Pola ,ogrody i …wakacje! :)

Kochani:)
Od jutra zaczynam dłuugi urlop, wyjeżdżam i w związku z tym znikam z sieci na jakiś czas.
Zostawiam dobrym ludziom pod opieką ten blog.
Na pożegnanie kilka zdjęć z moich okolic:

Pobliskie pola. W dali zarys Karkonoszy. Przy dobrej widoczności można dostrzec Śnieżkę :)

201307231500

201307231499

*
Moje trzy ogródki: warzywny, maleńki przed samym domem i piwny ;) :)

***

Do miłego!

Tak lubię :)

***

Gdyby jeszcze pół roku temu ktoś powiedział mi, że moje życie zatwardziałego domatora, tak ulegnie zmianie, nie uwierzyłabym.
M.mówi, że to i tak dopiero preludium; w związku z dużymi zmianami w moim życiu zawodowym, od jesieni będę rzadkim gościem w domu.
Trochę obawiałam się tych zmian; dziś muszę przyznać, że moje zdolności adaptacyjne nie zmieniły się; są takie / spore/, jak zawsze. Teraz już wiem na pewno, po kim Pierworodny je odziedziczył.:) Ma jednak dużo łatwiej, niż ja. Potrafi być bezkompromisowy i pozbawiony zupełnie sentymentów. Tak, już gdy był w ogólniaku, jego nauczyciele mówili, wcale nie żartując, że
” to będzie dobry prawnik” ;). Pomimo tego, że w pierwszych dniach pobytu na Malcie, narzekał na ogólny „nieporządek w tym kraju”, już zaaklimatyzował się. Niedawno dopadł mnie wieczorem w domu na skype. Ostatnio jest bardzo zadowolony z siebie( bardziej nawet , niż zwykle) . Powiedział, że możemy porozmawiać, bo on ma teraz czas. Nie warknęłam, miałam dość dobry dzień. Włączył kamerę i zakomunikował, że teraz pokaże mi swoje mieszkanie. Z laptopem w ręku przechodził z kąta w kąt, z pokoju do pokoju. Gdy doszedł do kuchni, oznajmił:
– mama, a to są moi przyjaciele, przygotowują właśnie kolację!
Oczom moim ukazało się kilkoro młodych, roześmianych ludzi. Usłyszałam głos Pierworodnego:
– hej, to moja mama!
To miłe, ale byłoby jeszcze milsze, gdybym, do licha, nie siedziała przed kamerą będąc tuż po kąpieli, z mokrymi , nieuczesanymi włosami i cieniutkiej koszulce nocnej!! Zachowując zimną krew, sympatycznie powitałam młodzież, po czym z uroczą miną powiedziałam, że przepraszam, ale przed chwilą właśnie wyszłam z wanny…
Pierworodny, gdy zaserwowałam mu potem ostro kilka sów, machnął ręką:
– ej tam mama, wszystkim moim znajomym zawsze podobasz się i nie mogą uwierzyć,że masz te ( tu przemilczę;) lat!
– no dobra, ale dlaczego musieli poznać mnie… mokrą?! ;)
*
Coś, co na pewno różni mnie i mego Pierworodnego , to jego uwielbienie betonowego świata wielkich miast. Nie lubię i chyba nigdy nie polubię, choć przecież połowa mego życia mija we Wrocławiu.
Natomiast…
Motele, hotele, zajazdy poza miastem- za tym przepadam!
Dość często w nich bywam. Chyba nawet za często, bo już powoli zapominam smak domowych obiadów.
Rozbestwiłam się strasznie! ;)
*

Gdzieś w Wielkopolsce:


*
Czasem trafi się jakaś elegancka impreza. Dla mojej przyjemności, mogłaby trafiać się co tydzień;) :

Imieniny mojej siostry i drugiej bliskiej Anny

*
Kilka kilometrów ode mnie.
Zajazd, do którego mam duży i bardzo słodki sentyment:

***

Lato , lato ;)

czyli dzień jak ( niemal) co dzień ;)

Nad naszym jeziorem:

201307081339

201307081337
*

Odkryliśmy cudowne miejsce, nasze uroczysko . Słońce i cień, czyli dla każdego coś dobrego! ;)
A, że nic nie jest doskonałe, trzeba tam przyjechać albo bardzo wcześnie, albo bardzo późno, bo zwykle tu tłum ludzi….
201307081341
*

Abi poznała postawnego, wysokiego gentlemana ;)


Saba natomiast ciągle zastanawia się:
gdzie w tej wodzie jest mój pan i czy już mogę wskoczyć ratować go ? ;)
201307091349
*

Wracamy do domu. Jak fajnie było ochłodzić się!
201307091351
***
A wieczorem ja i moja Mała W., z którą zmuszona jestem spędzać wakacje ( God Save the Queen ( and me too! ;))), jeździmy często do naszego ulubionego zajazdu country na dinner( tak, tak, przy kolejnym, tak gorącym lecie i takiej aurze, można już zacząć przestawiać się na dinner / lub, jak ktoś woli: pierwszy konkretny posiłek / po osiemnastej… )
:)

***

Królowa jest jedna;) cz.I

Niewątpliwie królową kwiatów jest róża.
Uwielbiam róże i od lat staram się pielęgnować je tak, by latem móc podziwiać ich piękno.
Róże pnące mają mniejsze kwiaty i są delikatniejsze , niż ogrodowe i parkowe. Pomimo tego, że wszystkie róże są kapryśne i wcale nie tak łatwe w uprawie, pnące są najbardziej odporne na zimowe mrozy i najsilniejsze za wszystkich róż.
Kiedyś pisałam, że
szkoda, że nie można przenieść tu, na blog zapachu kwiatów.
Dziś powtórzę to samo; dodam tylko: zerknijcie na tę pierwszą, białą różę. Pachnie tak cudownie,że trudno opisać.
Pachnie ..różą!
:)

***

Te mądre, brązowe oczy*

Dedykując Małgosi, która kocha i rozumie zwierzęta :)
http://poczytajdarylasu.wordpress.com/2013/07/18/klient/comment-page-1/#comment-406

Rzadko kiedy wrzucam na blog swe świeże emocje, ale dziś wydarzyło się coś, czego chyba nigdy nie zapomnę.
Wracałam z Małą W. wieczorem z ważnej, rodzinnej imprezy. Oczywiście o dziewiczo świeżym umyśle (i oddechu), a także ilości promili może 0, 0003( pięć godzin wcześniej wypiłam łyk szampana za zdrowie Jubilata) .
Noc dziś jest wyjątkowo piękna- jasna , księżycowa. Jak nie cierpię prowadzić w nocy, tak w takie noce jak ta, mogłabym jechać, jechać..Pola, lasy i niebo , po którym leniwie płyną obłoki, przetkane gdzie nie gdzie złotymi gwiazdami. Samochód, prędkość, muzyka. Kocham to!
Opel po reanimacji jeździ jak młodzik, spokojnie mogę wyciągnąć nim, jak lubię;) Często, gdy jadę przez moją okolicę, słyszę potem od znajomych:
– czemu nie odmachałaś mi?
Jak to czemu? Czy myślicie, że koncentruję się na tym kto idzie po chodniku? Lub jedzie z naprzeciwka? To dla mnie tylko obiekt na / lub blisko drogi, potencjalny intruz, potencjalna ofiara, która może mi wleźć/ wjechać na drogę! Nie widzę, nie chcę widzieć twarzy; widzę drogę i wszystkie ewentualne przeszkody( nawet te w znacznej odległości) . Może dlatego- odpukać!- do dziś, nie miałam żadnego wypadku, choć jeżdżę szybko( niektórzy mówią, że stanowczo za szybko..;))
Dziś też szybko jechałam. Mała W. nienawidzi, gdy wyciągam dobrą prędkość i zawsze mnie stopuje. Tym razem jednak , śpiesząc się do domu i widząc, że jest sucha i pusta droga, nic nie mówiła. Najwyraźniej podobało się jej.
Jechałyśmy fajnym ,prostym odcinkiem między polami. Muzyka, noc, prędkość..dojeżdżałyśmy do zakrętów przed lasami; miałam 100, może 110 km/ h , powoli zwalniałam, gdy nagle na szosie zamajaczyła mi postać jakiegoś zwierzęcia. Pomimo tego, że oczywiście miałam włączone długie, postać ta , choć zbliżałam się do niej, ani myślała uciec z drogi! Hamulec najpierw lekko, potem , ponieważ postać nadal stała na drodze, NA MAX !
Wiedziałam już, że to chyba sarna lub coś podobnego, ale gdy opel stanął mi niemal ” na sztorc” i zatrzymałam auto może pół metra przed tym zwierzęciem, zobaczyłam, że ” sarna” ma wielkie, piękne poroże.
Mała Wiedźma zamarła. Ja też.
Wyłączyłam długie, dałam pozycyjne.
Zza maski samochodu , stojąc jak gdyby nigdy nic przed zziajanym oplem , patrzył na nas piękny, młody jelonek!
Patrzył jakby na nas, jakby prosto nam w oczy swymi pięknymi, brązowymi oczami! To niemożliwe, przecież światła samochodu
( nawet pozycyjne!) musiały go oślepiać, ale wrażenie było takie, jakby widział nas.I jakby kompletnie ignorował naszą obecność na JEGO TERYTORIUM, lub wręcz czekał, aż wyniesiemy się stamtąd! Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego, nigdy żadne dzikie zwierzę nie było tak blisko mnie! Od trzydziestu lat jeżdżę tą drogą( od kilku lat sama) ; spotykam przebiegające drogi stadka saren, dzików, lisy i zające, bażanty i kuropatwy.
Tym razem widziałam TUŻ te duże, brązowe oczy , dumne, a jednak wrażliwe i zaciekawione.
Zastygł w bezruchu , a ja i Mała Wiedźma, irracjonalnie może zachowując ciszę w aucie , szepnęłyśmy równocześnie:
– daj telefon, trzeba szybko zrobić zdjęcie
!
Zanim jednak zdążyłyśmy chwycić i ustawić swe komórki, zobaczyłam we wstecznym lusterku światła jakiegoś samochodu. Wtedy jelonek drgnął i dał susa w pola…
*
Nie udało się zrobić zdjęcia naszemu jelonkowi, posilam się więc internetem.
Widziałam dziś kogoś takiego:
jelen_ba

prawda, że piękny?
Poczytuję to za bardzo dobry znak!
;)
***

Forever young, czyli…( cz.II)

czyli o spędzaniu urlopu z rodziną ……..;)

https://angiewitch.wordpress.com/2013/07/09/forever-young-czyli/

Część II

Choć byłam wściekła, nie pokłóciłam się wtedy z Panią Matką, ani specjalnie nie nakrzyczałam na swe męskie latorośle.
Ponieważ zmienić podejście Księżnej do pewnych spraw, jest niemal niewykonalne, a ja cechę tę najwyraźniej odziedziczyłam po niej,postanowiłam pójść na jakiś kompromis w sprawie mego wieczornego wychodzenia na piwo.
Następnego dnia spytałam:
-czy to nie doskonały pomysł, abym poszła dziś do tej sympatycznej knajpy, którą sama zachwyciłaś się, z Sabą? Wiesz, że tam psiarze mile widziani, ja będę całkiem bezpieczna z psem,a Ty spokojna!
– ja nie chcę spać dziś z Babcią! Bądź ze mną!- zapiszczała nagle Mała Wiedźma.
Jeszcze tego mi brakowało! Cały czas cieszyła się na myśl o wakacjach z Babcią i długich rozmowach z nią przed snem, a teraz nagle…
Ehh, jak już pech, to na całego!
Gdy usnęła, wyszłam z chłopcami z domku.
Księżna była i tak niezadowolona. Powodem może było nie samo moje planowane wyjście, ale sukienka, którą kupiłam tego dnia rano.
Gdy szliśmy rano( no dobra, w południe;)) na plażę, zobaczyłam z daleka mały sklepik z magicznym napisem na szybie:
LETNIA WYPRZEDAŻ
Musiałabym nie być sobą, aby , choć na chwilkę, nie podejść.
Chwilka zamieniła się w chwilę, potem dłuższą chwilę. Wyszłam pokazać się Księżnej.
– przecież to za ciasne na Ciebie!
Postanowiłam nie reagować impulsywnie.
-Mamo, ta sukienka jest DOPASOWANA, takie noszą, nie widziałaś??
-widziałam, ale nie podoba mi się to. Zbyt …seksowne.
– aha! To może przypomnę Ci Twoje sukienki z tamtych lat?!
To był argument poniżej pasa. Pani Matka zamilkła. :)
*

Wieczorem młodzi poszli w swoją stronę, ja w swoją. Oczywiście z psem:)
Usiadłam przy swoim ulubionym , wiklinowym stoliku blisko barku. Zanim zdążyłam przywitać się z szefem, obok mego stolika pojawiła się młoda, śliczna kelnerka i spytała, czy podać miseczkę z wodą dla pieska.
Jasne, że podać! A dla mnie- jeśli już ktoś by się pytał ;)- oczywiście zimne, jasne , bez soku. ;)
Lato to jedyny czas w roku, gdy lubię zimne, jasne. To też czas, gdy najbardziej lubię patrzeć na uśmiechniętych, bawiących się ludzi. Zawsze obserwowałam ludzi; gdy łaziłam na wagary w ogólniaku, moim ulubionym zajęciem było wysiadywanie we wrocławskich kawiarniach i przypatrywanie się ( dyskretne, rzecz jasna!) przybyłym. Czasem , chcąc nie chcąc, gdy siedzieli tuż obok, słuchałam ich rozmów. Fascynowało mnie każde życie. Każde życie jest jakąś opowieścią, a te od dzieciństwa uwielbiałam.
Wracając do Jastarni i tej uroczej knajpy: siedziałam blisko barku, Saba obok mnie. Patrzyłam na cudownie kiczowate złoto- różowe lampki, tańczących , młodych ludzi i słuchałam muzyki. Może zapomniałabym o Bożym Świecie, gdyby nie moje zimne jasne. Niestety picie tego trunku, ma skutki nie tylko w postaci dobrego humoru. Jak dobrze, że drzwi, na których znajdował się napis WC , były dość blisko! Przywiązałam Sabę do swego krzesła i poprosiłam znajomą parę z Wrocławia , aby chwileczkę przypilnowała pieska. Coś tknęło mnie i po paru krokach odwróciłam się. Mogłam tego spodziewać się:
pies idzie za mną–wraz z wiklinowym krzesłem!
Monika i Paweł( przy okazji, jeśli trafili na ten blog, serdecznie pozdrawiam! ) jednym tchem powiedzieli:
– nie da rady, warczy na nas!
Wróciłam i spokojnie starałam się wytłumaczyć Sabie, że to mili państwo, a ja będę za sekundę , a teraz tuż obok. Nic z tego. Pies znów szedł ( wraz z krzesłem) za mną.Ponieważ mój pęcherz był już na granicy wytrzymałości, nie pozostało mi nic innego, jak wziąć Sabę do toalety.
Pomieszczenie za drzwiami z napisem WC, dzieliło się na dwa mniejsze: toaletę damską i męską. Obie toalety miały jednak wspólny przedsionek.
Ponieważ połowę wieczoru spędziłam w toalecie( tak już niestety mam po piwie..) , a Saba za każdym razem czekała tuż pod moją kabiną, co jakiś czas słyszałam głośne piski dziewcząt: ” ajj, pieeeesss! ” lub męskie głosy” o kurwa, uwaga, pies w kiblu!” .
Subtelnie odzywałam się zza swych zamkniętych drzwi:
– spokojnie, nie gryzie! ( „dopóki komuś nie przyjdzie do głowy podejść za blisko moich drzwi”, dopowiadałam w myślach;))
Wszyscy tak polubili Sabę, że dostała gratis smażoną rybkę i kiełbasę. Oczywiście mogłam pożegnać się z tańcami; pomimo tego, że drzemała na rozsypanym wokół białym piasku, nie odstępowała mnie na krok. Jak dobrze, że potrafię wczuć się w innych i dzielić ich radość z tańca i zabawy! ;)Jak miło też, że szef tak polubił mnie, że przyniósł mi (osobiście!) drinka swej koncepcji. Pomimo tego, że było to obrzydliwe, wypiłam, podziwiając jego kunszt rzecz jasna! Nie mogłam przecież zrobić przykrości szefowi, a poza tym na wakacjach panują inne zasady /gry/ ;) Ponieważ jednak jestem uczciwa ( wobec tych, którzy są wobec mnie uczciwi), postanowiłam zasugerować jakoś delikatnie szefowi, że to albo niezbyt dobre, albo nie w moim stylu po prostu.
Trzeci drink był już ok.;)
Bawiłam się doskonale, gdy nagle wyrosły, jak spod ziemi, me latorośle( te starsze, płci męskiej).
– zabieramy Sabę, Babcia jest na nas wściekła, że nie poszliśmy z Tobą tutaj i mówi, że pies nie może tak się męczyć.. A Ty Mama, jak nie potrafisz nie wściekać się po nocach, to jej i tak już wszystko jedno.
:)))
Pierworodny dodał:
– Mama, rób jak chcesz, ale jutro jedziemy na Hel i płyniemy statkiem; możesz nie dać rady!
*
Dałam radę. Zwykle daję radę :)))
*

Ja i Saba w Jastarni i na morzu. Kilka lat temu,
obie dobre kilka kilo młodsze ;)
***

* Where will it lead us from here…? *

Angie poznałam, gdy byłam zbuntowanym podlotkiem z długimi, złotymi włosami.
To była miłość od pierwszego usłyszenia. A gdy ten piękny, niebieskooki Apollo zaśpiewał dla mnie i do mnie:
” Angie, Angie, Everywhere I look I see your eyes
There ain’t a woman that comes close to you” ,
postanowiłam, że ta piosenka jest i będzie moja na wieki.
Aby przypieczętować swój pakt z Angie , zrobiłam sobie na drutach dłuuugi, luźny, niebieski sweter z napisem Angie. Może moi młodzi czytelnicy i goście dziwią się, że sama robiłam na drutach; otóż , moi Drodzy, moja młodość przypadła na drugą połowę lat osiemdziesiątych. Sklepy świeciły pustkami, a jeśli już coś fajnego można było kupić, to tylko w Pewexie.
O wszystko, od jedzenia począwszy, po ubrania było trudno; ba! nawet zdobyć dobrą włóczkę było wtedy niełatwo!
Dlatego należało umieć szyć, robić na drutach i szydełkiem. Nie przepadałam za tymi robótkami ręcznymi, ale czegóż się nie zrobi mając naście lat, by wyglądać świetnie! ;)
Mój niebieski sweter z Angie, stał się „znakiem rozpoznawczym” mej szanownej osoby. W ogólniaku śpiewali do mnie przed klasówkami:
” Angie, Angie, where will it lead from here? ” :)
*
Nagle, niepostrzeżenie młodość gdzieś uciekła, sweter z Angie poszedł w kąt, potem zapodział się.
Zapomniałam o Angie.
Po wielu, wielu latach, w dobie internetu wróciła. Angie. Tak nagle, tak niespodziewanie, jak odeszła wtedy, z tamtą młodością:)
Gdy próbowałam chodzić (po tym jak mój kręgosłup okazał się ” do niczego” i nagle odmówił dźwigania mego ciała) , poznałam przez sieć pewnego Szkota. Nie, to nie ten, którego nazywam The love of my life; ten Szkot , Alan, był perkusistą w jakiejś rockowej kapeli. Było to wtedy, gdy , aby nie umrzeć z nudów w domu, postanowiłam przypomnieć sobie j.angielski. A jak najlepiej? Przez rozmowy przecież!
Rozmawiać z Włochem, Francuzem,Rosjaninem, Szwedem czy Norwegiem po angielsku, to zupełnie inna sprawa, niż z kimś, kto posługuje się tym językiem na co dzień i od dzieciństwa! O spotkaniu z Anglikiem na skype, nie było jeszcze mowy , ale Szkot…hmmm, jeśli chce się wypłynąć na szersze wody, trzeba od czegoś zacząć przecież! ;)
Mimo wszystko krępowałam się. Alan w końcu wkurzył się:
– czym się przejmujesz? Masz jutro egzamin z angielskiego, czy co? Mów, a jak nie chcesz mówić, to pisz. Ja i tak Cię zrozumiem , nie bój się!
Od tej pory Alan stał się moim ulubionym teacher of English. Często pisałam różne rzeczy, on sprawdzał. Często też wyrzucałam przed nim swe emocje. Moje zmienne nastroje znane są wszystkim, którzy choć trochę mieli okazję mnie poznać. Pewnego razu, gdy miałam wyjątkowo podły nastrój, powiedziałam Alanowi, że ja ” want to go to the stars” . Wystraszył się i chciał jakoś mnie pocieszyć. Ponieważ jednak za Boga nie potrafił wymówić mego imienia, ani tym bardziej zdrobnić go po polsku…
najlepiej jeśli powtórzę dokładnie, jak było:
-Agniessska..Agniesss, Aniess..fuck, I can’t say it! Angie , yes, you are my Angie!
:)
W dniu moich trzydziestych któryś urodzin, Alan zrobił mi niespodziankę. Spytał, czy spotkam się z nim via camera, bo chce powiedzieć mi coś ważnego.Gdy moi urodzinowi goście rozjechali się do swych domów, uzbrojona w pyszne, czerwone wino, które dostałam od siostry, zasiadłam przed komputerem. Włączyłam kamerę i zastałam taki oto widok: na pierwszym planie bukiecik czerwonych kwiatów , tuż za nim uśmiechnięty Alan z butelką szampana.
-It is for you Angie! May I sing for you?
Jasne, że możesz sing!

I zaśpiewał. Angie.

Musiałabym mieć chyba serce ze skały, żeby nie wzruszyć się . Rzadko reaguję spontanicznie,a łzy naprawdę trzymam na wodzy; tym razem jednak nie dałam rady.
Szkoci mają piękne głosy…;)
*
Z różnych powodów drogi moje i Alana rozeszły się. Kiedyś może o tym napiszę.
Zawsze jednak pozostanie w mojej pamięci, jako mój dobry Przyjaciel, Dobry Duch, który strzegł mnie i wiele, tak wiele powiedział mi o wirtualnym świecie.
*
Zastanawia mnie tylko jedno:
jak mocna musiała być moja miłość do tej piosenki, że , nie dość, że ciągle brzmi w mojej duszy, to jest już moim symbolem…?
Symbolem mnie i wszystkiego, co zdarza mi się przeżywać.
Angie, Angie
when will those clouds all disappear?
Angie, Angie
where will it lead us from here?
With no loving in our souls
and no money in our coats
You can’t say were satisfied
But Angie, Angie,
you can’t say we never tried
Angie, you’re beautiful
but ain’t it time we said goodbye?
Angie, I still love you
remember all those nights we cried?
All the dreams we held so close
seemed to all go up in smoke
Let me whisper in your ear:
Angie, Angie
where will it lead us from here?
Oh, Angie, don’t you weep,
all your kisses still taste sweet
I hate that sadness in your eyes
But Angie, Angie, ain’t it time we said goodbye?
With no loving in our souls
and no money in our coats
You can’t say were satisfied
But Angie, I still love you, baby
Everywhere I look I see your eyes
There ain’t a woman that comes close to you
Come on baby, dry your eyes.
But Angie, Angie, ain’t it good to be alive?
Angie, Angie, they can’t say we never tried

*

Where will it lead us…? —-
Nie wiem. Zrozum, że po prostu, zwyczajnie :nie wiem.

***

Urodziny :)

Kiedyś, dawno, bardzo dawno/ i bardzo niedawno /temu, pewnego lipca na początku lat siedemdziesiątych , gdy byłam trzyletnią ,bardzo niegrzeczną dziewczynką, wydarzyło się coś, co mniej więcej do dziś obrazuje całe moje życie.
Gdy biegłam radośnie brzegiem morza, Ojciec powiedział:
– nie biegaj tak blisko morza Agusiu, bo przewrócisz się zaraz, patrz jakie duże fale!
Odparłam :
a tam, a tam, każdy ma swoje sprawy i każdy wie, co ma robić !
I w tej sekundzie zalała mnie wielka fala.
:)))
Rodzice natychmiast podnieśli mnie.
Myślicie, że płakałam? Lub, że przyznałam im rację? Nigdy w życiu, przecież i tak to była ich wina! I tego głupiego morza, rzecz jasna!;)
Nie myślcie też, że dałam się pocieszyć. Od wczesnego dzieciństwa nie znosiłam pocieszania, przytulania i tego całego ” ci, ci, ciii maleńka”. Nigdy nie czułam się ” maleńka” ( choć od początku, dopóki nie przyszła na świat moja siostra i nie zaczęłam z zazdrości jeść za trzech, byłam chuchrem z niedowagą) .
Rodzice mieli ze mną , jak to mawia Pani Matka krzyż pański. Robiłam zawsze co i jak chciałam, a mój upór, determinacja w dążeniu do celu i wielka elokwencja ( zwana często przez Mamę i Ojca pyskowaniem;) nokautowały Rodzinę i znajomych.
Chyba tylko w jednym przypominałam delikatnego ,zodiakalnego Raka: zawsze miałam swój księżycowy( jeden, drugi, trzeci) świat, w którym uwielbiałam zanurzać się i zatracać czasem bez reszty.

Wierzyć, nie wierzyć, poczytajcie:
II dekada znaku Raka ( 2-12 lipca) :
Druga dekada znaku to Rak częściowo wykazujący cechy Skorpiona. Jest dość odporny psychicznie i fizycznie. Wierzy we własne siły odważny i pewny siebie. Wytrwały uparty, konsekwentny w działaniu.
Urodzeni w tej dekadzie, oprócz Księżyca, są pod dodatkowym wpływem Merkurego. Przy korzystnym układzie planet wzmacnia on procesy myślowe, poczucie humoru, spryt i przedsiębiorczość oraz krasomówstwo. Działając destrukcyjnie, potęguje nerwowość, rozwiązłość, chaotyczność i gadulstwo( bomba!:))). Osoby z tej dekady są bardziej odporne psychicznie i fizycznie od pozostałych Raków. Znając własne siły i możliwości, są znacznie odważniejsze, przedsiębiorcze, a nawet przejawiają tupet i lekceważenie innych. Potrafią ignorować słabych konkurentów, być zarozumiałe i aroganckie. Osobnicy o mniejszej inteligencji mogą charakteryzować się mściwością i bezwzględnością. Raki z tej dekady stać na wielkie wyczyny i niejednokrotnie dokonują tego, jednak mimo dużych możliwości poprzestają na ogół na rzeczach prostszych i łatwiejszych, a ich heroiczne wyczyny pozostają w sferze marzeń. W miłości wszystkie Raki, niezależnie z której pochodzą dekady, zachowują się podobnie. Raki z drugiej dekady są natomiast bardziej zazdrosne, uparte i kapryśne.

Pozdrawiam serdecznie wszystkie Raki,  najmocniej oczywiście te z II dekady! Krysiu, Małgosiu- buziaki! :)

Dla wszystkich moich miłych gości

urodziny tort9-9_Animation

***
Świętować czas zacząć; miłego weekendu wszystkim! :)