Wycieczka do Złotoryi( czyli o „strasznej” wieży, wesołym miasteczku i złocie w potoku;))

Znów pada. Pewnie wściekłabym się na tę aurę, gdyby nie to, że gdy buro i deszczowo, można na chwilę zwolnić. Usiąść, zasiąść i .. coś napisać ;)
Ostatni weekend spędziliśmy pod znakiem obchodów Dnia Dziecka. Piękna, słoneczna pogoda tylko ugruntowała podjętą już wcześniej decyzję:
JEDZIEMY!
Zgodnie z planem, udaliśmy się na coroczne, Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w Płukaniu Złota do Złotoryi.
Złotoryja , prześliczna miejscowość usytuowana na Pogórzu Kaczawskim , leży zaledwie 50 km od naszej mieściny. Od lat przejeżdżamy przez to urocze miasteczko będąc w drodze gdzieś tam dalej i -jak w przypadku Bolkowa i wielu ciekawych, mijanych w trasie miejsc- obiecujemy sobie, że zatrzymamy się tutaj następnym razem. Teraz postanowiliśmy Złotoryję obrać za cel i główne miejsce naszego weekendowego balowania.;) Młody Lew, zmęczony tempem ostatnich dni, raczył poinformować mnie, że Dzień Dziecka uczci tylko naszym wspólnym niedzielnym obiadem w zajeździe nad wodą, na płukanie złota natomiast nie jedzie. Trudno, jego strata; i bez niego będziemy bawić się doskonale!
W Złotoryi mieszkają nasi serdeczni przyjaciele, którzy w sobotę pełnili honory gospodarzy i naszych przewodników po najciekawszych miejscach okolicy. Ponieważ mieliśmy trochę czasu do zawodów w płukaniu złota, postanowiłam zwiedzić złotoryjski rynek.
Śliczne, stare, średniowieczne miasteczko od razu zrobiło na mnie duże wrażenie.

Ponieważ było gorąco( tak,tak; dla mnie 22 stopnie C. i słońce to już upał!) , wiedząc, że nasza wycieczka będzie mieć charakter raczej parkowo- miejski , założyłam na się leciutką, czarną sukieneczkę na ramiączkach, taką ciut za kolanka oraz swe ulubione, bardzo wygodne/ choć dość wysokie, bo na sporym koturnie/ klapki. W razie czego lekki sweterek /w ręku/ i szal /na ramiona/:) Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że młodzi wpadli na pomysł, by zwiedzić kościelną wieżę.
Wieża ta ma, bagatela! , 63 m.wysokości, niesamowicie strome, wąskie, kręte, ostro spiralą pnące się na sam szczyt schody. Jest tak wąsko, że nie ma poręczy. Zamiast nich jest przymocowany hakami do wewnętrznej, okrągłej ściany sznur. Żeby jako tako utrzymać równowagę trzeba chwytać się go, na zmianę prawą i lewą ręką, czasem lewą opierać się o drugą ścianę,by, gdy się zakręci w głowie od tych stromych, krętych stopni, nie runąć w dół.
Nie zdając sobie sprawy, że tak się wchodzi niemal na sam szczyt (dopiero tuż przed nim są szersze schody i po obu stronach poręcze! ) , dziarsko weszłam na pierwsze stopnie schodków. Po chwili wspinaczki, gdy było coraz bardziej duszno i stromo, a mokra od potu sukieneczka coraz wyraźniej i bezlitośnie podkreślała me kształty, wydawało mi się, że jesteśmy co najmniej w połowie drogi.
Niestety, spotkany na pierwszym postoju przy wejściu do lochu głodowego, turysta rozwiał moje nadzieje.
– jeszcze kawał drogi przed nami- rzekł- po czym dołączył się do naszej, wspinającej się coraz wyżej grupki.
Gdy szedł tuż za mną ,uświadomiłam sobie, że, cholera, nie mam na sobie spodni i adidasów, a swoją , śliczną, czarną, małą sukieneczkę! I wysokie klapki! Trzymając się mocno sznura, postanowiłam maksymalnie przyspieszyć. Pogorszyło to tylko sprawę; twarz turysty znalazła się, mniej więcej, na wysokości moich łydek. Patrzy w górę, czy nie patrzy?– nerwowo oglądałam się za siebie. Trzymając się z całych sił sznura, rzecz jasna. Chyba , jeśli nie umrę z wysiłku, to zaraz spłonę tutaj! Słyszę za sobą ciężkie oddechy mojej ekipy, ale najbliżej oddech tego pana! Nie wytrzymałam:
-przepraszam, czy pan jest w odpowiedniej …odległości?
;)))
Tak, powiedział, że wszystko jest ok. Mimo wszystko, nie wiem skąd wzięłam tyle sił, by na szczycie zameldować się pierwsza!
Widoki z wieży na Karkonosze , Pogórze Kaczawskie i całą okolicę, wynagrodziły mi cały trud wspinaczki ( oraz obecności tego pana tuz za mną;))

Gdy schodziliśmy, zrobiliśmy przystanek w założonej w wieży na przełomie XV i XVI w. biblioteki łańcuchowej.
Tu: replika biblioteki.

Ale przedtem spotkały nas inne atrakcje. Gdy szliśmy w stronę lochu głodowego, w jednej ze ścian wieży ukazała się postać z zaświatów, a z głębi lochu poczęły wydobywać się straszne jęki umierających. ;)

Kto kiedykolwiek wspinał się, wie że zwykle zejść jest dużo trudniej, niż wejść. Nie można było iść inaczej, jak ciągnąć nogę za nogą, czyli: najpierw na schodek prawa, potem dostawiamy lewą. Aby nie spaść i nie wyrżnąć się przypadkiem….
Gdy wyszłam z wieży, byłam naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwa! ;)
Jeśli nie wierzycie jak tam wąsko, stromo i wysoko, spójrzcie:

Po takim wysiłku należał się nam odpoczynek w rynku i małe uzupełnienie spalonych kalorii ;)

Wracając do samochodu, przechodziliśmy obok naszej Wieży Wschodniej. Panie kasjerki ( serdeczne pozdrowienia dla Pań, jeśli trafiłyście na ten blog! ;)))powiedziały,że widząc nas znów tutaj, pomyślały, że może chcemy jeszcze raz zaliczyć wieżę
i patrząc na mnie wrzasnęły:
-dla pani wejście gratis!
O nie kochani, nawet gdyby mieli mi zapłacić, chyba już wtedy nie weszłabym tam! Zdobyłam chyba wszystkie latarnie morskie na naszym wybrzeżu, wiele baszt i wież zamkowych na moim ukochanym Dolnym Śląsku i innych rejonach kraju, niedawno wdrapałam się w środku zimy na skocznię narciarską w Harrachowie, ale czegoś tak stromego, wąskiego i wysokiego jak ta wieża w Złotoryi do dziś nie przeszłam! Pomyślałabym, że to proces starzenia robi ze mnie taką niezdarę; może pomyślałabym tak, gdyby nie to, że przecież wciąż na różne sposoby wyginam się , pracuję w ogródku i ogólnie mam jeszcze dużo energii i sił.I przede wszystkim, gdyby nie to, że moja młoda, silna i sprawna ekipa zeszła z wieży wykończona! :)))
*

Na płuczki złota nad zalewem z Złotoryi przyjechaliśmy troszkę spóźnieni. Skończyła się część zawodów dla dorosłych, zaczynała dla dzieci. Pomimo tego, fantastycznie spędziliśmy czas w prześlicznym parku nad wodą:

…i w wesołym miasteczku:

Tak moi Drodzy: tradycyjnie już,
jeździłam z Małą W. na/ w …łabędziu! :)
Zawsze z nią jeżdżę (i ciągle cieszę się, że jeszcze chce ze mną jeździć..) .
Gdy zerkaliśmy na przygotowania do kolejnego konkursu płukania złota, spotkaliśmy nagle naszego znajomego ( z wieży) turystę.
Miło pogawędziliśmy i umówiliśmy się/ jeśli trzeci raz przypadkiem na siebie wpadniemy/ na kawę i czekoladę :)
Przy okazji moi kochani złotoryjanie zdradzili mi, że oni raczej nigdy nie wchodzą na tę wieżę. Jest… za wysoko.
Kocham ich! ;)))
Po kilku godzinach spędzonych nad zalewem na płuczkach złota i wesołym miasteczku, pojechaliśmy nad małe jeziorko na późny( i bardzo smaczny!) obiad.
Uwielbiam takie miejsca:

*
Do domu dotarliśmy wieczorem. Zmęczeni i bardzo, bardzo zadowoleni z całego dnia. Z obietnicą złożenia nam wizyty przez naszych Przyjaciół oraz zamiarem ponownej wyprawy do Złotoryi, tym razem w celu zwiedzenia kopalni złota.
W niedzielę wieża wschodnia przypomniała o sobie. Gdy opuszczaliśmy nasz zamek w celu wyjazdu nad wodę, po przemierzeniu dwóch schodków w dół , poczułam okropny ból w lewym udzie. Czując, że tracę równowagę syknęłam jękliwie i w ostatniej chwili chwyciłam się z całych sił poręczy. Młody Lew ,wystraszony podbiegł w moją stronę:
– co ci jest Mama?? Słabo ci??
– gdzie tam słabo! Mnie słabo?? kurrr, Młody Człowieku, cholera jasna, nie mogę dziś po prostu chodzić! Moje mięśnie…! Wszystko przez Twego Brata, Szymka i… tę wieżę!!!
;)))

***

Buszując w sieci w poszukiwaniu materiałów na temat Złotoryi, trafiłam na wyjątkowy obraz mojej wieży:

434925
(malarska wizja Kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Złotoryi w XVIII w., według C. Hentschela z 1911r.)
http://dolny-slask.org.pl/968284,foto.html?idEntity=550475

Ciekawym historii miasteczka i jego zabytków polecam:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82otoryja
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Narodzenia_Naj%C5%9Bwi%C4%99tszej_Maryi_Panny_w_Z%C5%82otoryi
http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/6291,zlotoryja-biblioteka-lancuchowa.html
***

Forever young, czyli…( cz.II)

czyli o spędzaniu urlopu z rodziną ……..;)

https://angiewitch.wordpress.com/2013/07/09/forever-young-czyli/

Część II

Choć byłam wściekła, nie pokłóciłam się wtedy z Panią Matką, ani specjalnie nie nakrzyczałam na swe męskie latorośle.
Ponieważ zmienić podejście Księżnej do pewnych spraw, jest niemal niewykonalne, a ja cechę tę najwyraźniej odziedziczyłam po niej,postanowiłam pójść na jakiś kompromis w sprawie mego wieczornego wychodzenia na piwo.
Następnego dnia spytałam:
-czy to nie doskonały pomysł, abym poszła dziś do tej sympatycznej knajpy, którą sama zachwyciłaś się, z Sabą? Wiesz, że tam psiarze mile widziani, ja będę całkiem bezpieczna z psem,a Ty spokojna!
– ja nie chcę spać dziś z Babcią! Bądź ze mną!- zapiszczała nagle Mała Wiedźma.
Jeszcze tego mi brakowało! Cały czas cieszyła się na myśl o wakacjach z Babcią i długich rozmowach z nią przed snem, a teraz nagle…
Ehh, jak już pech, to na całego!
Gdy usnęła, wyszłam z chłopcami z domku.
Księżna była i tak niezadowolona. Powodem może było nie samo moje planowane wyjście, ale sukienka, którą kupiłam tego dnia rano.
Gdy szliśmy rano( no dobra, w południe;)) na plażę, zobaczyłam z daleka mały sklepik z magicznym napisem na szybie:
LETNIA WYPRZEDAŻ
Musiałabym nie być sobą, aby , choć na chwilkę, nie podejść.
Chwilka zamieniła się w chwilę, potem dłuższą chwilę. Wyszłam pokazać się Księżnej.
– przecież to za ciasne na Ciebie!
Postanowiłam nie reagować impulsywnie.
-Mamo, ta sukienka jest DOPASOWANA, takie noszą, nie widziałaś??
-widziałam, ale nie podoba mi się to. Zbyt …seksowne.
– aha! To może przypomnę Ci Twoje sukienki z tamtych lat?!
To był argument poniżej pasa. Pani Matka zamilkła. :)
*

Wieczorem młodzi poszli w swoją stronę, ja w swoją. Oczywiście z psem:)
Usiadłam przy swoim ulubionym , wiklinowym stoliku blisko barku. Zanim zdążyłam przywitać się z szefem, obok mego stolika pojawiła się młoda, śliczna kelnerka i spytała, czy podać miseczkę z wodą dla pieska.
Jasne, że podać! A dla mnie- jeśli już ktoś by się pytał ;)- oczywiście zimne, jasne , bez soku. ;)
Lato to jedyny czas w roku, gdy lubię zimne, jasne. To też czas, gdy najbardziej lubię patrzeć na uśmiechniętych, bawiących się ludzi. Zawsze obserwowałam ludzi; gdy łaziłam na wagary w ogólniaku, moim ulubionym zajęciem było wysiadywanie we wrocławskich kawiarniach i przypatrywanie się ( dyskretne, rzecz jasna!) przybyłym. Czasem , chcąc nie chcąc, gdy siedzieli tuż obok, słuchałam ich rozmów. Fascynowało mnie każde życie. Każde życie jest jakąś opowieścią, a te od dzieciństwa uwielbiałam.
Wracając do Jastarni i tej uroczej knajpy: siedziałam blisko barku, Saba obok mnie. Patrzyłam na cudownie kiczowate złoto- różowe lampki, tańczących , młodych ludzi i słuchałam muzyki. Może zapomniałabym o Bożym Świecie, gdyby nie moje zimne jasne. Niestety picie tego trunku, ma skutki nie tylko w postaci dobrego humoru. Jak dobrze, że drzwi, na których znajdował się napis WC , były dość blisko! Przywiązałam Sabę do swego krzesła i poprosiłam znajomą parę z Wrocławia , aby chwileczkę przypilnowała pieska. Coś tknęło mnie i po paru krokach odwróciłam się. Mogłam tego spodziewać się:
pies idzie za mną–wraz z wiklinowym krzesłem!
Monika i Paweł( przy okazji, jeśli trafili na ten blog, serdecznie pozdrawiam! ) jednym tchem powiedzieli:
– nie da rady, warczy na nas!
Wróciłam i spokojnie starałam się wytłumaczyć Sabie, że to mili państwo, a ja będę za sekundę , a teraz tuż obok. Nic z tego. Pies znów szedł ( wraz z krzesłem) za mną.Ponieważ mój pęcherz był już na granicy wytrzymałości, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć Sabę do toalety.
Pomieszczenie za drzwiami z napisem WC, dzieliło się na dwa mniejsze: toaletę damską i męską. Obie toalety miały jednak wspólny przedsionek.
Ponieważ połowę wieczoru spędziłam w toalecie( tak już niestety mam po piwie..) , a Saba za każdym razem czekała tuż pod moją kabiną, co jakiś czas słyszałam głośne piski dziewcząt: ” ajj, pieeeesss! ” lub męskie głosy” o kurwa, uwaga, pies w kiblu!” .
Subtelnie odzywałam się zza swych zamkniętych drzwi:
– spokojnie, nie gryzie! ( „dopóki komuś nie przyjdzie do głowy podejść za blisko moich drzwi”, dopowiadałam w myślach;))
Wszyscy tak polubili Sabę, że dostała gratis smażoną rybkę i kiełbasę. Oczywiście mogłam pożegnać się z tańcami; pomimo tego, że drzemała na rozsypanym wokół białym piasku, nie odstępowała mnie na krok. Jak dobrze, że potrafię wczuć się w innych i dzielić ich radość z tańca i zabawy! ;)Jak miło też, że szef tak polubił mnie, że przyniósł mi (osobiście!) drinka swej koncepcji. Pomimo tego, że było to obrzydliwe, wypiłam, podziwiając jego kunszt rzecz jasna! Nie mogłam przecież zrobić przykrości szefowi, a poza tym na wakacjach panują inne zasady /gry/ ;) Ponieważ jednak jestem uczciwa ( wobec tych, którzy są wobec mnie uczciwi), postanowiłam zasugerować jakoś delikatnie szefowi, że to albo niezbyt dobre, albo nie w moim stylu po prostu.
Trzeci drink był już ok.;)
Bawiłam się doskonale, gdy nagle wyrosły, jak spod ziemi, me latorośle( te starsze, płci męskiej).
– zabieramy Sabę, Babcia jest na nas wściekła, że nie poszliśmy z Tobą tutaj i mówi, że pies nie może tak się męczyć.. A Ty Mama, jak nie potrafisz nie wściekać się po nocach, to jej i tak już wszystko jedno.
:)))
Pierworodny dodał:
– Mama, rób jak chcesz, ale jutro jedziemy na Hel i płyniemy statkiem; możesz nie dać rady!
*
Dałam radę. Zwykle daję radę :)))
*

Ja i Saba w Jastarni i na morzu. Kilka lat temu,
obie dobre kilka kilo młodsze ;)
***

Stolik w drugim końcu sali *

Kiedy tańczyłaś w płomieniach świec
i Twoja twarz zmieniała się
I oczu blask tańczące dwa płomienie
Dobrze pamiętam wciąż
….

Z opowieści Andżeliki:

Pamiętasz ten mały, bluesowy klub, do którego kiedyś zaprowadziłam Cię? Ten z ciemnymi, wyłożonymi drewnianą boazerią ścianami. Z zielonymi krzesłami i szalonym barmanem. Pamiętasz na pewno, jak ten wariat do Ciebie uśmiechał się cały wieczór i próbował poderwać!
Wiesz, kiedyś, chyba dwanaście, a może trzynaście już lat temu, byłam tam z Lidką. Lidka skończyła jakiś kolejny kurs angielskiego i akurat miała egzamin. Zdała, na piątkę. Ona zresztą chyba zwykle zaliczała na pięć, nie mogło być inaczej ;wiesz jaka była ambitna.
Wtedy ..
umówiłyśmy się wcześniej, że po tym jej egzaminie , robimy kurs po moich znajomych klubach. Lidka nie znała ich, chciałam zrobić jej niespodziankę. (Nie tylko jej ; znałam niektórych szefów tych knajp, kilku barmanów i wiedziałam, że już stęsknili się za mną ;))
Country Club, Rock Club, Golden Club; w tym ostatnim posiedziałyśmy dłużej. Grali tam na życzenie tzn, to co chciałaś, barman włączał. Tak, barman; to były malutkie knajpki, kameralne i często szef był sam barmanem i jednocześnie kimś jak DJ ;)
Dowiedziałam się tam od kolegi , że na końcu ulicy założyli nowy klub, gdzie grają bluesa. Wiesz jak wtedy uwielbiałam bluesa. Poszłyśmy tam z Lidką. Od razu spodobało mi się; ciemne ściany, zielone krzesła, złoty barek, niedużo ludzi. Przyciemnione światło. Czuło się ducha!
Wzięłyśmy po piwie i usiadłyśmy na końcu sali, przy oknie. Właściwie salki, bo klub rzeczywiście był niewielki. Lidka była zachwycona , wreszcie spokój !
Rozmawiałyśmy sobie, gdy nagle zwróciłam uwagę na grupkę młodych ludzi po drugiej stronie sali. Kilka dziewczyn i z nimi jakiś młodzieniec. Przystojny..nie, raczej piękny niczym młody bóg. Długie, brązowe włosy falami opadały na jego ramiona i plecy.
-patrz Lidka, patrz tam! Widziałaś królewicza? Zerka na Ciebie, no patrz!
Faktycznie królewicz nie spuszczał oka z nas. A raczej nie odrywał wzroku od Lidki.
-Jasny szlag! Apollo ze swymi nimfami! – zaśmiała się Lidka
Niewiele pomyliła się. Piękny młodzieniec miał za towarzyszki kobiety obdarzone jak on, niemal nieziemską urodą.
– co my tu robimy Andżelika? Widzisz te kobiety? To muszą być jakieś modelki! One są tak doskonale zbudowane, wszystkie bardzo wysokie. I jakie miękkie, kocie ruchy! Patrz jak ubrane! Kurr.., gdzie my przylazłyśmy??
Nie przejęłam się specjalnie tym. Zawsze przecież miałam powodzenie, Lidka też, choć daleko nam było do jakichś tam modelek.
Lidka, nie przejmuj się. Olej to. Jesteśmy tu, aby bawić się, a nie łypać oczami na jakieś podejrzane dziewuchy.Co nas zresztą oni obchodzą? Zdrówko!
Piłyśmy piwo, ktoś dosiadł się do nas , z kimś zatańczyłam, ktoś postawił nam piwo. Impreza w klubie rozkręcała się, przychodzili nowi ludzie. Jednak czułam ciągle na nas spojrzenie tamtego młodzieńca. Odwzajemnione, bo Lidki wzrok , co chwila mimo woli wędrował na drugi koniec sali.
– ale ty jesteś uparta Lidzia! Mówię ci, nie patrz tam. Widzisz, że ma swoje dziewczyny
– ja..ja wcale nie niego nie patrzę!
I aby udowodnić to, Lidka przesiadła się tak, by nie widzieć stolika po drugiej stronie sali.
Wtedy ten wariat, barman zapalił na każdym stoliku świeczkę i wniósł na środek sali wielkiego szampana
– na koszt klubu! – krzyknął wesoło.
Okazało się, że ma urodziny:)
Wypiliśmy szampana i wróciliśmy do swoich stolików.
I wtedy zagrali to:

Widziałam jak  tamten chłopak zamyślił się. Nagle wstał i nie zwracając uwagi na śmiech i żarty swych ślicznych towarzyszek, podszedł do nas.
Stanął przy naszym stoliku ,skinął delikatnie na przywitanie i niczym ktoś z dawnej epoki (królewicz, cholera, naprawdę królewicz!) , głęboko ukłoniwszy się Lidce, zapraszając ją gestem do tańca, spytał nieśmiało:
– czy zatańczy pani ze mną?
Patrzyłam na tę całą scenę i czułam się tak, jakbym oglądała jakiś film. Lidka nieśpiesznie wstała , podała mu dłoń i zatańczyli. Sami, na środku sali.
Nie mogłam od nich oderwać oczu. Ona tak krucha, tak malutka przy nim. Miała na sobie długą, ciemnobrązową ,jak jego włosy, suknię. Lidka zawsze była inna; gdy była moda na mini, na te różne seksowne, ciasne sukieneczki, ona uparcie nosiła te swoje ulubione długie, à la hinduskie. Przepaska na długich, blond włosach i duże kolczyki; pamiętasz, to była Lidka wtedy. Była śliczna, choć nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Miała tak dużo wdzięku, tak mnóstwo uroku osobistego, że wszelkie jej niedoskonałości, gdzieś głęboko kryły się przed światem.
Patrzyłam na nich, jak na parę nie z tych lat. Wyglądali pięknie w blasku świec. Miałam wrażenie,że ich zamazane w smugach tytoniowego dymu odbicie w dużych lustrach na ścianach ,chce na zawsze już tam pozostać. Widziałam jak chłoną się wzrokiem, jak dotykają nieśmiało swych włosów, twarzy, ramion. Jakby chcieli dotykiem zapamiętać każdą chwilę i każdy dźwięk.
Nigdy przedtem ,ani potem nie widziałam tyle subtelnej namiętności w tańcu.
Nagle ktoś zapalił światła, przyszli ci durni Amerykanie ( opowiadałam ci już o nich ) . I ta jego znajoma dziennikarka w spodniach w kratkę. Przynieśli wielki, urodzinowy tort dla szefa. I znów szampan, toast.
Zrobiło się głośno, wszyscy przekrzykiwali się , Lidkę porwali Amerykanie, którym coś tłumaczyła. Królewicz nagle zniknął wśród tłumu gości.
Było późno, środek nocy, chyba po trzeciej ; przed klubem czekał już na nas samochodem Adam.
Następnego dnia Lidka opowiedziała Adamowi o królewiczu.
– powiedz mi Adam ty, jako facet, powiedz, dlaczego ten chłopak zainteresował się mną? Przecież nie jestem ani tak ładna, ani wysoka, ani tak zgrabna , jak te jego koleżanki!
ale wy , baby, czasem jesteście durne! Nie pomyślałyście,że co druga z tych lasek, to pewnie pusta dziwka? Założę się, że facet miał może już dość tych umizgujących się, łaszących ,wypacykowanych lal.
Może tęsknił za kimś normalnym i prawdziwym?
***
Niedawno spotkałam się na winie z Lidką. Wspominałyśmy tamten klub, słuchałyśmy bluesa.
Wiesz co powiedziała?
Powiedziała mi, że spotkanie tego chłopaka, taniec z nim, delikatne głaskanie jego włosów i twarzy, było dla niej do dziś

jej najpiękniejszym erotycznym przeżyciem
***

 

tanczaca-para

*** Christmas Time ***

Gdy mieszka się w Domu Rodzinnym z Matką swą rodzoną, święta muszą być obfite. Tak w pożywienie, jak i gości.Do rodzinnego domu przecież ściągają wszyscy, z różnych zakątków świata .
Trudno powiedzieć teraz, co łatwiej dziś zliczyć :gości czy ilość potraw; po raz pierwszy od kilkunastu dni mam chwilę, by usiąść spokojnie, odsapnąć i zrelaksować się słuchając muzyki. Młodzi (moi polscy młodzi i ich włoscy goście na wycieczce, ufff! ) ;)
Opowiem Wam o moich świętach.
Mój dom rodzinny( drugi dom rodzinny; pierwszy mieści się we Wrocławiu, pisałam już o tym) , mój znany Wam zamek ,a konkretnie komnaty w nim, mają 3m.40cm wysokości. Wysokie pokoje, więc i choinka nie może być mała.
Otóż maleństwo ma około 3,20. Oto ono:
Zdjęcie2856

Uwielbiam gęste drzewka świąteczne, przystrojone nie zanadto kolorowo, ale z ogromną ilością maleńkich światełek. Wygląda to tak delikatnie i pięknie. Zdjęcia są zawsze tylko namiastką tego, co można zobaczyć na żywo, gdy się wszystko subtelnie mieni zmieniającymi się powoli kolorami.
Od kilku lat już dzieło ubrania naszej maleńkiej choinki, spoczywa w rękach mych latorośli. Spisują się doskonale, tym bardziej, że jest to jeden z ich nielicznych obowiązków. Ja, choć uwielbiałam ubierać choinki, od dawna nie mam na to zwyczajnie czasu.
Nie mam czasu, bo przygotowuję:
barszcz z uszkami( uszka z grzybami, uszka z mięsem, uszka ze szpinakiem) , kapustę z grzybami, śledzie w śmietanie, śledzie na ostro, dwa rodzaje warzywnych sałatek, kompot z suszu,pasztet z suszonych grzybów,sernik, makowiec , ciasto czekoladowe( lub piernik)
Ryby, czyli karpia, szczupaka i amura przyrządza zwykle mój szanowny Brat; natomiast Pani Matka / której praktycznie prawie w domu nie ma/ specjalizuje się w sporządzaniu karpia w galarecie.
Na święta piekę:
karkówkę w dużej ilości czosnku, boczek w majeranku, roladę z boczku z papryką, piersi kurczaka w oliwie i ziołach prowansalskich. Bigos przygotowuję wcześniej; to jedno z nielicznych dań, któremu dobrze robi zmrożenie.
ufff…
Mniej więcej prezentuje się to tak( mniej więcej, bo wszystkiego nie da się na raz wnieść na stół ;))

Zdjęcie2788

Zdjęcie2790

Od dwóch lat , za sprawą mego Pierworodnego, który czuje się wyraźnie Obywatelem Świata , gościmy w święta lub okresie świąteczno- noworocznym różnych ludzi zza granicy. Nikt z moich młodych , zagranicznych przyjaciół nie może pojąć, że niemal wszystkie potrawy przygotowałam sama. Bo ich ” Mums” albo zamawiają gotowe, albo kupują półprodukty. Tłumaczę tym Młodym, że u nas,w Poland to naturalne, że niemal wszystkie kobiety tyle gotują i tak wyprawiają święta . To i tak dla nich ” amazing” ;)
*
Ponieważ w tym roku byłam chyba niespotykanie grzeczna, Mikołaj był wyjątkowo hojny. Taki malutki, w kolorze kości słoniowej prezent otrzymałam:

Zdjęcie2785

A to nie dodatek do prezentu; to moja Diana, siostra Milorda. Jest ciekawska, zawsze dokładnie sprawdza wszystko nowe. A jak jej już się spodoba..Prawda, że prezentuje się na jasnym tle nieźle ..? ;)
Zdjęcie2787
Mikołaj bardzo kocha zwierzęta i na moje pytanie: co będzie, gdy Dianeczka zechce ostrzyc pazurki o prezent, odpowiedział:
no trudno. To ( prezent) przecież tylko rzecz martwa, a to ( Diana) w końcu kot !
Kot. Lub pies. Jedno i drugie ( trzecie, czwarte, piąte) potrafi władować się nieproszone do łóżka gościom. Tym z Kanady, Niemiec, Irlandii lub Włoch również.
*
Jak dobrze, że do zamku zjeżdżają tylko dobrzy, rodzinni i ciepli ludzie!I to wcale nieważne skąd. Ludzie wolni, wolni od nienawiści , zawiści i ksenofobii, ludzie otwarci, ludzie bez skrajnych poglądów i idei, ludzie wyznający tolerancję i znajdujący w sobie radość życia.I to co łączy tu wszystkich najbardziej: człowieczeństwo.W każdym calu.
*
Z moimi uroczymi gośćmi zwiedziłam /między innymi , znów /Uniwersytet Wrocławski.
Aula Leopoldina jak zwykle robi niesamowite wrażenie; podzielę się nim z Wami niebawem.
Obiecuję Wszystkich odwiedzić przed Nowym Rokiem!
Moi Młodzi niedługo wracają z Krakowa, a ja muszę znów jutro jechać .
Kolęda, hej kolęda! ;)

Teraz napawam się pięknem tego świątecznego czasu i jedynym spokojnym wieczorem :)
Zdjęcie2860

* Nieśmiertelne*

Uwielbiam ten świąteczny nastrój. Te kiczowate mikołaje , jarmarczne gwiazdeczki i światełka . I ten grudniowy  mróz i  śnieg.
Księżna Matka zwykła mawiać: najcudowniej jest mieszkać w klimacie śródziemnomorskim.  A ja zawsze oponuję.
„Po co? Aby nie mieć tej cudnej zimy? Tego uroku naszych świąt? Tego zasłużonego po zakupach świątecznych grzańca?”
Jeśli wszystko ułoży się tak, jak planuję, znów pojadę na przecudny jarmark świąteczny do Drezna; jeśli nie, na pewno odwiedzę nasz, wcale nie odbiegający urokiem, Jarmark Świąteczny na rynku wrocławskim. Obiecuję, podzielę się swymi wrażeniami tutaj i , rzecz jasna, wrzucę kilka jakichś zdjęć :)
*
Ale dziś..
dziś myślę, o tym co było. O pewnej nieśmiertelności muzyki. I pewnych osób.
Kiedyś, dawno temu, gdy byłam w pierwszej klasie liceum, gdy byliśmy wszyscy….gdy był wśród nas Peter, czekaliśmy na święta, tak jak dziś.
Wtedy miałam na głowie niesamowity , blond pióropusz ;) Wtedy świat wydawał się tak cudowny,a my byliśmy tak młodzi i tak pijani ta młodością, że krzyczeliśmy nią i śpiewaliśmy na całe nasze wariackie gardła . Na przekór wszystkiemu, na przekór ówczesnym realiom. Nic nie obchodziło nas ZOMO i inne świństwa; ważne było tylko to, by je ominąć. I żyć, żyć i się śmiać z życia :) By jechać nad morze, w góry, by wziąć gitarę i wyłuskać parę groszy od starych. I grać, i tańczyć, i bawić się.
Majaczy mi obraz tamtej naszej klasy. Moich koleżanek, kolegów, przyjaciół.
Majaczy mi szczególnie w okresie świąt, gdy w codziennej gonitwie ,słyszę w radio nasze dawne piosenki. Czasem aż nie mogę uwierzyć, że po TYLU latach, nadal są tak popularne. Nieśmiertelne. Jak nasze wspomnienia..I ludzie, którzy, już odeszli. TAM .GDZIEŚ.
Pamiętam, pamiętam doskonale Classix Nouveaux. I Sal’a Solo. I to, jak pewnego razu w grudniu, przed lekcją wychowawczą Peter zagrał coś na gitarze/ zawsze ją miał przy sobie/ A my nagle, naprawdę spontanicznie wzięliśmy w ręce jakieś książki i długopisy i udając perkusję,
jednocześnie śpiewając , zagraliśmy San Damiano.
*
Dla mnie, w moim odczuciu, jeden z najpiękniejszych utworów muzycznych. Nieśmiertelny i Wszech- Czasów . I cieszę się jak dziecko, gdy moje latorośle i młodsze rodzeństwo zachwyca się tym.
To przecież moja młodość, moje życie!

* Przed zimowym snem*

Jesień to dla mnie czas leśnych spacerów. Lato jest zwykle dla mnie zbyt ciepłe na wyprawy w bory ; ja źle znoszę gorąc .
Moi znajomi twierdzą, że to dlatego, że za dużo mam tego gorąca w sobie już ;)  Zważywszy na mój charakterek i temperament, może coś jest tu na rzeczy..?
Tak czy inaczej, lato to dla mnie czas wody ; kiedy tylko się da, jeżdżę nad pobliskie jeziorka, baseny, a w sierpniu zwykle nad morze/ z którego, z wyjątkiem deszczowych dni, prawie nie wychodzę!/ Poza tym lato to też ogród; bez względu na upały, muszę się przecież nim zajmować. Prace ogrodowe zaczynają się oczywiście wiosną i dlatego wtedy też rzadko  kiedy mam czas chodzić swymi ukochanymi, leśnymi ścieżkami.
Zima..hmm, zimą totalnie dziecinnieję i łażę z Małą Wiedźmą z sankami po okolicznych pagórkach, z których z lubością i radosnym krzykiem , zjeżdżamy. Rzecz jasna to ja jestem koniem pociągowym w drodze na górki ;))).
Martwi mnie to, że Mała W. coraz mniej lubi te wypady na sanki. Cóż, powoli staje się Młodą Wiedźmą, a Młode Wiedźmy zwykle uważają się za osoby bardzo dorosłe, którym już to i owo nie przystoi.
Młode Wiedźmy ubierają się( jak sądzą)  w ciuchy z górnych półek / lub z pierwszych stron gazet o modzie/ , zwykle bardzo dopasowane, kobiece i  mocniej lub bardziej błyszczące; noszą bardzo eleganckie, takie , wiesz Mama: damskie  kozaczki, obwieszają się różnymi świecidełkami i twierdzą, że muszą już mieć swoje własne kosmetyki, bo  i tak Ci Mama, podkradam, lepiej więc mi kup ;)))
Małe Wiedźmy gdy stają się Młodymi Wiedźmami, wybierają stanowczo towarzystwo koleżanek i to z nimi wolą chodzić na zimowe spacery. Bez sanek, bo sanki to obciach i są dla dzieci rzecz jasna i się nie będziemy kompromitować! Dziwne, że Młode W.zaczynają coraz bardziej przypominać ..swe matki z ich młodości:)
Tak, dokładnie tak. Gdy miałam naście lat, chodziłam zimą do lasu wyłącznie w towarzystwie swojej Przyjaciółki lub swej paczki. Rzucaliśmy się śnieżkami, strząsaliśmy na siebie wielkie śniegowe czapy z gałęzi starych, wielkich świerków i młodych sosen. Ale to rzadko; przecież byliśmy bardzo dorośli i poważni! ;)
Najpiękniejsze były nasze wyprawy nocą, gdy śnieg skrzył się w świetle księżyca i gwiazd…
Las, nasz las.
Las, który rósł z moim dziećmi; pamiętam, jak chodziliśmy tam na spacery z wózeczkami z maleńkimi naszymi latoroślami. Ileż to już lat temu? Ponad dwadzieścia..
Ponad dwadzieścia lat przemierzam te same leśne ścieżki, ścieżynki. Czasem wydaje mi się, że znów pcham wózek z kilkumiesięcznym Pierworodnym lub słyszę cichutki płacz „mama” mojego Młodego Lewka. Lub śmiech Malutkiej Wiedźmy na widok ojca strojącego do Niej śmieszne miny…
Wszystkie nasze psy, które zawsze wiernie na leśnych spacerach nam kiedyś towarzyszyły..
Dziś spaceruję z Małą Wiedźmą / jeszcze../ i często z moim Lwem, który jest już dorosłym Lwiskiem. I oczywiście z Sabą i Abi:)    A czasem sama.
Życie zatacza dziwne kręgi.
Choć tyle lat już chodzę po tym lesie, wciąż odkrywam w tym cichym, bajkowym świcie, coś nowego. I coraz bardziej lubię pory roku, których kiedyś nie znosiłam.

Listopad. Listopadowy, senny świat. Natura zapada powoli w zimowy sen :











I nie wiadomo kiedy zapada zmrok.
Z okien mego domu:


*
Piękny ten listopadowy świat :)

* Mieszkanko na poddaszu*

Na najwyższym piętrze zamku jest małe, urocze mieszkanko. Niektórzy nazywają je ” klitką na poddaszu” i pewnie w tym wiele racji; mieszkanko to ma może 15m2 powierzchni, a składa się z jednego pokoiku, przylegającej doń kuchni o ukośnym dachu i wąskiej łazienki, gdzie sufit jest tak mocno ścięty, że osoba o wzroście powyżej 1,50 dokonując tam toalety, powinna mieć baczenie na swą głowę.
Od początku swego istnienia, małe mieszkanko cieszyło się dużym powodzeniem wśród chętnych do wynajmu czegoś na jakiś czas. W ciągu trzydziestu lat mieszkało tam wielu, zwykle bardzo ciekawych postaci. Gdy miałam 11 lat , jednym z ulubionych, wieczornych zajęć moich i mej paczki było nasłuchiwanie ( „podsłuchiwanie” brzmi znacznie gorzej;) odgłosów szalonych imprez wyprawianych tam przez ówczesnego lokatora, młodego, przystojnego psychologa. Czasem przez otwarte okienka wydobywały się dźwięki gitar i innych instrumentów, zagłuszane radosnym śpiewem gości. Nieraz zastanawialiśmy się, dlaczego ktoś wieczorem wylewa zupę przez okno.;) Mieszkanko tego pana oraz wszystko, co się tam działo, było dla nas tym bardziej interesujące, że uczestnikami rozśpiewanych imprez byli znajomi psychologowie, lekarze, często nasi Rodzice lub znajomi naszych Rodziców. Pomimo największych chęci, nie mogliśmy i tak nigdy wychwycić o czym gadają i z czego się śmieją; mieliśmy zresztą ważniejsze sprawy do załatwienia, jak choćby podrażnić lokatora z sutereny. Lub zrobić wielkie ognisko z..siana, które ten trzymał dla swoich królików ;)
*
Wiele lat później, gdy moje starsze latorośle przyszły na świat, wraz z ich ojcem, a mym ówczesnym małżonkiem, odwiedzałam czasem małe mieszkanko na poddaszu. Zajmowało je wtedy młode małżeństwo , nasi przyjaciele. Sąsiad był miłośnikiem win, których produkcją na użytek własny trudnił się od lat , z powodzeniem. Często sąsiedzi odwiedzali nas w naszym zamkowym mieszkaniu; nigdy jednak nie było to tak magiczne, jak przesiadywanie u nich. Zrozumiałam wtedy, że maleńkie mieszkanko na poddaszu ma w sobie COŚ niepowtarzalnego, coś, co mimo jego niewygód wszelkich, przyciąga jak jakiś magnes.
Gdy urodziło się drugie dziecko sąsiadom, musieli opuścić to małe, magiczne gniazdko. Nie sposób przecież egzystować w czwórkę na 15 metrach..
Po tych sąsiadach przyszli następni. Również nasi przyjaciele, również młode małżeństwo. Ponieważ był to okres wypraw po złoto na Zachód mego szanownego Don Kichota/ pana męża/ , często byłam sama gościem sąsiadów w ich ślicznym, przytulnym mieszkanku. Nowi sąsiedzi byli bardzo, bardzo gościnni. Często niespodziewanie dzwonili do mnie, że ” mam szybko przyjść”. 15 lat temu byłam znacznie silniejsza i było mnie znacznie mniej, wobec czego pokonanie dwóch wysokich pięter w tempie błyskawicy, nie stanowiło dla mnie problemu. Rozpromieniona wpadałam do nich, gdzie byłam natychmiast wciągana do kuchni
( kuchnia to moje ulubione miejsce w każdym domu! ) . Koleżanka zwykle czekała na mnie albo z jakąś nową, pyszną potrawą do spróbowania, albo sukienką do zmierzenia lub z chęcią zwykłego pogadania i degustowania wraz ze mną różnych napojów produkcji małżonka. Tak, nowy sąsiad , podobnie do swego poprzednika był amatorem i wytwórcą napojów procentowych. W przeciwieństwie jednak do starego sąsiada, zajmował się produkcją nie tylko swojskich win, ale i alkoholi wysokoprocentowych.
Pewnego razu , jak zwykle zadzwonili wieczorem, abym ” szybko przyszła, jeśli mogę” . Pobiegłam niczym sarenka pokonując szybciutko kilkadziesiąt schodów pod górę. W kuchni czekała sąsiadka z napełnioną po brzegi szklanką jakiegoś ciemnego napoju
– spróbuj koniecznie i oceń Angie! Ty się znasz na winach. Uprzedzam tylko, ze to trochę mocniejsze wino.Ale wypij duszkiem, dasz radę!
To, że jestem znawczynią win, a jeszcze bardziej to, że dam radę, tak podbudowało mnie,że postanowiłam spełnić życzenie sąsiadki w mig. Na bezdechu wychyliłam 3/4 szklanki, po czym..oczy moje stały się ogromne niczym talarki, a oddech gdzieś ugrzązł w płucach
– śliwowica!- wykrztusiłam w końcu- fuuck, co to jest??
Okazało się, że faktycznie sąsiad w ramach swych eksperymentów przegonił zwykłe wino spirytusem, dodał czegoś na śliwkach i tak powstał ten cudowny napój, którego recenzentem miałam być ja.
Po wypiciu drugiej szklanki, tym razem powoli i z sąsiadami,po pełnym uznaniu dla nowego trunku kolegi, wróciłam do domu. Dwa wysokie piętra w dół. Droga powrotna była znacznie trudniejsza.
Dziwnie schody wydawały się bardzo dłuuugie, a poręcze jakby ruchome ;)))
Przepadałam za wieczorkami u sąsiadów. Nie zawsze zakrapianymi śliwowicą przecież. Niestety z czasem i oni opuścili małe mieszkanko na poddaszu. Było mi smutno. Teraz, aby odwiedzić ich lub poprzednich, musiałam ubierać się w coś, odpalać auto i jechać kawałek.To psuło mi całą przyjemność ewentualnych wizyt. A świadomość, że nie będę mogła w myśl zasady piłeś- nie jedź ,oceniać efektów pracy sąsiadów, całkiem odbierała mi chęć wyjścia poza zamek.
Gdzież te czasy, gdy biegłam w szlafroku, podomce czy zwykłym dresie na górę pogadać o wszystkim i niczym i spróbować różnych smakołyków!
*
Smutek mój nie trwał długo. Kilka lat temu wprowadziła się do mieszkanka na poddaszu moja przyjaciółka. Wtedy była jeszcze tylko koleżanką znaną z widzenia; błyskawicznie jednak zaprzyjaźniłyśmy się. A mieszkanko znów tętniło życiem.
I to jakim życiem!
Ale to już osobna historia, którą, jeśli chcecie, opowiem kiedyś :)