mną chodził i pilnował mnie! A poza tym jak jest po angielsku( to i to) , bo nie wiem o czym i jak mam rozmawiać z Alicją! Źle mnie uczyli, chociaż mam piątkę! To twoja wina mama! I czemu urodziłaś takiego debila? (jej starszego brata, przyp.red.) Acha, kupiłam ci sukienkę. Taką luźną, zmieścisz się! ;)))

Kto wynalazł telefony komórkowe???
;)))
*
Pojadę nad Adriatyk.
Jak skończą się upały.

;)

10458660_661267273957664_63151352659555217_n

***

* Wakacje ” pod psem” ;) *

A właściwie wakacje” pod dwoma psami”.
Po raz pierwszy była z nami nad morzem , prócz Saby, malutka, roczna Abi. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego razu mały chłopczyk widząc ją na plaży, powiedział ściszonym głosem do swego dziadka: ” patrz Dziadziuś, lis nad morzem! ” :)
Nie tylko ten maluch, ale wielu dorosłych zatrzymywało się przy nas i patrząc na Abi, mówiło: Lisek, mały lisek !
Faktycznie nasza ruda sunia, z tym śmiesznym, białym ” pomponem” na końcu ogonka, wyglądała( szczególnie o zachodzie słońca) jak mały lis. Ochrzciliśmy ją nad morzem naszym lisem pustynnym :)
Wakacje z psami mają specyficzny charakter i ogromny urok. Wszyscy psiarze spoglądają na siebie nawzajem z wielką czułością i dużym zrozumieniem. Nawet gdy Saba ugryzła sznaucera – brodacza monachijskiego ( Saba nie cierpi nachalnych samców;)) , właściciel tego amanta, przesympatyczny Anglik, natychmiast powiedział śmiejąc się” it’s ok, ok! ” :)))
Byliśmy z naszymi dwoma psicami; to jednak nic w porównaniu z pewnym państwem, którzy przyjechali na wakacje z..pięcioma basetami! :)))
Mieliśmy świetne wakacje; myślę, że nasze psy też ;)

***

Lato , lato ;)

czyli dzień jak ( niemal) co dzień ;)

Nad naszym jeziorem:

201307081339

201307081337
*

Odkryliśmy cudowne miejsce, nasze uroczysko . Słońce i cień, czyli dla każdego coś dobrego! ;)
A, że nic nie jest doskonałe, trzeba tam przyjechać albo bardzo wcześnie, albo bardzo późno, bo zwykle tu tłum ludzi….
201307081341
*

Abi poznała postawnego, wysokiego gentlemana ;)


Saba natomiast ciągle zastanawia się:
gdzie w tej wodzie jest mój pan i czy już mogę wskoczyć ratować go ? ;)
201307091349
*

Wracamy do domu. Jak fajnie było ochłodzić się!
201307091351
***
A wieczorem ja i moja Mała W., z którą zmuszona jestem spędzać wakacje ( God Save the Queen ( and me too! ;))), jeździmy często do naszego ulubionego zajazdu country na dinner( tak, tak, przy kolejnym, tak gorącym lecie i takiej aurze, można już zacząć przestawiać się na dinner / lub, jak ktoś woli: pierwszy konkretny posiłek / po osiemnastej… )
:)

***

Forever young, czyli…( cz.II)

czyli o spędzaniu urlopu z rodziną ……..;)

https://angiewitch.wordpress.com/2013/07/09/forever-young-czyli/

Część II

Choć byłam wściekła, nie pokłóciłam się wtedy z Panią Matką, ani specjalnie nie nakrzyczałam na swe męskie latorośle.
Ponieważ zmienić podejście Księżnej do pewnych spraw, jest niemal niewykonalne, a ja cechę tę najwyraźniej odziedziczyłam po niej,postanowiłam pójść na jakiś kompromis w sprawie mego wieczornego wychodzenia na piwo.
Następnego dnia spytałam:
-czy to nie doskonały pomysł, abym poszła dziś do tej sympatycznej knajpy, którą sama zachwyciłaś się, z Sabą? Wiesz, że tam psiarze mile widziani, ja będę całkiem bezpieczna z psem,a Ty spokojna!
– ja nie chcę spać dziś z Babcią! Bądź ze mną!- zapiszczała nagle Mała Wiedźma.
Jeszcze tego mi brakowało! Cały czas cieszyła się na myśl o wakacjach z Babcią i długich rozmowach z nią przed snem, a teraz nagle…
Ehh, jak już pech, to na całego!
Gdy usnęła, wyszłam z chłopcami z domku.
Księżna była i tak niezadowolona. Powodem może było nie samo moje planowane wyjście, ale sukienka, którą kupiłam tego dnia rano.
Gdy szliśmy rano( no dobra, w południe;)) na plażę, zobaczyłam z daleka mały sklepik z magicznym napisem na szybie:
LETNIA WYPRZEDAŻ
Musiałabym nie być sobą, aby , choć na chwilkę, nie podejść.
Chwilka zamieniła się w chwilę, potem dłuższą chwilę. Wyszłam pokazać się Księżnej.
– przecież to za ciasne na Ciebie!
Postanowiłam nie reagować impulsywnie.
-Mamo, ta sukienka jest DOPASOWANA, takie noszą, nie widziałaś??
-widziałam, ale nie podoba mi się to. Zbyt …seksowne.
– aha! To może przypomnę Ci Twoje sukienki z tamtych lat?!
To był argument poniżej pasa. Pani Matka zamilkła. :)
*

Wieczorem młodzi poszli w swoją stronę, ja w swoją. Oczywiście z psem:)
Usiadłam przy swoim ulubionym , wiklinowym stoliku blisko barku. Zanim zdążyłam przywitać się z szefem, obok mego stolika pojawiła się młoda, śliczna kelnerka i spytała, czy podać miseczkę z wodą dla pieska.
Jasne, że podać! A dla mnie- jeśli już ktoś by się pytał ;)- oczywiście zimne, jasne , bez soku. ;)
Lato to jedyny czas w roku, gdy lubię zimne, jasne. To też czas, gdy najbardziej lubię patrzeć na uśmiechniętych, bawiących się ludzi. Zawsze obserwowałam ludzi; gdy łaziłam na wagary w ogólniaku, moim ulubionym zajęciem było wysiadywanie we wrocławskich kawiarniach i przypatrywanie się ( dyskretne, rzecz jasna!) przybyłym. Czasem , chcąc nie chcąc, gdy siedzieli tuż obok, słuchałam ich rozmów. Fascynowało mnie każde życie. Każde życie jest jakąś opowieścią, a te od dzieciństwa uwielbiałam.
Wracając do Jastarni i tej uroczej knajpy: siedziałam blisko barku, Saba obok mnie. Patrzyłam na cudownie kiczowate złoto- różowe lampki, tańczących , młodych ludzi i słuchałam muzyki. Może zapomniałabym o Bożym Świecie, gdyby nie moje zimne jasne. Niestety picie tego trunku, ma skutki nie tylko w postaci dobrego humoru. Jak dobrze, że drzwi, na których znajdował się napis WC , były dość blisko! Przywiązałam Sabę do swego krzesła i poprosiłam znajomą parę z Wrocławia , aby chwileczkę przypilnowała pieska. Coś tknęło mnie i po paru krokach odwróciłam się. Mogłam tego spodziewać się:
pies idzie za mną–wraz z wiklinowym krzesłem!
Monika i Paweł( przy okazji, jeśli trafili na ten blog, serdecznie pozdrawiam! ) jednym tchem powiedzieli:
– nie da rady, warczy na nas!
Wróciłam i spokojnie starałam się wytłumaczyć Sabie, że to mili państwo, a ja będę za sekundę , a teraz tuż obok. Nic z tego. Pies znów szedł ( wraz z krzesłem) za mną.Ponieważ mój pęcherz był już na granicy wytrzymałości, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć Sabę do toalety.
Pomieszczenie za drzwiami z napisem WC, dzieliło się na dwa mniejsze: toaletę damską i męską. Obie toalety miały jednak wspólny przedsionek.
Ponieważ połowę wieczoru spędziłam w toalecie( tak już niestety mam po piwie..) , a Saba za każdym razem czekała tuż pod moją kabiną, co jakiś czas słyszałam głośne piski dziewcząt: ” ajj, pieeeesss! ” lub męskie głosy” o kurwa, uwaga, pies w kiblu!” .
Subtelnie odzywałam się zza swych zamkniętych drzwi:
– spokojnie, nie gryzie! ( „dopóki komuś nie przyjdzie do głowy podejść za blisko moich drzwi”, dopowiadałam w myślach;))
Wszyscy tak polubili Sabę, że dostała gratis smażoną rybkę i kiełbasę. Oczywiście mogłam pożegnać się z tańcami; pomimo tego, że drzemała na rozsypanym wokół białym piasku, nie odstępowała mnie na krok. Jak dobrze, że potrafię wczuć się w innych i dzielić ich radość z tańca i zabawy! ;)Jak miło też, że szef tak polubił mnie, że przyniósł mi (osobiście!) drinka swej koncepcji. Pomimo tego, że było to obrzydliwe, wypiłam, podziwiając jego kunszt rzecz jasna! Nie mogłam przecież zrobić przykrości szefowi, a poza tym na wakacjach panują inne zasady /gry/ ;) Ponieważ jednak jestem uczciwa ( wobec tych, którzy są wobec mnie uczciwi), postanowiłam zasugerować jakoś delikatnie szefowi, że to albo niezbyt dobre, albo nie w moim stylu po prostu.
Trzeci drink był już ok.;)
Bawiłam się doskonale, gdy nagle wyrosły, jak spod ziemi, me latorośle( te starsze, płci męskiej).
– zabieramy Sabę, Babcia jest na nas wściekła, że nie poszliśmy z Tobą tutaj i mówi, że pies nie może tak się męczyć.. A Ty Mama, jak nie potrafisz nie wściekać się po nocach, to jej i tak już wszystko jedno.
:)))
Pierworodny dodał:
– Mama, rób jak chcesz, ale jutro jedziemy na Hel i płyniemy statkiem; możesz nie dać rady!
*
Dałam radę. Zwykle daję radę :)))
*

Ja i Saba w Jastarni i na morzu. Kilka lat temu,
obie dobre kilka kilo młodsze ;)
***

Forever young, czyli..

czyli o spędzaniu urlopu z rodziną ……..;)

Kilka ( dobrych) lat temu udaliśmy się z Panią Matką, moimi latoroślami oraz psicą Sabą na letni wypoczynek do Jastarni.
Nie będę opisywać tego już, jak to Księżna pojechała tam wcześniej z młodszymi mymi dziećmi oraz psem, a ja musiałam jechać do nich przez cały kraj sama. Po drodze musiałam jeszcze odebrać Pierworodnego z lotniska w Poznaniu!
Nie będę pisać o remontach dróg krajowych, ani o objazdach. Nie będę również opisywać tego, jak spędziłam wcześniej cały wieczór z moim wirtualnym przyjacielem Sergiejem na skype, sącząc koniak z barku Pani Matki( jak można pić , będąc niedoświadczonym kierowcą przed jazdą? Jak w ogóle można pić cokolwiek dzień przed?? O głupoto!!!) .
Nie napiszę też o tym,że próbowałam uczyć Sergieja j.polskiego, tłumacząc różne jego angielskie teksty na nasz język ( chwała Bogu, że moi znajomi angliści nie widzieli tego!:))). Ani też tego, że Sergiej- choć śniady ,czarnooki, czarnowłosy i znad Morza Czarnego – był dla mnie moim
„Bratem Słowianinem”;) ( Żenujące– to mało…) ;)) . Przepadałam za nim, ponieważ mówił do mnie ” bejjjbi” ( to ciekawe, bo każdego innego zabiłabym!) . Słuchaliśmy czasem Doorsów i Metallicii , czasem together improve English. Nie wspomnę też o tym, że kiedyś, gdy zadzwonił do mnie, poprosiłam, aby mówił po rosyjsku, ponieważ przecież uczyłam się tego języka w dzieciństwie..
Porażka na całej linii!
” Speak English or try to speak Polish Sergiej, i can’t speak Russian, because , because…I..I don’t remember anything!”
:)
Wracając do mego wyjazdu: trochę bałam się. Prowadzić auto około 500 km , to dla świeżaka dość duże wyzwanie.
Myśl, że Pani Matka monitorowała( przez komórkę) i kontrolowała całą drogę, średnio uspokajała.
” Agusiu, już wyjechałaś? Gdzie jesteś? Pamiętaj, by TAM skręcić w lewo, a TAM nie patrzeć na znaki, tylko jechać, jak ci powiem!”
Zabłądziłam. I to wcale nie w obcych rejonach! Zabłądziłam w naszych lasach! Na szczęście moja niebywała zdolność szybkiego wyciągania się z tarapatów ,pozwoliła na błyskawiczne odnalezienie właściwej trasy:)
Nie będę pisać o tym, jak Pierworodny doprowadził mnie do szału już na lotnisku , kilkanaście minut po swym przylocie ze Szkocji. Nie posiadał jeszcze prawa jazdy i zamiast pilotować, cholera,i pomóc mi przejechać przez obce, rozkopane miasto , ze stoickim spokojem raczył mnie swymi opowieściami ze szkockich ziem! Chyba Anioł Stróż czuwał nad nim, bo myślałam, że wyrzucę go z auta przy pierwszej, lepszej okazji!
Nie napiszę też o tym, jak nam zgasł i nie chciał odpalić samochód na dużym skrzyżowaniu w Bydgoszczy. Ani o tym, że wpadłam na genialną myśl, by zatankować do pełna, bo pewnie biedak opel skacze jak żabka przez chrzczone paliwo, które zatankowałam wcześniej na znajomej stacji…
Nie napiszę też o doskonałej drodze Gdańsk- Władysławowo, gdzie pędziłam moim oplem ,tym trzecim, zewnętrznym, lewym pasem prawie 200 km/ godz! Cudne, choć było efektem kolejnego wkurzenia na Pierworodnego, który nie pozwolił mi zapalić w moim własnym samochodzie! ;)
*
Kiedyś może o tym napiszę. Dziś , w ten piekielny upał, skupię się na naszym pobycie w Jastarni.
Gdy ( w końcu) wszyscy dojechaliśmy tam i spotkaliśmy się w wyznaczonym( przez Panią Matkę, rzecz jasna!) miejscu, usłyszałam z ust Księżnej:
– Rudera! Mieszkamy w ruderze! Oszukano nas!
” Rudera” , to domek a la wielka przyczepa, pomieszczenie z dwoma pokojami , malutką kuchenką, ubikacją i czymś jak weranda, wyposażonym w grilla i komplet mebli ogrodowych.
” Rudera” była naszą ” winą”. Za późno zdecydowaliśmy się czy i gdzie jedziemy nad morze, a Pani Matka źle zrozumiała zasady urlopowania tam.
Pomimo tego, że Księżna i tak otrzymała wielkie łóżko, właściwie łoże do własnej dyspozycji, nie była zadowolona.
– a wam wygodnie?
– mamo/ babciu/ wygodnie!!
Tak czy inaczej, urok miejscowości i czar wakacji nad morzem szybko zwyciężył. Chyba byłam jedyną osobą, której nie przeszkadzał ten niby przyczepo- domek. Było mi niemal ( NIEMAL;))zupełnie obojętne, gdzie i jak śpię. Jak co roku cieszyłam się morzem, zapachem i smakiem świeżych , smażonych ryb, szumem wiatru i fal.
Pewnego razu , wracając z wieczornego spaceru , zorientowaliśmy się, że blisko naszego domku jest ogromna, nietypowa knajpa. Otóż na zewnątrz stały stoliki i krzesła z wikliny, wokół było mnóstwo wiklinowych ozdób , wiszących złoto- różowych lampek, a tuż przy ogrodzeniu stała wielka, sztuczna palma. Totalny kicz, ale zważywszy na panujący wówczas potworny gorąc , było to niejako na miejscu. Poza tym, na wakacjach kicz ogólnie chyba jest na miejscu! Weszliśmy tam wszyscy ( z psem) i bardzo nam spodobało się. Pyszne jedzenie, dobre drinki i- przede wszystkim- miseczka z wodą dla pieska, gratis! .
Ponieważ wieczorem miały odbyć się występy muzyków z Ameryki Południowej,
postanowiłam tam wrócić później, sama.
Pani Matka była niezadowolona. Rozumiałam to, że chciała po raz n-ty rozprawiać z nami o Półwyspie Helskim i historii polskiego wybrzeża; ja jednak, ponieważ po pierwsze czułam, że jestem na wakacjach, po drugie i tak byłam zawsze czarną owcą w rodzinie, wolałam wieczorem bawić się. Wzrok Pani Matki mówił wszystko.
Nie wytrzymałam:
– tak Mamo, jak pójdę, nie wrócę! Z pewnością znajdą moje ciało na wydmach jutro. Albo w morzu za parę dni. Będę pić do upadłego, po czym pójdę z obcym człowiekiem! Czy nie rozumiesz, że dawno skończyłam , cholera, 30 lat?! Mamy niecałe 100 metrów od tej knajpy, tam chodzą nawet dzieci, do cholery, to kurort!A ja nie jestem w końcu jakimś cudem, na który rzucą się wszystkie okoliczne samce!
Księżna z kamienną twarzą pogrążyła się w lekturze.
*
Oczywiście usiadłam przy barze, oczywiście też natychmiast poznałam szefa knajpy.
(Tak na wszelki wypadek. Warto wiedzieć, które drzwi otworzyć ;) )
To była bardzo duża knajpa; właściwie ogromna restauracja, z miejscami wyłącznie na zewnątrz, częściowo pod uroczą strzechą, częściowo pod wielkimi namiotami. I ogromną palmą;)
Poznałam fajnych ludzi z Wrocławia( jak to miło spotkać gdzieś w Polsce ziomali!), świetnie bawiłam się, gdy nagle tłum najpierw ucichł, potem zaszemrał:
POLICJA!
Odruchowo odwróciłam się. Nie, nie żebym się bała; nigdy nie spożywałam, ,ani nie paliłam nic nielegalnego. Do dobrej zabawy wystarczała mi moja energia wewnętrzna i dobre, zimne piwko.
Dlatego też spojrzałam śmiało na tych dwóch z psem. I …
nogi się pode mną ugięły!
Moje rodzone , nastoletnie dzieci płci męskiej ,odziane w wojskowe spodnie i żółte, odblaskowe kamizelki, szły moją stronę, trzymając na smyczy naszego labradora!!!

– kiedy wracasz? Babcia przez ciebie nie może spać!
:)))
*
cdn.