Październik był..

..piękny ,w pierwszej połowie czasem deszczowy , później złoty, słoneczny i wreszcie, po  grzybowo nieudanej ostatniej jesieni uraczył nas dość obfitymi zbiorami:)
Nie wiem ile kilometrów przeszłam kniejami; szanowny Brat, wielki miłośnik grzybobrania, człek trochę młodszy ode mnie, obeznany z chyba każdą cyfrową nowinką ,doskonale zna nie tylko ilość przebytych przez nas kilometrów, ale i spalonych kalorii ( chyba faktycznie starzeję się, bo to drugie już zupełnie nie interesuje mnie ;)) Od Brata wiem,że przemierzaliśmy średnio dziennie około 7-8 km.Dziennie- bo każdą wolną chwilę, każdy wolny dzień spędzaliśmy w lasach. Nawet mój Pan B., pomimo ostatnich niedomagań zdrowotnych, nie odmówił sobie ( ani mi! ) kilku wypadów na grzybobranie.Nieco bliżej, krócej na leśnych wyprawach ( wszak z chorą nogą daleko się nie zajdzie..) , ale zawsze też wracaliśmy z pełnymi koszami. Po drodze zachwycały nas bajkowe zakątki, cudne, leśne pejzaże:
10-2016-z-grzybobrania-z-m-5


*

W Borach Dolnośląskich i u nas z Bratem i naszą ekipą:
pazdziernik-16-1

*
W borach, gęstych kniejach naprawdę można zatracić się , pozostawić Czas gdzieś poza i poczuć się ja w baśni. Jesień tak pięknie maluje leśny świat:


***

Back to Back*

Nie było mnie trochę, miałam znów dosć pracowity okres. Poza tym
udało się znów ( wreszcie!) zorganizowac zlot ziomali ;tym razem pod pretekstem i z okazji mego Big Bro urodzin i imienin. Oczywiście tradycyjnie już, prezentem ode mnie dla szanownego Braciszka było wyprawienie imprezy. Efektem spędzenia dwóch dni w kuchni były:
schab nadziewany suszonymi owocami, pieczona karkówka, pierogi z kaszą gryczaną i grzybami, drożdżowe zawijańce ze szpinakiem i twarogiem, zrazy z dziczyzny( specjalnosć Pani Matki) , sałatka z selera naciowego, sałatka z kukurydzą , sałatka z jajek. Prócz tego marynowane grzyby, ogóreczki z chili, ogóreczki bez chili, borówki, marynowana dynia, gruszeczki w occie- wszystko made moimi rączkami of course, późnym latem i jesienią.
Idąc na imprezę byłam pewna, że posiedzę trzy, może cztery godziny i wrócę wraz z Panią Matką i latoroślami spokojnie do domu spać. Nic z tego; na widok znajomych, kochanych , dawno nie widzianych ziomów, nastąpił u mnie niespotykany przypływ sił witalnych i energii . Chyba dość duży przypływ, ponieważ ostatni taniec wykonałam o godzinie szóstej rano;). Gdyby jeszcze na imprezie zjawili się moi Irlandczycy, to chyba do dziś balowalibyśmy ;)
Graliśmy i tańczyliśmy wszystko ,co się da i czego się nie da tańczyć. Jak zwykle przejęłam od naszego znanego, znajomego DJ
(zresztą w praktyce każdy ,kto ma ochotę ,może być na takiej imprezie DJ;)) pałeczkę i 3/4 muzyki grałam ja.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła do lat osiemdziesiątych i nie uczciła Pamięci tych, którzy są teraz TAM.
Zygfryd, Peter…dzięki muzyce byli znów z nami .
Pamiętam(y) jak słuchaliśmy tego razem, pamiętam(y) jak bawiliśmy się razem, pamiętam( y) Wasz śmiech i te różne, głupie miny. Pamiętamy zawsze i na zawsze, póki JESTEŚMY.
Zatańczyliśmy ze szwagrem coś w rodzaju pogo; trudno zresztą określić, co zatańczyliśmy przy Pretty Maids. Tak naprawdę trudno ogólnie określić ,co kto tańczył. Heavy metal przeplatał się z Modern Talking i CC Catch,od czasu do czasu wkraczał Fredek z Quennem, czasem brzmiał Santana, a czasem otumaniały nas dźwięki i rytm techno and house.
Odreagowałam i naładowałam życiowy akumulator.
A Tego najbardziej było mi trzeba!

I TEGO:

PS. Pretty Maids należy słuchać głośno. Mikołaj był tak miły w tym roku, że podarował mi dobre, mocne, duże słuchawki. Podejrzewam, że Mikołaj zrobił to ze względu na swe własne uszy, które niekoniecznie muszą lubić i znosić takie dźwięki.
Jeśli ktoś nie zna Back to Back:
zwróćcie uwagę na tempo tego utworu i te cuuuudne gitary!
Kocham!

***

*Pięć godzin w trasie ;)

Wbrew pozorom, nie lubię się chwalić;
tym razem jednak muszę podzielić się z Wami radością z przemiłej niespodzianki, jak mnie ostatnio spotkała.
Otóż znów zostałam wyróżniona;
dostałam nominację do
Liebster Award
Angie’s Diary – za ciekawość życia i rozpowszechnianie piękna Dolnego Śląska
http://poczytajdarylasu.wordpress.com/2013/07/03/nominacja-do-liebster-award/

Małgosiu: Z CAŁEGO SERCA DZIĘKUJĘ !!!
Nie wiem czy wezmę udział w konkursie; nie bardzo lubię te blogowe konkursy i wierzcie mi, czas wyjątkowo mi się ostatnio kurczy.
Od początku istnienia w blogosferze, raczej wyrzucam tu emocje ( dawne i obecne , oraz fikcyjne;)), dzielę się z Wami pięknem moich okolic i moją miłością do zwierząt . Czasem wrzucam wpis i znikam( wiem, wiem, jakie to głupie i niekonsekwentne, ale chyba to konsekwencja tego ” wyrzucania emocji” ;) ..)
Małgosiu, jeśli można, to przyznaję Ci wszystkie swoje nagrody!
Za Twą miłość do Natury, za Twą wrażliwość , piękno Twych tekstów i wreszcie, za świetny styl!

A jak już o mojej ciekawości życia :

Kilka dni temu , gdy wracałam z moimi psicami znad leśnego jeziorka( zawsze w upały zawożę je tam, by ochłodziły się), mój stary ( ale najukochańszy!) oplik zaczął zachowywać się dziwnie. Najpierw wyłączyło się radio, potem auto zaczęło zwalniać, choć cisnęłam mocno gaz. Ponieważ zapaliły si wszystkie kontrolki, wskaźniki wszystkiego nagle spadły , zatrzymałam wóz.
Spokojnie Angie, spokojnie, niech on odpocznie chwilę i spróbujemy zapalić.
A ON nic!
Akumulator! Tak, na pewno padł akumulator!
Fajnie; stoimy między polem a lasem. Dobrze, że wrócił zasięg komórki!
– Adam, wybacz, że dzwonię, ale, kurrr, zgasł mi nagle samochód! Stoję z mokrymi psami w aucie i nie wiem, co mam robić! Brat jest na dyżurze, ziomale we Wrocławiu…
– masz numer Roberta?
Hmm, numer Roberta miałam kiedyś, gdy.. a, nieważne. Muszę znów go zapisać.
Na szczęście był jeszcze w domu. Szybko przyjechał, podładował mój akumulator, odpalił auto.
– jedź Aga bez świateł i ostrożnie. Dojedziesz do domu. Potem niech akumulator się ładuje całą noc.
Gdy byłam już pod garażem, zadzwonił z dyżuru Brat:
– przecież nie mamy prostownika! Ściągnij Mirka z Jurkiem!
Przyszli. Wepchnęli oplika do garażu, gdy nagle:
– cholera, linka się zerwała!
– Jak linka??
-Linka od klapy!
Jasny..!!!
– Aga, my nie zrobimy tego bez narzędzi; wezwij jakiegoś mechanika!
Fuck, łatwo powiedzieć! Jest godzina około 20, chyba wszyscy mechanicy już , zasłużenie , mają kilka dobrych promili we krwi!
Cudem znalazł się jeden trzeźwy.Podniósł ,sobie tylko wiadomym sposobem, klapę i podłączył akumulator.
Byłam tak wciekła na swego oplika, że rozważałam kupienie innego auta.
Następnego dnia Brat zdecydował:
nie kupuj byle czego teraz; w przyszłym roku pomyślimy i kupimy coś lepszego! A teraz biorę złom/a/ do moich mechaników, wstawiamy nowy akumulator i linkę do klapy, pojutrze będzie ok. Gdy wrócę z dyżurów, podstawię ci go pod dom.
Ale lepiej weź mój wóz, jeśli masz pojutrze jechać do Wrocławia.

Lepiej, to nie znaczy, że muszę brać jego SUVA. A w nosie z tym, tym olbrzymem nie zaparkuję nigdzie w mieście, skoro mój węższy opel ledwo się wciska w te miejskie parkingi!
Oczywiście, choć stały dwa auta do mej dyspozycji, wzięłam , rzecz jasna, swego oplika. To co, że mój szrot to szrot? Ale jest mój i zrosłam się niemal z nim, znam na pamięć i w przeciwieństwie do suva, nie gaśnie mi nigdy na skrzyżowaniach ;)
Do Wrocławia mamy około 50 km. Sama droga tam, to nie problem. Nerwy zaczynają brać w Leśnicy już ( kto zna Wrocław, wie, o co chodzi) .Przejazd przez miasto, jest dłuższy ,niż sama droga do miasta.

W naszej okolicy zatankowałam. Tak za stówę. Spokojnie wystarczy do miasta, nawet i z powrotem , nawet kilka razy. Nagle, mniej więcej w połowie drogi, wskaźnik paliwa zaczyna spadać. Wyciek? ;))) Impossible! Nie znam się, ale, kurna, to nie może być tak! Pewnie wskaźnik się zepsuł.
Dobra, wskaźnik paliwa padł, ale czemu radio nagle przestało grać?? I czemu nagle zapaliła się kontrolka ABS??
Jesteśmy pod Wrocławiem, dobre 40 km od domu i przed nami jeszcze kawał czasu do przejechania. Zjechałam na stację benzynową. Cisza.Nie odpala!
Pierwszą godzinę zajęło mi obdzwanianie wszystkich znajomych i rodziny z Wrocławia. Było około 10 rano, każdy w pracy, w trasie, a mój Bond( młodszy Brat z W- wia) akurat bez auta. Drugą godzinę zajęło mi zaczepianie wszystkich kierowców podjeżdżających na stację, czy nie mają przypadkiem tych kabli, co się ładuje akumulator od drugiego auta..
Na stacji nie mieli oczywiście takiego sprzętu…Był upał. Jak dobrze, że po ostatnich doświadczeniach jazdy w lecie,przed drogą wysmarowałam się balsamem z filtrem!
Nie czekałabym tak długo na tej cholernej stacji, gdyby nie to, że miałam zawieźć Małego do jego wakacyjnej szkoły i byłam umówiona z panią dyrektor! Biłam się z myślami, co robić?!Nawet jeśli cudem odpalę opla, w sytuacji, gdy coś się z nim dzieje, nie wjadę nim do miasta przecież!Już to widzę: policja, pomoc drogowa, straż miejska..NIE!!!
Chciałam Młodego zawieźć do centrum Wrocławia, tym bardziej, że miał laptopa i trzy ciężkie torby podróżne.
Fuck, fuck, fuck!Ehhh, Bond unieruchomiony,do BB ( Big Brother- mój rodzony Brat) , który jest 40 km stąd i śpi po ciężkim dyżurze, za Chiny nie zadzwonię; J. też śpi po dyżurze i nawet salwy armatnie nie obudzą go( nie mówiąc o telefonie!),Adam w trasie, Robert 70 km stąd , rodzina z Wrocławia i ziomale albo na wakacjach, albo w pracy..że też to powszedni dzień akurat!
dlaczego się teraz malujesz , mama?
– po pierwsze nie mam co robić; po drugie nie maluję, a poprawiam tylko oczy i usta; po trzecie skoro rozmawiam co jakiś czas z ludźmi na temat udzielenia nam pomocy, muszę jakoś wyglądać. Patrz: cała się kleję już, sukienka zakurzona, niech choć moja twarz przypomina człowieka!
:)
Postanowiłam jakoś wrócić z Małym na naszą prowincję i telefonicznie uzgodnić z p.dyrektor nowy termin spotkania.W tej chwili pojawili się na stacji jacyś młodzi ludzie odziani wyłącznie w krótkie spodenki .
– patrz dziecko- zwróciłam się radośnie do syna- jakieś nagie cwaniaczki! Mogą się znać na autach, pomogą nam!
Oczywiście pomogli.
-Wie Pani co, to benzyniak, weźmiemy go na popych !
Oplik odpalił! :)’
Wracaliśmy dziarsko.
Nie znam się na tym, ale kłóciło mi się trochę to odpalenie na popych z tym moim nowym akumulatorem.
Ledwo o tym pomyślałam, gdy nagle zaczął znów gwałtownie zaczął spadać wskaźnik poziomu paliwa, zgasło radio, zapaliły się wszystkie kontrolki. Byliśmy na trasie szybkiego ruchu, gdy oplik ucichł..Zgasł! Z każdą chwilą tracił prędkość.Jak dobrze, że zwykle szybko jeżdżę! Siłą rozpędu dociągnęliśmy się do pierwszej widocznej krzyżówki.Zakręt w prawo, zjazd na pobocze, ręczny i awaryjne. Stoimy.
Nie chciałam tego robić, wierzcie mi, nie chciałam, ale nie miałam już wyjścia: zadzwoniłam :)
Brat obudził się.
– a nie mówiłem ci, że na dalsze trasy masz wziąć Suva, a nie rozbijać się tym złomem!
– przecież wczoraj wstawiliście z Andrzejem nowy akumulator…- starałam się bronić- wiesz, jakiś facet przed chwilą zatrzymał się i powiedział, że to prawie na pewno siadł alternator.
– dobra, dzwonię do Andrzeja, wezmę sprzęt i przyjadę po was. Gdzie jesteście? Daleko?
– hmmm…
;)

Czekaliśmy na bocznej drodze między łąkami.Opel całkiem usnął, zgasły nawet awaryjne. Chodziłam wte i wewte, od opla do głównej. Nienawidzę bezczynności i czekania; poza tym chciałam, aby Brat z daleka widział, gdzie jesteśmy.
Przestałam w końcu dreptać przy głównej, gdy zauważyłam, że wzbudzam dziwne zainteresowanie kierowców Tirów ;)
Ten cholerny upał dobijał mnie. Po drugiej stronie skrzyżowania był remont drogi. Od czasu do czasu podmuchy wiatru przynosiły ciężkie zapachy jakichś smarów. Fe! Ile jeszcze mam czekać??
Po dobrej godzinie zjawił się Brat. Spytał tylko:
– czy nie mogłaś powiedzieć od razu, że jesteście przy lotnisku? ( ” Lotnisko” to ta trasa szybkiego ruchu; dwa , szerokie pasy w jedną i drugą stronę drogi; lądowisko awaryjne)
– a czy to źle, że podałam ci nazwę tego zadupia, do którego prowadzi ta dróżka? Przecież jest drogowskaz. Poza tym czy uważasz, że wiedziałam, że jadę już po lotnisku? Dla mnie to tylko szeroka droga, trasa, gdzie szybko się jeździ i już!
Brat tylko pokiwał głową.
Mężczyźni nigdy nie zrozumieją kobiet.
Dojechałam na swą słodką, cichą, zieloną prowincję na ..akumulatorze kolegi. Nie pytajcie już o szczegóły;) . Kilka metrów od domu, wszystkie wskaźniki opadły, zapaliły się wszystkie kontrolki…
padł.
*
Opel w naprawie. Podobno już ostatniej.. Muszę poruszać się Suvem.
Krem z filtrami, który zastosowałam przed wyjazdem, okazał się zbyt słaby na pięć godzin w polach i od dwóch dni w starych, chłodnych murach mego domu, leczę spieczone ciało.
W poniedziałek muszę znów jechać do Wrocławia.
Ciekawe , czy i kiedy wróci mój Opel…?
;)))
***

* Widoczność 100 , a nawet ciut więcej ;) *

Od dwóch dni moje okolice toną w mlecznej mgle. Gdyby nie to, że zaistniała konieczność wyjścia z zamku, najchętniej opatuliłabym się ciepłym kocem i sącząc jakieś wiśniówki, orzechówki i inne napoje jesienne, oddałabym się z rozkoszą nicnierobieniu. Niestety ani mój żywotny charakterek, ani okoliczności nie pozwalają mi na taki komfort totalnego lenistwa i dwa ostatnie, mgliste dni spędziłam w drodze. Pomimo tego, że uchodzę za osobę odważną, nie jestem jednak aż takim braveheart , by odpalać swą rakietę rocznik 92 i wyruszać w trasę SAMA nic nie widząc! Żeby było jasne: okoliczne drogi, to raczej drożyny, kategorii chyba setnej: bez oznakowanego pobocza, bez środkowych linii! Na szczęście mój Big Brother
( rodzony brat) ma lepszy wzrok, lepsze auto i najlepsze na świecie serce. I światła przeciwmgielne w swym suv-ie! No dobra: i przede wszystkim jest mężczyzną:)
Zlitował się więc nad moją biedną, żeńską osobą i zaoferował szoferowanie w dniu wczorajszym. I dzisiejszym również!
Objechaliśmy chyba pól Dolnego Śląska załatwiając różne, ważne sprawy. Jeździliśmy chwilami we wszechobecnym , gęstym, mlecznym obłoku. Momentami nie widziałam prawie nic, a Brat twierdził uparcie, że nie ma tragedii , bo jest
widoczność sto metrów lub ciut więcej nawet. Nie przekonało mnie to; gdy byliśmy na drogach, gdzie istnieją na poboczach słupki, przejeżdżając obok , nie widziałam następnego. Czyli dla mnie widoczność mniej niż 100..
Łudziłam się, że po południu mgły opadną. Tymczasem, gdy wróciliśmy, zastał nas przy domu taki widok:

Wczoraj i dziś

***

I jak można w tych warunkach siąść za kierownicę? Gdy się nie ma dobrego, dużego auta..? I gdy się nie ma aż tak dobrego wzroku…? Ani dobrych świateł przeciwmgielnych ..?

I gdy się jest

przecież

kobietą?

;))))

Głupi ( ? ) Jasio

Ponieważ udało mi się ujarzmić bestię komputerową i wstawić obrazki, mogę spokojnie napisać coś wesołego.
Ostatni tekst Katona natchnął mnie; przypomniało mi się, że i ja kiedyś miałam zabieg pod pełną narkozą.
Było to, mniej więcej tak:
Kilka lat temu , gdy byłam jeszcze kobietą zamężną, coś , łagodnie mówiąc, popieprzyło mi się w kończynie dolnej. Bezwzględne zalecenie zabiegu. Mój małżonek przebywał wówczas w Hiszpanii, gdzie ,raz po raz wylatywał z pracy -za picie rzecz jasna .. W chwilach głębszych przemyśleń oraz nagłych wspomnień rodziny, mobilizował się i niczym Błędny Rycerz przemierzał dziesiątki mil pieszo w poszukiwaniu ” jakiejś pracy” . Wsiąkał gdzieś na całe dnie, noce. Gdy w końcu udało mi się go złapać telefonicznie, słyszałam niewinne:
– Niusiu, telefon mi się rozładował i nie mogłem oddzwonić….
Gdy pytałam czemu nie odpisuje od kilku dni na smsy, on beztrosko, niczym Byczek Fernando na łące, żujący trawę:
– Muszelko, skończyła mi się kasa na komórce i nie mogłem odpisać…
– ale ja naładowałam Ci konto tu, z Polski!!
– a wiesz, zaraz sprawdzę..O! Faktycznie!
– nie spytasz mnie jak czują się dzieci, jak ja??
– no przecież gdyby coś złego działo się, na pewno powiedziałabyś..
– tak,ale jak , gdy Ty nie odbierasz telefonów i masz wszystko w dupie?? ! Właśnie mówię: idę na operację jutro
– aha. EE tam, wytrzymasz, nie takie rzeczy ludzie wytrzymują…
Tak, miał rację. Nie takie rzeczy….
bardziej niż przed operacją bałam się wtedy, gdy zaginął na długo w Hiszpanii..gdy dzwoniłam po ambasadach, konsulatach, po firmach gdzie wcześniej pracował..gdy musiałam łamaną angielszczyzną tłumaczyć jego byłym pracodawcom, że go szukam, że martwię się o niego, że nie wiem czy nie stało się coś złego, czy żyje..bo nie zna żadnego języka obcego, bo nie wiem jak porozumiewa się tam,czy ma co jeść…. bo wiem, że przemierzył już całą Katalonię i jedzie gdzieś na zachód kraju itd….

Dziwne, że nie zabiłam go. Dziwne, że miałam mieć operację na nogę, a nie na serce…
W dzień zabiegu mój Brat( Wielki Brat, Święty Marcin : ) ) zapakował mnie do auta i zawiózł do szpitala. Brat wówczas był świeżo upieczonym Ratownikiem Medycznym i, ponieważ ambitny czort, złakniony wiedzy jak dzikie zwierzę krwi, był zawsze tam gdzie ” coś się działo”- tragiczne wypadki, ciężkie stany, operacje. Wlazł również ze mną na Izbę Przyjęć. Stał dzielnie z boku gdy spisywali moje dane, przeprowadzali wywiad na temat przebytych chorób itd. Poproszono w końcu mnie o przebranie się w te białe szmaty i podejście do sali operacyjnej.Widziałam w oczach Brata: Wreszcie! Poszłam tam, Brat za mną. Pani doktor, młoda, śliczna dziewczyna( Brat wcześniej już zauważył ją ) spojrzała na mego Towarzysza i powiedziała:
– ale Pan..Pan tu nie może być!
– jak to?? Ja jestem z branży a poza tym To Moja siostra!!
– no tak, ale są pewne zasady .. wymogi..Naprawdę Pan tu nie może być.
-ale ja chciałem przypilnować siostry i popatrzeć…będę stał z boczku, o tam, przy ścianie.Wsunę się w róg, będę niewidoczny, nie odezwę się ani słowem!
– Panie Marcinie..proszę nie nalegać. Naprawdę musi Pan opuścić salę. A o siostrę proszę nie bać się, zaraz ją uśpimy
Drgnęłam. Wiedziałam, że będę mieć narkozę, ale co innego wiedzieć , a co innego ją już prawie mieć, za chwilkę! Zdążyłam wysłać sms do małżonka:
– Ty kreaturo ludzka,Ty nieczuła świnio! Zaraz mnie kroją. Jak zdechnę albo nie wybudzę się, to nie masz po co wracać. I tak chyba nie masz po co. Baw się dobrze, adios amigo!

Do sali wszedł chirurg. Przywitał się, obejrzał moją nogę jeszcze raz i skinął do ślicznej pani doktor, że już może zacząć mnie usypiać. Dostałam jakiś zastrzyk, położyli mi chyba coś na twarz..pani doktor trzymała mnie za rękę sprawdzając puls. Słyszałam głosy i widziałam ludzi wokół siebie. Coś bełkotałam ( potem salowa powiedziała, że mówiłam do ślicznej pani doktor:” mój brat bardzo chciałby Panią zabrać nad morze”. .. )
Patrzyłam w sufit i na tych ludzi w białych i zielonych kitlach. I miałam jedną myśl:
„nie mogę usnąć! Nie mogę usnąć choćby nie wiem co! Nie mogę usnąć, bo jak we śnie umrę, to nie zdążę zabić tej Kreatury( małżonka) ani nawet dobrze mu strzelić w pysk jak wróci! ”
Usłyszałam nad sobą głos chirurga:
– Jeszcze nie śpi ??! Ale silna bestia! Uparta i silna!
I w tym momencie odpłynęłam….
Obudziłam się..tzn obudzono mnie. Nie wiedziałam jeszcze, czemu salowe się śmieją.. ; )) Skąd miałam wiedzieć, że pół przytomna bawiłam się w swatkę Brata…? ; )))
Gdy stwierdziłam, że żyję, gdy zorientowałam się, że już po zabiegu, rozrzucając ręce i wszystko co było przy mnie i na mnie, po prostu siadłam na łóżku z zamiarem..pójścia do domu : )) Trzy osoby siłą położyły mnie z powrotem. Byłam wściekła, bo uznałam, że dobrze się czuję i mogę wracać do domu. A tu, cholera, wiozą mnie gdzieś na tym kretyńskim wózeczku po szpitalu!!
Zobaczyłam Brata. Czekał na korytarzu.
– patrz Marcin, każą mi jeszcze minimum 3 godziny tkwić tutaj!!
Śliczna pani doktor spojrzała na mnie:
– ależ Pani miała pełną narkozę! Przez kilka godzin musi Pani być na obserwacji i pod kroplówkami!
Wściekłam się. Brat poszedł za mną na salę i trwał ze mną tak kilka godzin…szlag mnie trafiał. Nie cierpię gdy ktoś poświęca się dla mnie!
Pierwsze co zrobiłam po wyjściu z tego szpitala to zapaliłam.Dwa, jednego po drugim. I napisałam sms do Hiszpanii:
– na Twoje nieszczęście żyję. Przykro mi, jeśli Cię zawiodłam….
***

Zawiodłam go później naprawdę. Gdy kolejnej wyprawy w morze alkoholu , nie wybaczyłam…

************************************************************************************

* To tylko kot- ale MÓJ KOT! *

Mój brat nie znosił kotów. Od zawsze. Uważał, że są to istoty dzikie, fałszywe i wstrętne.Zresztą, zawsze mieliśmy psy. Od zawsze ;)
Gdy przyniosłam te cztery kociątka( pisałam o tym już kiedyś ) , mój brat nie odczuwał żadnych instynktów opiekuńczych czy macierzyńskich( hmm, jak miał je odczuwać, wszak ..jest mężczyzną.. ) . Potraktował to moje ratowanie kotków jako moją kolejną ” ambicję” czy raczej jakąś fanaberię.
Gdy kotki miały może niecały miesiąc i dopiero zaczynały mocniej siusiać( w chusteczki higieniczne, które im podstawiałam ..) mój Brat , pewnego dnia wszedł do domu( ma, niestety , klucz od mego domu..) i rzekł:
-te Twoje koty CZUĆ na korytarzu!
odpowiedziałam:
– najpierw otwórz drzwi od siebie i sprawdź jak wtedy czuć, a potem dopiero usiądź i pomyśl człeku, że to daje tak od sąsiadów
( mają 2 wielkie psy..)
Przyznał mi rację. Bo jakby mogło ..” coś czuć” z mojego domu??
Potem..jak było potem pisałam już kiedyś..Tak czy inaczej, mój Brat pokochał całkowicie, niemożliwie i do granic normalności jednego z moich kotów- Milorda :D Nauczył go wchodzenia na meble Księżnej Matki i schodzenia z nich po swym ramieniu; nauczył go reagowania na gwizd i wychodzenia z psami na spacer; kupował mu( i kotkom- samiczkom też , rzecz jasna) świeżą rybkę; a że mieszka niziutko, to zostawiał na cały czas otwarte okno od swego mieszkania” aby koty w razie niebezpieczeństwa mogły skryć się u niego” :D Tak czy inaczej: miłość mego Brata (i psów) z kotami kwitła pięknie. Jak jabłonie wiosną ;) I Księżna Matka grała w tej symfonii miłości.
– Mamo, ja rozumiem, że kochasz Milorda, ale czemu( w myślach: kurrr!”) pozwalasz mu spać w swojej szafie z ciuchami??
– Dziecko, spójrz ja jemu tam wygodnie! jak on i one ( kotki) tak lubią!
Taak…
Koty śpią gdzie chcą. Mają mnóstwo swoich posłanek, ale preferują albo spanie z kimś z domowników w pościeli, albo w różnych dziwnych miejscach typu np…stary wózek dla lalek Małej Wiedźmy:) Otóż Milord ubóstwia wyciągnąć się na tej lalkowej spacerówce mej córeczki i być…wożonym w niej! Może dla ludzi nie posiadających zwierząt, jest to co najmniej dziwne, chore
, ale jak mojemu Milordowi vel Emilianowi odmówić takiej frajdy!
Gdy Emil spał w wózeczku dla lalek obok mego łóżka( kwestię: „czy jest to normalne” pozostawmy może biegłym psychiatrom :D ), pewnego dnia, a właściwie z pewnym początkiem dnia – WOLNEGO DNIA!( była sobota!) usłyszałam zgrzyt otwieranego zamka od drzwi. Wiedziałam, że mój brat jedzie na dyżur, jest może 6ta rano.., ok, śpię dalej. I nagle słyszę..płacz! Płacz mojego starego brata.
– Agnieszka, wstawaj! Milorda już..nie ma z nami!
W półśnie pomyślałam: Milord położył się spać w wózeczku obok mnie; nie wypiłam więcej niż 2 piwa, Marcin też chyba nie był na imprezie, nigdy przed dyżurem nie chodzi na imprezy….zjadł coś, wypił coś , halucynacje ?? I nagle słyszę:
– Emilian, Ty kocie, Ty żyjesz!! Mój Mistrzu, Mój kocurze!
I beczy( mój brat) jak dziecko.
Wstałam. A tu widzę -Emil chodzi po moim Bracie jak po wielkim drzewie, ociera się, Brat go przytula.
Brat popatrzył na mnie , otworzył drzwi wejściowe i powiedział:
– chodź, zobaczysz czemu płakałem
Poszłam. A tu, na moim podwórku….nieżywy kotek, czarno, biały , jak mój Milord!!
Brat wykrztusił:
– Nie miałem siły podejść i sprawdzić czy to na pewno Milord…ale byłem pewien na 99 procent, że tak….
I wtedy dopiero ja zapłakałam. Na chwilkę. Potem wściekłam się… że mi on( brat) naraża tak moje słabe serce ;) Oczywiście brat spokojny już pojechał do pracy.
Obowiązek pochówku tego kota NN spoczął na mnie…Szlag mnie trafił. Trochę brzydziłam się wziąć do rąk obcego.. nieżywego kota…Na szczęście zjechała z dyżuru Księżna Matka, która niczego się nie brzydzi i która stwierdziła natychmiast, że mój brat( a jej syn) musi być niespełna rozumu jednak „że nie poznaje swoich kotów”, wzięła nieboszczka kota za ogon i jakoś razem wsadziłyśmy go do czarnego wora….

Człowiek jednak związuje się z kotem jak..pies;)
Cholera!

Mój Milord