O radości ( życia) ;)

czyli niedzielne pieprzenie o niczym;)

Jak ja lubię te spontaniczne imprezy, jak to cudnie, gdy zjeżdżają ziomale z różnych stron Europe do rodzinnej Polszy!
(I tradycyjnie już, stacjonują u mego szanownego Brata. Dobrze, jeśli zjawiają się w piątek lub sobotę; nie trzeba wtedy nazajutrz brać urlopu N/Ż;))
Przybywają z nowymi / lub starymi/ dziewczynami lub żonami, czasem z młodszymi kumplami. Często z kameralnego spotkania kilkorga przyjaciół, powstaje duża, wielopokoleniowa impreza. Impreza, gdzie nikt nie przychodzi w codziennej szacie
pani dyrektor, pana informatyka, pana polonisty, pani inspektor itd. Wszyscy wracają nie tylko do rodzinnych domów, ale przede wszystkim , do młodości. Nagle człowiek cofa się *naście lub *dzieścia lat, dziecinnieje, świadomie odrzuca to , co słuszne, wskazane, wyuczone. Nie ma konwenansów, nie ma lepszych i gorszych; praca, problemy, nawet choroby, zostają za drzwiami.
Jest śmiech i muzyka. Jeśli chodzi o tę drugą- dla każdego coś dobrego. Zasada od dawna jest taka, że każdy może włączyć swoje ulubione dźwięki. A inni słuchając, czekają na swoją kolejkę. Albo po prostu się bawią.
Nie wiem czemu tak jest, że od pewnego czasu, rola DJ przypada mojej szanownej osobie.
Może dlatego,że potrafię poruszać się dość sprawnie w większości gatunków?
Taak, gdy nasi młodzi koledzy siedzieli na nocniczkach, szalało się przy różnych kawałkach Ironów i pląsało przy C.C.Catch ;)
*
Ostatnio słuchaliśmy głównie hard rocka i metalu. To ukłon w stronę P., naszego przyjaciela z Anglii, starego metala.
Ponieważ P., choć jest już w Wielkiej Brytanii dobre kilka lat, nie może za nic nauczyć się angielskiego,
należało włączyć piosenkę z łatwym do zrozumienia angielskim. A najlepiej już taką ” z naszych czasów”.
Czego nie zrobi się dla ziomali!
Especially for P.
(i oczywiście wszystkich wyznawców heavy metalu) :

:)))

P. nie tylko nie zabił mnie, ale nawet zatańczył solo kawałek.
(Teraz już, w obawie o swe życie, nie napiszę nic;))

Na osłodę drogiemu P. i wszystkim metalom dedykuję moje ostatnie odkrycie;
finalista MBTM , naprawdę metalowa i naprawdę świetna
MATERIA:

*
Nie wiem, czy wariactwo i muzyka stanowią panaceum na życiowe kopniaki ;
na pewno jednak rozpalają radość życia, łagodzą i pozwalają nabrać dystansu, przede wszystkim do siebie.
Czego wszystkim moim Gościom ( tym oficjalnym i tym cichym) z całego serca życzę.
:)
*

Reklamy

* Nieśmiertelne*

Uwielbiam ten świąteczny nastrój. Te kiczowate mikołaje , jarmarczne gwiazdeczki i światełka . I ten grudniowy  mróz i  śnieg.
Księżna Matka zwykła mawiać: najcudowniej jest mieszkać w klimacie śródziemnomorskim.  A ja zawsze oponuję.
„Po co? Aby nie mieć tej cudnej zimy? Tego uroku naszych świąt? Tego zasłużonego po zakupach świątecznych grzańca?”
Jeśli wszystko ułoży się tak, jak planuję, znów pojadę na przecudny jarmark świąteczny do Drezna; jeśli nie, na pewno odwiedzę nasz, wcale nie odbiegający urokiem, Jarmark Świąteczny na rynku wrocławskim. Obiecuję, podzielę się swymi wrażeniami tutaj i , rzecz jasna, wrzucę kilka jakichś zdjęć :)
*
Ale dziś..
dziś myślę, o tym co było. O pewnej nieśmiertelności muzyki. I pewnych osób.
Kiedyś, dawno temu, gdy byłam w pierwszej klasie liceum, gdy byliśmy wszyscy….gdy był wśród nas Peter, czekaliśmy na święta, tak jak dziś.
Wtedy miałam na głowie niesamowity , blond pióropusz ;) Wtedy świat wydawał się tak cudowny,a my byliśmy tak młodzi i tak pijani ta młodością, że krzyczeliśmy nią i śpiewaliśmy na całe nasze wariackie gardła . Na przekór wszystkiemu, na przekór ówczesnym realiom. Nic nie obchodziło nas ZOMO i inne świństwa; ważne było tylko to, by je ominąć. I żyć, żyć i się śmiać z życia :) By jechać nad morze, w góry, by wziąć gitarę i wyłuskać parę groszy od starych. I grać, i tańczyć, i bawić się.
Majaczy mi obraz tamtej naszej klasy. Moich koleżanek, kolegów, przyjaciół.
Majaczy mi szczególnie w okresie świąt, gdy w codziennej gonitwie ,słyszę w radio nasze dawne piosenki. Czasem aż nie mogę uwierzyć, że po TYLU latach, nadal są tak popularne. Nieśmiertelne. Jak nasze wspomnienia..I ludzie, którzy, już odeszli. TAM .GDZIEŚ.
Pamiętam, pamiętam doskonale Classix Nouveaux. I Sal’a Solo. I to, jak pewnego razu w grudniu, przed lekcją wychowawczą Peter zagrał coś na gitarze/ zawsze ją miał przy sobie/ A my nagle, naprawdę spontanicznie wzięliśmy w ręce jakieś książki i długopisy i udając perkusję,
jednocześnie śpiewając , zagraliśmy San Damiano.
*
Dla mnie, w moim odczuciu, jeden z najpiękniejszych utworów muzycznych. Nieśmiertelny i Wszech- Czasów . I cieszę się jak dziecko, gdy moje latorośle i młodsze rodzeństwo zachwyca się tym.
To przecież moja młodość, moje życie!

* Mieszkanko na poddaszu*

Na najwyższym piętrze zamku jest małe, urocze mieszkanko. Niektórzy nazywają je ” klitką na poddaszu” i pewnie w tym wiele racji; mieszkanko to ma może 15m2 powierzchni, a składa się z jednego pokoiku, przylegającej doń kuchni o ukośnym dachu i wąskiej łazienki, gdzie sufit jest tak mocno ścięty, że osoba o wzroście powyżej 1,50 dokonując tam toalety, powinna mieć baczenie na swą głowę.
Od początku swego istnienia, małe mieszkanko cieszyło się dużym powodzeniem wśród chętnych do wynajmu czegoś na jakiś czas. W ciągu trzydziestu lat mieszkało tam wielu, zwykle bardzo ciekawych postaci. Gdy miałam 11 lat , jednym z ulubionych, wieczornych zajęć moich i mej paczki było nasłuchiwanie ( „podsłuchiwanie” brzmi znacznie gorzej;) odgłosów szalonych imprez wyprawianych tam przez ówczesnego lokatora, młodego, przystojnego psychologa. Czasem przez otwarte okienka wydobywały się dźwięki gitar i innych instrumentów, zagłuszane radosnym śpiewem gości. Nieraz zastanawialiśmy się, dlaczego ktoś wieczorem wylewa zupę przez okno.;) Mieszkanko tego pana oraz wszystko, co się tam działo, było dla nas tym bardziej interesujące, że uczestnikami rozśpiewanych imprez byli znajomi psychologowie, lekarze, często nasi Rodzice lub znajomi naszych Rodziców. Pomimo największych chęci, nie mogliśmy i tak nigdy wychwycić o czym gadają i z czego się śmieją; mieliśmy zresztą ważniejsze sprawy do załatwienia, jak choćby podrażnić lokatora z sutereny. Lub zrobić wielkie ognisko z..siana, które ten trzymał dla swoich królików ;)
*
Wiele lat później, gdy moje starsze latorośle przyszły na świat, wraz z ich ojcem, a mym ówczesnym małżonkiem, odwiedzałam czasem małe mieszkanko na poddaszu. Zajmowało je wtedy młode małżeństwo , nasi przyjaciele. Sąsiad był miłośnikiem win, których produkcją na użytek własny trudnił się od lat , z powodzeniem. Często sąsiedzi odwiedzali nas w naszym zamkowym mieszkaniu; nigdy jednak nie było to tak magiczne, jak przesiadywanie u nich. Zrozumiałam wtedy, że maleńkie mieszkanko na poddaszu ma w sobie COŚ niepowtarzalnego, coś, co mimo jego niewygód wszelkich, przyciąga jak jakiś magnes.
Gdy urodziło się drugie dziecko sąsiadom, musieli opuścić to małe, magiczne gniazdko. Nie sposób przecież egzystować w czwórkę na 15 metrach..
Po tych sąsiadach przyszli następni. Również nasi przyjaciele, również młode małżeństwo. Ponieważ był to okres wypraw po złoto na Zachód mego szanownego Don Kichota/ pana męża/ , często byłam sama gościem sąsiadów w ich ślicznym, przytulnym mieszkanku. Nowi sąsiedzi byli bardzo, bardzo gościnni. Często niespodziewanie dzwonili do mnie, że ” mam szybko przyjść”. 15 lat temu byłam znacznie silniejsza i było mnie znacznie mniej, wobec czego pokonanie dwóch wysokich pięter w tempie błyskawicy, nie stanowiło dla mnie problemu. Rozpromieniona wpadałam do nich, gdzie byłam natychmiast wciągana do kuchni
( kuchnia to moje ulubione miejsce w każdym domu! ) . Koleżanka zwykle czekała na mnie albo z jakąś nową, pyszną potrawą do spróbowania, albo sukienką do zmierzenia lub z chęcią zwykłego pogadania i degustowania wraz ze mną różnych napojów produkcji małżonka. Tak, nowy sąsiad , podobnie do swego poprzednika był amatorem i wytwórcą napojów procentowych. W przeciwieństwie jednak do starego sąsiada, zajmował się produkcją nie tylko swojskich win, ale i alkoholi wysokoprocentowych.
Pewnego razu , jak zwykle zadzwonili wieczorem, abym ” szybko przyszła, jeśli mogę” . Pobiegłam niczym sarenka pokonując szybciutko kilkadziesiąt schodów pod górę. W kuchni czekała sąsiadka z napełnioną po brzegi szklanką jakiegoś ciemnego napoju
– spróbuj koniecznie i oceń Angie! Ty się znasz na winach. Uprzedzam tylko, ze to trochę mocniejsze wino.Ale wypij duszkiem, dasz radę!
To, że jestem znawczynią win, a jeszcze bardziej to, że dam radę, tak podbudowało mnie,że postanowiłam spełnić życzenie sąsiadki w mig. Na bezdechu wychyliłam 3/4 szklanki, po czym..oczy moje stały się ogromne niczym talarki, a oddech gdzieś ugrzązł w płucach
– śliwowica!- wykrztusiłam w końcu- fuuck, co to jest??
Okazało się, że faktycznie sąsiad w ramach swych eksperymentów przegonił zwykłe wino spirytusem, dodał czegoś na śliwkach i tak powstał ten cudowny napój, którego recenzentem miałam być ja.
Po wypiciu drugiej szklanki, tym razem powoli i z sąsiadami,po pełnym uznaniu dla nowego trunku kolegi, wróciłam do domu. Dwa wysokie piętra w dół. Droga powrotna była znacznie trudniejsza.
Dziwnie schody wydawały się bardzo dłuuugie, a poręcze jakby ruchome ;)))
Przepadałam za wieczorkami u sąsiadów. Nie zawsze zakrapianymi śliwowicą przecież. Niestety z czasem i oni opuścili małe mieszkanko na poddaszu. Było mi smutno. Teraz, aby odwiedzić ich lub poprzednich, musiałam ubierać się w coś, odpalać auto i jechać kawałek.To psuło mi całą przyjemność ewentualnych wizyt. A świadomość, że nie będę mogła w myśl zasady piłeś- nie jedź ,oceniać efektów pracy sąsiadów, całkiem odbierała mi chęć wyjścia poza zamek.
Gdzież te czasy, gdy biegłam w szlafroku, podomce czy zwykłym dresie na górę pogadać o wszystkim i niczym i spróbować różnych smakołyków!
*
Smutek mój nie trwał długo. Kilka lat temu wprowadziła się do mieszkanka na poddaszu moja przyjaciółka. Wtedy była jeszcze tylko koleżanką znaną z widzenia; błyskawicznie jednak zaprzyjaźniłyśmy się. A mieszkanko znów tętniło życiem.
I to jakim życiem!
Ale to już osobna historia, którą, jeśli chcecie, opowiem kiedyś :)

*Tacy sami*

Dla Charmee

Pisanie jest jak wyrzucanie balastu zbędnych emocji; jak wentyl lub” guzik bezpieczeństwa”.I właśnie dlatego pisanie choćby było całkiem bez sensu, ma właśnie sens. Tak i już.
Ponieważ cały mój ” zdrowy tryb życia” , ” wyhamowanie” ostatnie doprowadziło do tego, że leżę przeziębiona dziś, postanowiłam myślami wrócić do tego co dla mnie było fajne i wesołe. I podzielić się tym tutaj, z Wami.

Jedną z najmilszych, najgorętszych i najbardziej szalonych rzeczy jakie dane było mi do tej pory przeżyć, był mój -kompletnie irracjonalny, kompletnie zwariowany- związek ze Szkotem ( pan nazywany przeze mnie tutaj ” Trupem z Szafy” ). Pomimo tego, że ten ” związek” nadal w jakimś sensie trwa, opowiem o nim już. Myślę, a nawet wiem na pewno, że My Scot nie miałby nic przeciwko temu; ba! byłby zadowolony, że mówię o Nim publicznie. Mnie ,dzięki Niemu, (jak już kiedyś wspomniałam) zna co najmniej pół Szkocji oraz pokaźna część Anglii ; ))) Czas więc przedstawić Go Wam tu, w moim rodzinnym kraju .Na moim (rodzimym) blogu.
Poznałam Go po półrocznej swej bytności w internecie. Dawno, dawno temu. Dokładnie 4 lata temu, ale w sieci, gdzie czas płynie jakoś inaczej, gdzie wszystko czasem nagle zmienia się i rządzi swoimi wirtualnymi prawami, te cztery lata to szmat czasu.
Kiedyś opowiem jak Go poznałam; dziś, ponieważ od jakiegoś czasu jestem na diecie i powoli zapominam smak wina, a, jak wiadomo ” głodnemu chleb na myśli”, opowiem o tym

JAK ANGIE UCZYŁA SZKOTA SPOŻYWAĆ ( kulturalnie) ALKOHOL

Było to dość dawno temu. Ponieważ od kilkunastu miesięcy tkwiliśmy z The Love of My Life w przedziwnie zmiksowanym virtualno- realnym związku i za cholerę,( pomimo wielu racjonalnych przesłanek, że to głupie jakieś) , nie mogliśmy się od siebie uwolnić, postanowiłam przedstawić mojej Love jasno swoje stanowisko w niektórych kwestiach. Najważniejszą sprawą było ” ograniczenie spożywania alkoholu przez Szkota” . Moje unoszenie się i nazywanie Go wprost boozing animal doprowadzało tylko do gwałtownych wymian zdań między nami( z czego 1/3 Jego sentencji rozumiałam na podstawie znajomości angielskiego; resztę tylko i wyłącznie dzięki swej intuicji ), więc podeszłam do tematu spokojniej.
Aby opowiedzieć o tym, muszę najpierw przedstawić atmosferę naszych virtualnych spotkań via camera. Otóż nie były to nigdy spotkania ” statyczne”; nie dla tak niespokojnych dusz grzeczne siedzenie przed kamerą i mdłe rozmowy. Kamera była włączona( czasem 12 h/ dobę) , a my- ja u siebie, On u siebie- ” normalnie” wykonywaliśmy różne czynności życia codziennego. Gdzieś tam w tle przechodziły nasze dzieci, gdzieś tam ktoś dzwonił, coś tam sprzątałam czy pędziłam do kuchni” bo się przypala”. Zwykle głośno grała muzyka i dlatego lepiej było nam porozumiewać się pisząc. Dla mnie było to świetne, bo od zawsze miałam kłopoty ze zrozumieniem ICH; prędzej sama sklecę wszystko co chcę po angielsku niż dobrze zrozumiem co Oni mówią.
Ale często też rozmawialiśmy „normalnie” . Live- via camera ; ))I tu wytworzył się przedziwny nasz język, język angielsko- polski. Szkot próbował się uczyć j.polskiego; próbował, bo kiedyś stwierdził, że jest ” fucking difficult” i lepiej żebym ja szlifowała angielski i- rzecz jasna- poznawała j.szkocki.
Wszystko co opowiem działo się ; niektóre teksty angielskie będę-celowo- pisać fonetycznie.

Ponieważ, jak wiadomo, angielski duużo lepiej idzie po spożyciu, zanim zabrałam się za ” umoralnianie” Szkota, zaopatrzyłam się w dużo, dużo red wine.
– słuchaj Szkot, musimy dziś poważnie porozmawiać- powiedziałam (po angielsku oczywiście)
– co się stało Polko? Czy coś zmieniło się.. ?
– nie, fuck, nic nie zmieniło się. Nic nie mów, bo teraz JA będę mówić, szat ap. Popatrz na mnie teraz. Co to jest?- spytałam trzymając w reku lampkę wina
– jak to co? Glass of wine!
– tak. Ale to jest JEDNA glass! Rozumiesz? ONE glass of wine! Jedna.
– i co z tego?
-to z tego, że będę dziś cały wieczór ją pić. Tę ONE glass, rozumiesz? I patrz na mnie i ucz się jak powinno się kulturalnie pić alkohol!
– a co Ty Polko , masz dietę znowu?
– kurwa, nie drwij ze mnie znów!
– nie drwię i nigdy nie drwiłem. Po prostu to dziwne, że masz tylko jedną lampkę wina dziś…
” Ja Ci dam, kurwa, dziwne!- pomyślałam- cicho, cholera, na podłodze obok krzesła mam cały baniaczek. A w kuchni drugi. Trzeba jakoś się napić, będzie lepiej mi szła rozmowa” .
– co tam Angie robisz pod biurkiem?
-aaaa, pod biurkiem..? Aa, koty ruszają kable- jakoś sprytnie wypiłam szybko tę glass i napełniłam znów. Na szczęście kamera nie jest ruchoma i nie wszystko , co się dzieje w pokoju , jest w stanie wyłapać!
– tak Szkot…rozmawialiśmy o piciu alkoholu. Spójrz na mnie. Rozmawiając z Tobą piję tę jedną glass i jest cool, prawda?
– no tak. Wiesz co Angie, kocham Cie, Im fucking loving you!
– jak to ” fucking” ?? Ty chamie!- byłam pewna, że mnie obraził.
– nie, nie, Angie, nie idź, stój; Ty mnie źle zrozumiałaś. ” Fucking” to u nas normalne słowo, to przymiotnik, to znaczy, że BARDZO Cię kocham. Rozumiesz? Fucking= very much!
– ok. Ale przestań używać wulgarnych słów. Myślisz, ze co? Że jak nie znam dobrze angielskiego to nic nie rozumiem już? I nie denerwuj mnie. Idę do loo
– Angie, loo to nieładnie; lepiej mówić toilet
– fuck toilet and loo! Ide- trzeba było przecież skoczyć do kuchni wypić po cichu trochę więcej wina wreszcie! : ))
Wypiłam haustem dwie szklaneczki. Od razu lepiej! Ok, wracam do Szkota. Tanecznym krokiem i podśpiewując.
– Angie, Ty jesteś taka wesoła dziś! To dobrze!
– jestem wesoła, bo Cię widzę, fuck!
– haha, mówisz, żebym nie przeklinał , a sama cały czas przeklinasz!
– boo widzisz Szkot.. – troszkę zaczął mi się plątać język- bo look at the world: jak ja klnę ,to jest inaczej. Ja jestem woman i jak klnę to jest takie..takie sweet!
– ah, sure!- zaśmiał się
– Ty się nie śmiej Szkot a lepiej słuchaj!- w tej chwili zabrzmiało :

Byłam w swoim świecie, całkiem, zupełnie Sobą. Wino i moja muzyka !
Jedno i drugie spowodowało, że zatańczyłam. Z kieliszkiem w ręku.. ; ) Ekstaza!
– Im dancing for you Scot! Look at me!- rozpięłam włosy, rozrzuciłam je na ramiona i tańcząc zawołałam:
– I am you girl with pearl’s hair!
– yes, you are! My girl with pearl’s hair!
Ponieważ alkohol troszkę zmienia punkt widzenia, dopatrzyłam się coś nie- tak w wyznaniu Szkota
– słuchaj Szkot, a Ty w ogóle wiesz o czym jest ta piosenka? Rozumiesz ją?
– no jak, fuck, mam nie rozumieć, kiedy ona jest po angielsku!!
– no dobra, ale czy rozumiesz sens jej?
– Agnes, nie rób ze mnie idioty!
– ależ ja nie muszę robić, hahahaha- byłam bardzo zadowolona z siebie. Atak śmiechu ( pijackiego? )
– ale Ty jesteś złośliwa!- i coś dalej mówił. Nie rozumiałam kompletnie nic
– Angie, co Ty szukasz teraz?
– ajm luuukkinng for- coraz bardziej plątał mi się język- więc , kurwa, znaczy fuck, luuukin for my dikszinery, fuck.. bikozzzz..aj hev tu ..hev tu…kurwa, no hev tu fajjjnd łan ..słowo, one fucking word! O już mam! BEŁKOCZESZ !! Tak Szkot, Ty właśnie bełkoczesz i nie rozumiem dlatego co mówisz !
– Polka, to Ty bełkoczesz! Co Ty masz w tym kieliszku? Wódkę z winem czy spirytus?
– fuck, wino, mam only red wine! A teraz łejttt.. łejt for miii, lalala, idę…ajm going to the loo, lalala
Oczywiście loo jak loo ; skończyłam jeden baniaczek wina w kuchni. Tanecznym krokiem wróciłam przed kamerę do Szkota.
– Ty jesteś amazing! Kocham Cię Polko!- wyszeptał wpatrzony we mnie
– ee tam kocham, kurwa, nudne to już. This..it becomes boring! Ja też Cię kocham Szkot; musimy wreszcie zamieszkać razem! A Ty tylko obiecujesz..fucking obietnice!
– zamieszkamy razem, choć to może być początek III Wojny Światowej!
– Tchórz! Głupi tchórz! Lajk e łuman! O! hehe! O czym mieliśmy rozmawiać w ogóle? Aaa, o Twoim piciu Szkot. Bo wiesz..pić możżżnaaa, tak kurtu… kurtu… kurwa, kulturalnie jak Ja , for eksampl. Luuuk at miii, unikaam , tak ajm evoiding brzydkich wyrazów i jestm najjjss! I to very najs a Ty, fuckin hell, bez fuck nie powiesz, kurwa, zdania! I pijesz dużżżżoo, za dużżoo! Masz nie pić! – po cichutku dopełniłam swoją one glass. I zarazem skończyłam drugi baniaczek…: )))
Alkohol zmienił mój nastrój nagle.
– wiesz Szkot…if ju..if ju…no, if ju był normalny i naprawdę, naprawdę kochał mnie…- zaszlochałam. Ni stąd ni zowąd rozbeczałam się – bo nobody loves me! I hev tu..tu go.. – podniosłam się i..natychmiast siadłam z powrotem
” Fuck, nie mam siły iść! Co robić??” – miałam gonitwę pijanych myśli
– słuchaj mnie Szkot..ja muszę iść spać. Ja..ja jestem dziś not well – wybełkotałam
– Eee, Polka, Ty jesteś pijana!! Ty jesteś normalnie pijana! Hahahaha! I Ty mnie uczysz jak delikatnie pić? hahaha! Ty musisz przyjechać do mnie, zamieszkamy w Szkocji razem
– i co? I będziesz chlał whisky ciągle?
– nie, czasem będziemy razem pić. Ty umiesz pić i przeklinasz jak ja! Ty masz też szkocką krew
– o nooo! Polacy też piją jak Wy. I Rosjanie. A jak ja miałabym pić jak Ty, to umarłabym szybko!! I nie jestem taka loutish jak Ty!
– Polko, Ty źle mnie rozumiesz. Ty jesteś like an Angel! Mój Anioł! Jesteś jak „lepszy ja”. Polka, jak ja Cię kocham!
– fucking? Czy kochasz mnie fucking?
– yes! Jesteś jak Ja!
– dys is imposyboll, Polka is not buzzzing pig! W przeciwieństwie do Ciebie of course!- w tym momencie usnęłam. Via camera…

***
Może w tej historyjce tkwi odpowiedź na pytanie z serii najgłupszych pytań świata: dlaczego tak kochaliśmy się ze Szkotem.
Bo: jak w ogóle można pytać ” dlaczego” się kogoś kocha? Nie kocha się bo coś tam; TO przychodzi samo, niespodziewanie.
A jak przyszło, kiedyś opowiem.
Na pewno jesteśmy bardzo podobni. I to nie tylko dlatego, że ” umiemy pić i przeklinać: ; )) Tak samo potrafimy nagle, niespodziewanie dzwonić do siebie o 2giej, 3iej, 4ej w nocy bo ” ten świat jest taki fucking przecież! Bo bez Ciebie to jest taki grey and empty” : )))
I zwykle tak robimy, gdy ktoś nam da popalić. Tak Realnie da popalić.
Jesteśmy bardzo podobni.

Tacy sami..?

Zadedykował mi to.
Ok, wiem, I must be strong…
I..
Bez obaw Szkot, poznam Cię wszędzie, nawet w samym …piekle !

: ))))