Pocztówki z Malty ..już zawsze..? / Postcards from Malta..forever?

Żabbar
I słowo stało się..
wyjechał Pierworodny, opuścił kraj, jak mówi: forever. Od czasów ogólniaka uprzedzał,że nie zostanie tutaj;  podczas studiów nadal mówił, że wyjedzie na zawsze. To na zawsze , w mej głowie przeistoczone w kiedyś tam przyszło nagle w postaci niespodziewanie bezkompromisowego  dzisiaj. Całkiem niedawnego dzisiaj…
Uroczysta kolacja dla najbliższej rodziny we wrocławskim Rynku, potem wielki samochód Księżnej zapakowany tak, że jechaliśmy z Małą Wiedźmą i  Młodym Lwem w przedziwnych pozycjach trzymając na sobie jakieś Pierworodnego egzotyczne kwiaty w doniczkach. Przeprowadzka- część rzeczy z wrocławskiego mieszkania Pierworodnego do nas, reszta samolotem do jego nowego Homeland…
Lotnisko, odprawa bagażowa.Jesteśmy o czasie, ale Mama mielismy być wcześniej, dlaczego Mama nie wyjechaliście wszyscy pół godziny wcześniej?  Wszystko ok, ale czemu my wszyscy tak sobie siedzimy zamiast pilnować czasu no i przecież pękła mu podręczna torba! leci kupić nową.To pewnie znów nasza wina, nie uprzedziliśmy go! ;)
Godzina do odlotu. Czas iść..
Młody Lew przytulił brata.Nie przypuszczałem, że będzie mi tak bardzo smutno…
Dawno, bardzo dawno już nie widziałam ICH TAKICH…
To ja już Mama pożegnam się, pójdę…
Tylko nie pływaj sam w morzu, proszę!
Dobrze, nie będę pływać sam..I MACIE DO MNIE PRZYJECHAĆ! Będę tęsknić!
Odwrócił się  i do wszystkich ze łzami w oczach powtórzył to. Głośno: Macie przyjechać! 
Nie płakałam,ale coś ścisnęło mnie tak mocno, że nie mogłam wydusić już z siebie słowa.Odprowdzałam go wzrokiem, wszyscy odprowadzaliśmy go  do momentu gdy wsiadł do samolotu.A potem patrzyliśmy na startujący samolot…

Niby wszystko znajome-wszak latorośle  wciąż gdzieś latają; znajome więc i te odprawy, i nasze małe kłótnie na lotnisku, i widok odlatujących samolotów z nimi na pokładzie; a jednak teraz było naprawdę inaczej.
To :
NA ZAWSZE. Ehhhh…
Bo, wiecie- co innego gdy dziecko, które bywa nawet tylko raz na pół roku w domu czasem podróżuje, ale na stałe jest o te 50 km od Was, co innego, cholera, gdy jest probably forever prawie 3000 km stąd!

Ehhhhhhhhhhhh…..

Miasto, jakie kocham (…) cz.II

NIEŚ PO BŁOCIE W DAL….

 

 

Stałam na peronie,gdy pierwsze krople deszczu wrześniowego musnęły me włosy.

Dziwne, że jeszcze tego peronu nie zabezpieczono, Śmieszne; najlepsze, najbardziej nowoczesne pociągi stąd odjeżdżają, a ten peron, ostatni, ciągle częściowo odkryty. To głupie jakieś! – pomyślałam.
Głupie..? Chyba jak większość mojego życia. Adekwatne. Ono jest ..jak ten peron; niby zabezpieczone, a wciąż ” odkryte” i skazane na deszcz..
Pieprzę. Znowu pieprzę. Znów „dorabiam ideologię”, robię z niczego coś, oddaję się jakiemuś niezdrowemu romantyzmowi. Ale czy romantyzm w ogóle może być zdrowy?
Lubię, gdy pociąg wreszcie rusza. Gdy wszyscy mają już swoje miejsca, gdy nagle gwar cichnie.
Coraz mocnej pada. Krople deszczu stukają o stal wagonów. Myślę o minionym dniu.Hmm, chyba powinnam znów podziwiać się, powinnam być dumna z siebie. Znów udało mi się ustrzec przed błędem, znów niemal w ostatniej chwili COŚ mi kazało powstrzymać machinę, nie podpisywać kolejnej umowy, która przecież była tak korzystna, taka świetna….To ten mój cholerny szósty zmysł, ta moja jedna noga, która mnie ściąga wciąż mocno na Ziemię, gdy chcę balansować między Jawą a Snem,Wariactwem i Rozsądkiem, Teraźniejszością i Przeszłością .
Czarne szpilki, ciemne garsonki, oszklone windy, szklane wieżowce, starbucks i coffeeheaven, galerie i te nowobogackie sklepy.
To też moje miasto i też je takie lubię. Choć znacznie mniej, niż moje znajome ,stare kawiarenki w Rynku.
Pada.Tak sennie, tak jesiennie pada.
Pociąg zatrzymuje się na jakiejś stacyjce. Słyszę krople deszczu.
Deszcz,jesienny deszcz
Bębni w hełmu stal,
Idziesz, młody żołnierzyku,
Gdzieś w nieznaną dal
(…)
Nieś po błocie w dal,
W zapłakany świat,
Przemoczone pod plecakiem
Osiemnaście lat.

Gdzieś daleko stąd
Noc zapada znów,
Ciemna główka twej dziewczyny
Chyli się do snu

Otwieram oczy.
Początek ogólniaka. Grupa dzieciaków, którym wydaje się, że są tak niesamowicie dorośli; dziewczęta i chłopcy, którzy myślą, że zjedli wszystkie rozumy świata.W koszulkach z napisem Iron Maiden ,Metallica czują się nietykalni,myślą, że są ponad wszystkim, że chyba już zdobyli doświadczenie cierpienia i wiedzą, czym jest CAŁOŚĆ. A jeśli nie zdobyli czegoś- to znaczy, że nie było czego zdobywać.
Grupa nastoletnich dzieciaków, która, przebrana w wojskowe mundury ma odgrywać na szkolnej scenie wrześniowe walki z 1939 r. .
Grupa zbuntowanych dzieciaków, która jednak nagle tak wczuwa się w wyznaczone role, że gdy postrzelony Peter pada,wszyscy wstrzymują oddech. Nie tylko cała widownia , ale wszyscy, nauczyciele i młodzi aktorzy zamierają.
Cisza. A my, reszta tych, którzy biorą udział w całej inscenizacji śpiewamy:

Rozpłakałam się. Ale, jak to ja potrafię,zadbałam o to, by nikt nie zobaczył. Pękało mi serce, ale na zewnątrz nie uroniłam tak naprawdę łzy.
Chciałam biec na tę scenę i podnieść go.Nie, tak nie może być, tak młodzi ludzie nie mogli,tak młodzi ludzi nie mogą umierać!
Nie byłam w nim zakochana; moje wyczucie realiów i świadomość tego, że spośród chętnych dam, raczej wybierze kogoś bardziej przypominającego kobietę, niż wówczas ja , tak mało kobieca , tak nieopierzona wtedy, sprowadzała mnie mocno za Ziemię. (Tak, to ta moja druga, mocna noga! :) )Może też to pozwoliło mi fascynować się nim ciągle, nawet go lubić, mimo wszystko. Mimo tego, że patrząc jak zdobywa wciąż nową dziewczynę, uparcie wypisywałam jego imię na ostatnich stronach zeszytów . Ale- ze świętym przekonaniem: kiedyś będzie mój ! :)
*
Nie wiem, czy to dobre, że potrafię zakląć Los. I
że wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób dotknęli mnie, wracają.

„Jasną główką Twej dziewczyny” –
tak, wtedy po dwudziestu latach miałam też jasne włosy. I……..
jeśli istnieje naprawdę szczęście, to byliśmy wtedy nim MY.

To było ponad światem, jak wtedy, te setki lat tamu my, młodzi, w swej durnocie, z plecakami na tym dworcu, osobno i razem śmiali, pewni siebie, piękni i cudowni.
*
Kto pierwszy? Ja, oczywiście , że ja. Ta moja mądra część, ta moja noga, ściągająca mnie co jakiś czas na Ziemię, kazała nam opamiętać się. A mówi się, że kobiety działają pod wpływem impulsu i że są tak nieracjonalne…
Może tak, może działają pod wpływem impulsu, ale wcale nie są takie irracjonalne.
Na pewno nie są takie jak wy, mężczyźni, nie takie jak Ty; nie wiem już, ale w każdym razie nie dają się tak szybko zabić! A Ty..?
Deszcz, jesienny deszcz…

Jak mogłeś?
Nie podbiegłam, miałam nie widzieć
Czy Ty nie rozumiesz, że
tak młodzi ludzie nie powinni, nie mogą umierać?!
Jesteś/ byłeś..nie, właśnie, że
JESTEŚ, ciągle przekorny!
Byłeś …
A gdybym mogła wtedy podbiec…?
Nie, nikt nie mógł przybiec.
*
Deszcz, jesienny deszcz.
Zaraz moja stacja. Odchodzisz Peter, realia stukają do drzwi mego durnego życia.
Już wracam, nie chcę, by myśleli, że znów rozmawiam z duchami.
Jutro mam znów ciężki dzień. Aa, coś Ci powiem na pożegnanie. Wiesz, co narobiłam ostatnio..? Śmiejesz się? Nie wiem, cholera, czy jest to takie śmieszne. MY to MY.
Było, minęło? Tak, ale chyba są też podobni nam.
Czy On też..?
Pomóż mi Peter.
Ja nie jestem tak silna, na jaką pozuję, cholera, wiesz o tym! I
to życie jest takie pełne zagadek…
Mówisz coś, ale coraz słabiej słyszę.
Ok, jestem na Ciebie wściekła, mogłeś zostać, choćby po to, by opiekować się mną ale…
ok.
Damy radę.
*
Deszcz, jesienny deszcz bębni …………..
Za chwilę wysiadam.

*
cdn.

* Stany przejściowe , czyli ” Im falling apart” ;) *

201308301792

Nie lubię ostatnich dni sierpnia , nie lubię żadnych stanów przejściowych. Końcówka lata jest dokładnie czymś takim; dziwnym okresem, gdy na tle błękitnego nieba, w podmuchach ciepłego wiatru zaczynają niespodziewanie tańczyć wyzłocone słońcem liście.
Gorąc dni kusi morzem, jeziorami, lecz chłód wody ,puste plaże , coraz dłuższe i coraz częściej zasnute mgłą wieczory przypominają o nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.

Nie lubię tego, nie lubię ani końca, ani oczekiwania. Żółty liść tańczący nad taflą wody to coś, co wyjątkowo mnie rozdrażnia.
Minęło lato…?
Niech się wreszcie określi ta pora roku, ta -ni to letnia, ni jesienna- pogoda! Niech wreszcie spojrzę na kalendarz i powiem śmiało” tak, to jesień”.
Jesień; kosze prawdziwków , bukiety złocieni i kolorowych liści. Zapach suszonych grzybów, ciepło domowego zacisza; spotkania z przyjaciółmi po wakacjach, miejskie knajpki, wełniane żakiety i jasne trencze, jedwabne i ciepłe szale, szaliczki. Ulice tętniące znów, po letnim śnie, życiem. Lubię jesień.
Zanim nadejdzie, trzeba jakoś przetrwać ten stan przejściowy. Co robić, aby nie popaść w powakacyjną chandrę? U mnie jedno , jak zwykle, sprawdza się: zapewnić sobie jak najwięcej zajęć. I wierzcie, o to akurat wcale nietrudno w mojej sytuacji . Bo gdy się ma w domu nastolatkę… ;)
– Mama, musimy jechać na zakupy. Jutro lub pojutrze. Nie mam co założyć na rozpoczęcie roku szkolnego.
Chwila! A te wszystkie białe bluzki, bluzeczki, których mnóstwo wisi w twej szafie??
– Ehh, Mama, nie pomyślałaś, że rosnę.
Niech to! Przed wakacjami były dobre! Dlaczego ona tak szybko rośnie, dlaczego ten cholerny czas tak szybko leci??
Przez pół dnia biegania po sklepach, mierzenia, wybrzydzania, kłótni, kupiłyśmy i białą bluzkę, i mnóstwo bardziej i mniej potrzebnych rzeczy. Nagle wypatrzyłam ją. Sukienkę.
– Mama, nie kupujmy tej sukienki. Jest taka droga, nie podoba mi się aż tak, a Ty po wakacjach nie masz przecież tyle forsy!
– cicho. Moja forsa ,czy jej brak. Chcę ci ją kupić, bo jest wyjątkowo elegancka i wyglądasz w niej pięknie. Poza tym jest uszyta tak, że będzie jakiś czas / hmm, może do przyszłych wakacji/ rosnąć z Tobą.
Sukienka faktycznie prześliczna, stoisko z odzieżą damską, rozmiar 36.
Odzież damska…Mój Boże!dlaczego Ona już jest taka duża?!
Dlatego…dlatego, co za różnica w końcu te parę groszy w te , czy wewte. Karty kredytowe są jednak genialnym wynalazkiem… ;)

Te żółte liście na jeziorach, te zakupy przed początkiem roku szkolnego, przypomniały mi o moich szkolnych latach. I nie tylko o zamierzchłych latach osiemdziesiątych, gdy byłam chudym patyczkiem z wielką blond czupryną a la punk i uczęszczałam do jednego z wrocławskich ogólniaków; przypomniałam sobie nagle o mojej stosunkowo niedawnej edukacji , gdy byłam już nie chudą panią w wieku / dość/ dojrzałym .
Zastanawiam się do dziś, czy na wszystkich kursach tak się dzieje, że dorosłym, zdawałoby się poważnym ludziom ,nagle zaczyna odbijać,czy to może ja mam jakieś wyjątkowe szczęście zwykle trafiać na luzaków i szaleńców? ;) Zawsze, ale to zawsze, gdy przyszło mi się uczyć, czy to w ogólniakach( nie mogłam zdecydować , czy mieszkać z Panią Matką czy Ojcem…) , czy na studiach , czy na wspomnianym kursie, trafiałam na nieprzeciętnie wesołe grupy. Niektórzy uważali, że to ja tworzę atmosferę luzu; pewnie było w tym trochę prawdy. Bo przecież..
bo przecież, gdy kilka lat temu w celu odświeżenia swej znajomości j.angielskiego zapisałam się na kurs tego języka, moja grupa była dziwnie cicha. Szkolny stres. Pojawiałam się tam później , niż inni. Po krótkim rekonesansie, określiłam skład: pan dyrektor, pani księgowa, pan student, pan przedsiębiorca prywatny, pani sekretarka, pani na urlopie wychowawczym itd. Mieszanka wybuchowa, nikt nikogo nie zna, kilkanaście wystraszonych( ale bardzo chcących!) osób.
Pani zarządziła:
dziś, aby rozluźnić się i poczuć jak za młodych lat ,najpierw posłuchamy, a potem zaśpiewamy. Ładną, bardzo prostą piosenkę.
Nie, nie, nie! Cichy jęk rozpaczy wydobył się z kilkunastu gardeł.
Nie wytrzymałam. Patrząc na lektorkę, z miną kretyna spytałam :
– przepraszam, solo będziemy śpiewać?
Grupa ryknęła śmiechem.
-Nie, nie solo Agnes, wszyscy razem, together!
– A, together to i ja mogę! .
Znów ryknęli.
Wszyscy zaśpiewaliśmy.
Nawet jakoś to wyszło..;)
Pewnego dnia, po kilku luźnych lekcjach , lektorka zadała nam / wszystkim/ z pozoru niewinne i proste ( oczywiście po angielsku) pytanie:
– dlaczego chcecie doskonalić swój angielski?
Nikt nie chciał odpowiedzieć. Czemu nikt nic nie mówi? Grzebią nagle w książkach, odwracają się. Cholera, stare pryki, a jak dzieci! Ehhh, dobra, trzeba zająć lektorkę, może uspokoją się.
Zgłosiłam się.
– chcę improve my English, ponieważ Im in love with one Scot.
Klasa zamarła, Pani na chwilę też. Nikt nie wiedział , czy mówię poważnie, czy to moja kolejna zabawa.
– Really???
– jak najbardziej really- miałam bardzo poważny głos. Starałam się tylko nie patrzeć na kolegów ;)
– Agnes, czy masz na myśli mężczyznę o imieniu Scott, czy Szkota?
– oczywiście , że Szkota!
– Ooo! Czy możesz nam opowiedzieć coś więcej o tym Agnes?
Mogę nie mogę, ale czegóż nie zrobi się pro publico bono! Grupa tylko na to czekała.
Bełkotałam coś romantycznie i bez większego sensu, ale chyba poprawnie po angielsku, bo po kwadransie uroczej rozmowy z Panią dostałam minus pięć :) Koledzy byli zachwyceni: nie będzie pytać, kawał lekcji zleciał! :)
Opuściłam / jak to ja/ kilka zajęć. Gdy pojawiłam się, moja grupa patrząc na mnie błagalnie zaszemrała:
– zrób coś, ona ostatnio za każdym razem pyta ” how are you feeling today” i mamy potem improwizować, uzasadniać, dlaczego ok lub nie ok! Zagadaj zrób coś!
Cholera, dorośli ludzie, a zachowują się jak nastoletni gówniarze! Nastoletni gówniarze…nagle przypomniał mi się ogólniak i to odwieczne:
” zagadaj , Ty potrafisz!” .
Potrafiłam. I to nie tylko , ale każdego nauczyciela.
Nauczycielka j. rosyjskiego była elegancką , starszą panią( tak moi Drodzy Młodzi Czytelnicy; w liceum uczyłam się również/ przede wszystkim j.rosyjskiego!) Nasza rusycystka miała niepospolitą urodę: otóż charakterystyczną cechą jej fizjonomii był, na tle jasnej twarzy i kruczoczarnych włosów , wyraźny, dość duży , orli nos. Dowcipni ludzie ,już przed nami nazwali ją „Ptica” :)
Lubiłam Pticę i lekcje j.rosyjskiego .
Jednak jako stary, zatwardziały wagarowicz i outsider, rzadko bywałam. Pomimo tego Ptica darzyła mnie ( jak i większość nauczycieli) dziwną i mimo moich ustawicznych wagarów , niezniszczalną sympatią.
Moja klasa była czujna. I sprytna. Gdy po kolejnych kilku dniach nieobecności pojawiłam się w szkole, usłyszałam błagalne:
– jutro sprawdzian z ruskiego. Zrób coś!!!
Cóż ja mogę wymyślić przez jeden dzień..?
A jednak. Jednak wymyśliłam.
– pani profesor, nie było mnie trochę w szkole. Ja wiem, że ma być dziś planowany sprawdzian ( czasem trzeba walnąć prosto z mostu;)) , ale mam prośbę w imieniu swoim i klasy: przełóżmy!
– ależ Agnieszko, przekładaliśmy już!
– ja wiem pani profesor, ale po pierwsze mieliśmy pełno zaliczeń, po drugie mnie nie było, a po trzecie…pani profesor, przyniosłam coś!
Wyciągnęłam z torby płyty. Wysocki.
– pani profesor, jest tu pewna piękna piosenka, której słuchałam kilka razy. Nie wiem, czy dobrze rozumiem tekst..czy możemy razem, tu, z klasą posłuchać? Myślę, że nie tylko ja, ale i klasa skorzysta…
Nie zapomnę tego, jak nasza Ptica drżącymi rękoma włączała płytę. Usiadłam w pierwszej ławce. Miała łzy w oczach; ja słuchając ballady” Лирическая ” , tradycyjnie miałam ścisk w gardle. Ale kto to widział, kto przejmował się! Rechotali z tyłu jak durnie.
Wściekłam się i po lekcji powiedziałam, że już nie będę nigdy ratować ich bezdusznych tyłków. Pośmiali się.
Ale i tak ratowałam. Zawsze.
Na studiach byłam / jak zwykle/ w grupie wariatów. Świetnie wpasowałabym się w nią, gdyby nie jedna , mała różnica między mną, a resztą: ja nie pozwałam sobie na zawalenie egzaminów. Moje realia mocno ograniczyły ulubiony mój luz- blues.(…)
Tak, czy inaczej , było wesoło. I jak niektórzy twierdzili, to wszystko dzięki mnie.
Bo cóż nie ratuje nas czasem przed zwariowaniem, jak nie poczucie humoru? A to , chyba od urodzenia, posiadam .;)
Pan Rysio był świeżo upieczonym małżonkiem. Lubiłam Rysia, choć grupa raczej nie przyjaźniła się z nim. Dobrze ułożony, zwykle w eleganckich garniturach, bogaty ojciec. Nigdy nie chodził z nami na piwo, zawsze śpieszył się albo do żony, albo do firmy.
Zauważyłam, że pan Rysio jest za pan brat z komputerem. A, że leży z angielskiego.. TO było mi „w to graj”. Przyda się !
Zaprosiłam pana Rysia na piwo i zawarłam z nim pakt: on pomoże mi na egzaminie z kompa, ja mu z anglika. A jeśli on zda lepiej, niż ja , stawia mi piwo.
Wyszło dobrze, a wyszłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie to, że zdążyłam podsunąć tylko połowę prawidłowych odpowiedzi Rysiowi. Lektorka była czujna i po błyskawicznym sprawdzeniu mego testu postawiła mi bdb, po czym…wyprosiła mnie z sali:)))
Mój egzamin z informatyki poszedł gorzej. Informatyk był wyjątkowo , mówiąc brzydko i nie po polsku : upierdliwy. Ale jakoś Rysio dał radę z tym naszym grypsem ;) .Zdałam :)
Najweselej jednak było, gdy pan Rysio, w ramach wdzięczności przyniósł mi super markowe piwo. Pamiętajcie , były to czasy, gdy naprawdę nie było w zasięgu ręki tego, co dziś.
Czekaliśmy / w liczbie około 100 osób/ na wykład z Prawa , gdy wparował do sali pan Rysio. Jak zawsze elegancki , pachnący. Siedziałam , jak zwykle, w drugiej ławce. I nagle stała się rzecz niepospolita: pan Rysio , na oczach wszystkich, począł stawiać na mojej ławce piwo. Piwo , za piwem.
-Dziękuję za angielski! Jest cztery minus!
Zanim zdążyłam zrewanżować się pięknym uśmiechem i głupim ” dziękuję, nie trzeba było „…
wszedł profesor! Wcześniej, niż zwykle, cholera!!
Głośno, przy wszystkich spytał:
– czy pani ma zamiar spożywać to podczas wykładu ?
Chyba zsunęłam się pod Ziemię…
Ale za to potem był fajny i luźny wykład. Pan profesor, co jakiś czas , nawiązywał do piwa…
Czy to dziwne, że zawsze lubiły mnie grupy?
;)))
Lubię ludzi. Nawet, gdy zachowują się jak durnie.
Na kursie( tym ostatnim) , pomimo wdzięcznych zabiegów lektorki, grupa czuła się wciąż niepewnie. Rozumiem to. W części. Ja też nie byłam wcale zadowolona z siebie, ani z mojego angielskiego. Jednak skoro już tu jestem, to chyba nie po to, aby chować się za tornistrem , bo ” się wstydzę”. Jasne, ja też niewiele umiem, znam tylko podstawowe zasady gramatyki i wybełkoczę kilka słów i zdań, ale skoro tu jestem…
Dobra, uczcie się ode mnie.Ale naprawdę ostatni raz robię za błazna!
– how are you feeling? – spytała pani całej grupy.
Cisza. Nieśmiałe ” ok, ok”
-Angie, how are you feeling?
Popatrzyłam, na grupę. Usłyszałam to, co zawsze:
Zrób coś, zajmij czymś „.
Wy cholerne, stare dupki! Ok, ok, zrobi się coś.
– Im feeling..not well – i przypomniały mi się słowa piosenki, którą ciągle nuciłam – ..I’m falling apart!
Chyba nie znali tego; tak, czy inaczej pani ( która z pewnością znała :)) przez chwilę nie odzywała się. Aż nagle:
– why??? Dlaczego, jak możesz tak tak mówić Agnes?? ( po angielsku, rzecz jasna). Wyjaśnij mi, proszę.
O shit!
Wyjaśnianie
trwało około pięciu minut. Następne pięć minut Pani wyjaśniała, że będąc w tak młodym wieku, nie można tak depresyjnie myśleć; następne pięć bełkotałam , że po pierwsze , Pani nie ma racji, a po drugie nie rozumiem połowy tego, co powiedziała. Itd.
Tak, czy inaczej, ponad pół lekcji minęło. I nawet mój mózg zakodował kilka nowych, ciekawych słówek! Dwie pieczenie na jednym ogniu, stary numer ;).
Potem patrzyłam w okno. Miałam spokój. Rozmyślałam o swoich sprawach. Bo faktycznie byłam w stanie ” falling apart”.
Tylko chwilowo. Przejściowo.
Cóż, neurotycy tak już mają;)

Za to moja klasa była szczęśliwa.

I często właśnie to bywa najważniejsze:)
*
Lubię lato i jesień, ale nie lubię stanów przejściowych.
Tylko…
czy czasem wszystko w naszym życiu nie jest jakimś stanem przejściowym…?
***

Ballada o miłości*

Przed nami Oscarowa Gala , noc pełna wzruszeń i różnych emocji. Pewnie wszyscy znają już nominacje i każdy ma swojego faworyta. Jednak nie o tegorocznych filmach nominowanych do Nagrody Akademii chcę dziś powiedzieć ; opowiem o pewnym obrazie, który zauroczył mnie kiedyś, który urzekł mnie od pierwszych chwil; o filmie sprzed dziesięciu lat, jednym z tych dzieł, które zapisują się w mej pamięci natychmiast i na zawsze.
Żelary” to film czeski, nominowany za rok 2003 do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny.
Rywalizował między innymi z doskonałą „ Inwazją Barbarzyńców” , która wówczas ( 2004 r.) zdobyła Oscara.
http://kinomanowce.wordpress.com/2012/12/01/inwazja-barbarzyncow/

„Żelary” to film na motywach noweli pt. „Hanulka Jozy”, będącej kontynuacją żelarskiego cyklu Květy Legátovej.

Historia opowiedziana w ” Żelarach” , to rzecz z pozoru może banalna, wręcz oklepana.

Oto w czasie hitlerowskiej okupacji Czech ( początek lat czterdziestych XX wieku) młoda, atrakcyjna pielęgniarka Eliška, działaczka ruchu oporu, zmuszona jest opuścić Brno, by ukryć się w górach przed gestapo, które wpadło na trop podziemnej organizacji.
z internetu

Dzięki poznanemu w szpitalu drwalowi Jozowi, którego ocaliła ofiarowując mu swą krew, trafia wraz z nim do jego rodzimych Żelar- zagubionej gdzieś w zachodnich Karpatach , maleńkiej zapomnianej przez Boga i ludzi wioski.
z internetu<

Joza żeniąc się pośpiesznie z Elišką , zapewnia jej nową tożsamość. Eliška staje się Haną, Haną Jozovą.
31a2d96580b14a3461686adeadfe4592,21,1

Hana , początkowo niechętna ” mężowi z konieczności” , mężczyźnie przecież prawie całkiem jej obcemu , z każdym dniem czuje się mocniej z nim związana. Przekonuje się też powoli do jego świata; świata tak innego, niż ten, który dotychczas znała.
Świata, gdzie nikomu niepotrzebne ani prąd, ani bieżąca woda; gdzie przyroda ukazuje w pełni swe tak piękne, jak groźne oblicze.

z internetu

Białe-Karpaty z internetu

Eliška przystosowuje się do wcześniej zupełnie sobie nieznanego, prostego życia na wsi; zaczyna z biegiem dni je lubić.
z internetu

A jej początkowo wręcz wrogi stosunek do męża zamienia się w silne uczucie.
Pomiędzy Haną i Jozim rodzi się miłość.
z internetu

Czy ta miłość, miłość dwojga ludzi z całkiem innych światów, ma szansę? Czy przetrwa wojnę, która jest gdzieś w tle,
gdzieś hen daleko za górami Wreszcie: czy wojna do końca ominie ciche i nieznane cywizlizacji Żelary ?

Zachęcam serdecznie wszystkich do obejrzenia tego filmu.
Wzruszającego, pełnego emocji obrazu.
Wspomniałam, że ” Żelary” opowiadają z pozoru historię banalną, jedną jak nie z setek, to dziesiątek opisanych i/ lub sfilmowanych.
A jednak jest coś w tej opowieści, co czyni ją nieprzeciętną.
Wyśmienita reżyseria Ondřeja Trojana sprawiła, że ” Żelary” są filmem, gdzie wszystko zdaje się być naturalne, żywe; prawdziwe, jak każda z barwnych postaci, które tam spotykamy.
Nie jest to tylko film o miłości w czasie wojny; gdyby tak było, stałby się pewnie kolejnym ckliwym melodramatem dla chlipiącej w chusteczki rzeszy zwolenniczek gatunku. „Żelary” to obraz naturalistyczny i jednocześnie balladowo- poetycki.
„Żelary” to film , gdzie prawdziwe , nieskażone szczęście przeplata się z dramatami i tragediami ludzkimi; film, gdzie nie ma przerysowań, gdzie życie bohaterów ukazane jest dosłownie. Film, który opowiada o tym, jak powszechne cechy natury ludzkiej takie jak zawiść lub małostkowość, mogą spowodować lawinę wydarzeń o tragicznym finale.
Film o wielkiej miłości, która narodziła się niespodziewanie i wbrew samym bohaterom.
O życiu i miłości blisko Natury, czy właściwie życiu, którego rytm ustala Natura.
Ta natura , przepięknie pokazana w doskonałych zdjęciach Karpat Asena Sopova ( film kręcono na Słowacji) , stanowi również o nieprzeciętności i wielkości filmu.
z internetu
z internetu

W moim odczuciu to przede wszystkim film o pięknym, wrażliwym świecie ;
opowieść o wielkiej miłości i starej prawdzie, którą tu przekazuje Květa Legátová:
/zwykle/ nic nie jest naprawdę takie, jakie się nam wydaje

z internetu

***

Źródła:
http://www.krynica.pl/Warto-wiedzie%C4%87-c215.html
http://www.filmweb.pl/reviews/Pi%C4%99kno+ukryte+w+prostocie-4433

***
Květa Legátová – właściwie: Věra Hofmanová (ur. w 1919 w Podolí koło Brna) ,absolwentka bohemistyki, germanistyki, fizyki i matematyki na uniwersytecie w Brnie. Autorka wielu tekstów dramatycznych; Pisała i publikowała już w czasach studenckich ( …) „Żelary” są zbiorem samodzielnych, choć wzajemnie – na sposób powieściowy – powiązanych opowiadań, opublikowanych w 2001 r. przez 82-letnią autorkę, o której wcześniej mało kto słyszał. Książka ta przez dwa lata utrzymywała się w czołówce rankingu najlepszych publikacji, ogłaszanym przez czeski dziennik „Lidové noviny”, jej nakład przekroczył 60 tysięcy egzemplarzy, a w 2002 r. przyniosła pisarce nagrodę państwową.
http://wydawnictwodwiesiostry.pl/tytuly/zelary/zelary.html

***

Zapraszam wszystkich serdecznie na Peoni i mój blog o filmach
Kinomanowce!

http://kinomanowce.wordpress.com/2013/02/23/rozwd-po-wlosku/
http://kinomanowce.wordpress.com/2013/02/24/moje-kino-ballada-o-milosci/

Chojnik

Dla Marysi:)

Często lubię wracać do miejsc, w których już byłam. I nie tylko dosłownie, fizycznie znów w nich być; lubię przenosić się w przeszłość i wracać wspomnieniami.
Kiedyś, dawno temu ( a może wcale niedawno? Przecież czas jest rzeczą względną ) , gdy byłam małą dziewczynką, zawsze w zimie jeździłam z Rodzicami i Rodzeństwem na ferie w góry.
Karkonosze są oddalone od Wrocławia zaledwie około 100 km. Dla mnie i mojego Rodzeństwa, wówczas kilkuletnich dzieci, wydawało się to olbrzymią odległością. Tym bardziej, że jeździliśmy zwykle pociągiem.
Jaka to była atrakcja! Ten stukot kół pociągu, te tunele i widoki ,najpierw nizin, potem pagórków i wreszcie gór! Zimy wtedy były prawie zawsze śnieżne i mroźne; jeśli jednak nawet u nas, w mieście była plucha, oczywiste było, że tu, w górach będzie śnieg.
A czego mogą bardziej chcieć zimą dzieci? Mieliśmy swoje ulubione śniegowe kombinezony– my( ja i siostra) jasne, nasz młodszy brat ciemny, granatowy. Ponieważ nasz dom wczasowy był położony na dość dużej górce, już w pociągu , tuż przed stacją docelową Mama zakładała nam te kombinezony. A my cieszyliśmy się, że zaraz będziemy w górach! :)
Mieszkaliśmy w Zachełmiu , w niedużym domu wczasowym, należącym do AE, w której pracował Ojciec. Wtedy istniały jeszcze tzw wczasy zakładowe. W naszej rodzinie podział był jasny: w lecie jeździmy nad morze z Mamy zakładu pracy, zimą w góry z Ojca uczelni.
Przepadaliśmy za Zachełmiem. Cudowne było wspinać się pod górkę do naszego domu wczasowego( choć Księżnej Matce mniej to podobało się ;) Świetne było też schodzenie ,dobre 200m. w dół ,do innego domu wczasowego na posiłki:)

LastScan my w Zachełmiu
Ale najcudowniejszym był dla nas widok z naszych okien na położony na przeciwległym wzgórzu zamek!
Wieczorami Ojciec zabierał nas na spacery na sankach po okolicy. Zaczepialiśmy swoje saneczki jedne o drugie, a On ciągnął ten mini- kulig. Niedaleko zaczynał się las i bardzo baliśmy się tam chodzić wieczorem, choć Ojciec zapewniał, że tam jest bezpiecznie.
Największym wyzwaniem dla nas jednak okazało się to, gdy Ojciec kiedyś oznajmił: idziemy dziś na Chojnik!
Chojnik- ten zamek, który widzieliśmy z naszych okien!
Między wzgórzem, na którym stał Chojnik , a tym, na którym był nasz dom wczasowy, rozciągała się rozległa dolina. Na szczęście tamtędy prowadził jeden ze szlaków turystycznych i wśród śnieżnych zasp była wydeptana ścieżka.
Szliśmy dziarsko przed siebie zdobywać zamkową górę. Ojciec uzbroił nas w wielkie kije, po to, by łatwiej było nam pokonywać trasę. Oczywiście, w swoim stylu, żartował, że to po to ” gdyby napadły nas wilki”. Był mistrzem tworzenia napięcia!
Wspinaliśmy się pod górę ; najpierw szybko i wesoło, potem z coraz większym trudem. Księżna była bardzo niezadowolona, że Ojciec wybrał najtrudniejszy szlak. Ciągle dąsała się:
-nie damy rady a dziećmi! Coś Ty wymyślił! Wróćmy!
– damy radę. Idźcie za mną!
Szliśmy za Ojcem posłusznie. Czasem brał na ręce naszego młodszego brata i niósł . Potem szli trzymając się mocno za ręce. Pani Matka zabezpieczała tyły – szła na końcu , asekurując mnie i moją siostrę.
Doszliśmy wreszcie pod sam Chojnik. Wyglądało to ,mniej więcej, tak:
Chojnik-329
Chojnik-338Chojnik-334

Mniej więcej, bo dziś, po tak wielu latach, nie jestem pewna, czy szliśmy akurat tamtędy ;)
Tak czy inaczej : widok był niemal identyczny:)
Aby wejść na sam Chojnik, trzeba było jeszcze pokonać oblodzone skały. Pomimo tego, że droga zabezpieczona była specjalnymi łańcuchami, Pani Matka i tak była wściekła:
-zabijemy się wszyscy! Co za idiotycznym pomysłem było iść tutaj tędy!
– damy radę- powtórzył Ojciec. Ja wejdę na górę, Ty mi podawaj dzieci. A wy-zwrócił się do nas- macie trzymać się z całych sił łańcuchów!
Wspólnymi siłami zdobyliśmy szczyt! I zamek.
A tam czekały nas niesamowite opowieści. Zapamiętałam jedną:
Dawno, dawno temu, pewien książę miał córkę. Na imię jej było Kunegunda. Była to panna piękna, lecz bardzo wyniosła. Obiecała sobie, że wyjdzie tylko za tego, który zimową porą, objedzie konno zamek. Było to niemożliwe i każdy ze starających się o jej rękę śmiałków, ginął w przepaściach.Aż znalazł się jeden, dzielny i odważny rycerz, który pokonał trudną drogę. Kunegunda zakochała się w nim, bo, prócz tego, że dzielnym, to pięknym młodzieńcem był. Rycerz jednak pokłonił się nisko Kunegundzie i odjechał w siną dal. Próżna panna , nie mogąc znieść upokorzenia, rzuciła się w przepaść.

Natomiast prawdziwa historia zamku wygląda tak:
Prawdopodobnie już w końcu XIII wieku istniał tu dwór myśliwski, wzniesiony przed 1292 rokiem przez księcia świdnicko jaworskiego Bolka I Surowego. W latach 1353-64 książę świdnicko jaworski Bolko II Mały wzniósł na szczycie murowaną warownię.
W 1364 r. oddał go w zastaw niejakiemu Thimo von Colitzowi, który ku zaskoczeniu księcia prędko sprzedał nabyte prawa do zamku królowi czeskiemu Karolowi IV Luksemburczykowi. Wprawdzie Karol IV pozostawał sojusznikiem księcia, zbyt silnym jednak, by śląski Piast pozwolił mu długo posiadać ważny strategicznie zamek. Dlatego też czym prędzej Chojnik z rąk Czecha wykupił i… w 1368 r. zmarł. Opiekę nad zamkiem przejęła wdowa po Bolku II – Agnieszka Habsburska, która w 1381 r. przekazała zamek rycerzowi Gotsche Schaffowi – od imienia którego ukuto potem nazwisko Schaffgotsch.
W rękach Schaffgotschów twierdza pozostawała nieprzerwanie aż do 1634 r. kiedy jednego z nich – Hansa Ulrycha II oskarżono o zdradę cesarza Fryderyka II, uwięziono i rok później ścięto, jego dobra zaś wraz z Chojnikiem, mocą cesarskiego rozkazu, skonfiskowano. Do Schaffgotschów zamek powrócił w 1648 r., nie zamieszkali w nim jednak, odnajdując swą siedzibę w Cieplicach. Do opieki nad twierdzą już wówczas chętnie odwiedzaną zwłaszcza przez kuracjuszy z pobliskich Cieplic, wyznaczyli śląskiego rytownika i szlifierza szkła Fryderyka Wintera. W 1675 r. podczas sierpniowej burzy piorun uderzył w zamek i spowodował wyniszczający go pożar. Od tego czasu Chojnik pozostaje malowniczą ruiną, jednym z najpopularniejszych celów karkonoskich wycieczek. W 1822 r. ulokowano w jego murach gospodę i bazę górskich przewodników, a ok. połowy wieku otwarto niewielkie, funkcjonujące do dziś schronisko turystyczne „Na Zamku Chojnik”.

http://www.karpacz.net/atrakcje-w-okolicy-39/zamek-chojnik-2313/historia-2314/

Chojnik, jaki pamiętam i znam:
Chojnik-344
Chojnik-347

Byłam na Chojniku wiele razy. Choć pamiętam go głównie z wypraw zimowych z Ojcem, byłam tam nie raz z moimi dziećmi.
Nigdy jednak nie wdrapywaliśmy się tam zimą;
Chojnik w zimie został już na zawsze „zarezerwowany”
dla mego Ojca:)

ruiny-zamku-chojnik-zima-27079
i dla nas wtedy.

Może jednak niedługo znów wejdę na zamkową górę zimą.
Skoro troje dzieci kiedyś dało radę..;)

LastScan MY

Źródła:
http://www.chojnik.pl/pl/zamek
http://www.karkonosze.ws/wezel_szlakow_zdjecie_5456.html