* Gołąbki, staniki i Praga;) *

Po powrocie z Czech ( lub, jak mój syn mówi: z Czechosłowacji;)), nie dość, że przywitały mnie moje ukochane, kwitnące akacje
201305291093
201305301104
i dostałam od znajomych młodą kapustkę, z której zrobiłam pyszne gołąbki ( czeskie jedzenie raczej nie dla mnie;))
201305301110
to jeszcze usłyszałam w radio ( naszym, polskim! ;)), że
dziś jest
Światowy Dzień Chodzenia Bez Stanika!
Ubawiło mnie to setnie! Przede wszystkim dlatego, że od dawna obchodzę się bez tego czegoś. Oczywiście z wyjątkiem pracy i innych miejsc , gdzie po prostu nie wypada tego czegoś nie założyć. A tak normalnie, na co dzień kocham być bez.
Uwielbiam naturę i to w całym jej pojęciu. Nie cierpię skrępowania i wystarczy mi ciągłe prezentowanie się w dopasowanych sukieneczkach i szpilkach na różnych, ważnych spotkaniach. Gdzie , rzecz jasna, musi być pod kiecką biustonosz. Choćby dla cholernych zasad;) ( I dla własnego, nazwijmy to , bezpieczeństwa) . Bo w moim przypadku, z pewnością nie dla urody.
Tak, wiem,nie wypada o tym pisać i pewnie już narobiłam sobie wrogów.
Kurcze, jak mnie to bawi! :))Tak jest, Angie uwielbia łamać zasady, jest i była niepokorna, zwykle robi na przekór, ale..
Gdy przyjechaliśmy do Pragi ( która opiszę niebawem) , byłam wściekła. Nasz apartament mieścił się na wysokim, czwartym piętrze starej kamienicy. To jeszcze nie problem- była winda. Tragedią było to, że był absolutny zakaz palenia! Pod karą 200 EURO za fajkę!
Załamka. Każdy , kto pali lub palił, wie, jaki to ból. Aby zapalić , Cza było zjechać na dół i zleźć na dziedziniec, coś w rodzaju patio, gdzie mieściła się kawiarnia. Czyli: wypada się ubrać. A człowiekowi, który zrobił ileś *dziesiąt kilometrów, naprawdę już nic się nie chce ( z wyjątkiem soczystego zaciągnięcia papierochem!) .I jak tu wyjść na patio w koszulce nocnej?? Fuuuuck! palenie z partyzanta za okienko, wynurzając połowę siebie, nie bawi już tak, jak wtedy, gdy się było nastoletnim, żującym gumę, cielęciem…
Nawet moje ograniczanie ( z konieczności- astmy i te inne gady) nijak się ma do zakazu. Bo im więcej zakazów….
Sami wiecie. TO musi wyjść z wewnątrz, a nie skądś tam!
Jakoś udało się ominąć zakazy.
I również zeszło się w końcu na patio. Jakże miły był widok Angielek z sąsiedniego Block B, które wyszły w pidżamkach , z drinkiem w ręku zapalić w swej bramie! Ja, zwykła zachować doskonałą formę i image, złaziłam oczywiście w pełnym rynsztunku i siadając w kawiarence, zamawiałam Red Wine, one glass only, oF course ;)

201305271028
Dobrze, że nie spotkałam tam bandy Anglików, która w przeddzień przywitała nas wesoło rycząc wniebogłosy jakieś piłkarskie pieśni ;akurat był finał Ligi Mistrzów .Jasne, ja pewnie zaaklimatyzowałabym się w mig- gorzej z mą Panią Matką i mymi latoroślami,które z pewnością nie wybaczyłyby mi tej nagłej, cudnej zażyłości…No cóż, albo się jedzie zwiedzać Pragę, albo chlać w praskich knajpach oglądając mecz;)
*
Nasze mieszkanko mieściło się w Rynku, w starej, pięknie odrestaurowanej kamienicy, która wyglądała tak:
201305281039
201305281032
201305281033
201305281036
201305281035
201305271026
Mieszkanie:
20130527969
I coś, co mnie urzekło: poddaszowo- strychowe okna! Okna, o które miarowo, stukał deszcz, usypiając nas po całodziennych wyprawach wgłąb Pragi:
20130527968
I z których roztaczał się taki widok:
201305271031
201305271030
201305271029
Praga jest tak piękna, że z trudem podejmę się próby opisania i zaprezentowania jej zabytków i wielkości.
Obiecuję jak najlepiej ukazać ducha tego starego, wielkiego miasta ,w którym mieszkało i które pokochało wielu wielkich.
Teraz cieszę się z powrotu do domu; ja , zodiakalny Rak, choć lubię podróże, najlepiej jednak czuję się w swoim królestwie.
Tu, gdzie kwitną moje drzewa i moje kwiaty:
201305291097
201305291094
***
cdn.

Wieś, Dziadek i pies Happy*

Gdy miałam 10 lat, przenieśliśmy się z Mamą na wieś.
(…)
Było to jakieś 25 km od miasta i naszego Rodzinnego Domu, w którym został Ojciec i ukochani Dziadkowie. Nikt nas nie pytał o zdanie ; dorośli nawet jak zastanawiają się, co mogą myśleć dzieci i tak robią po swojemu. Tymczasem rozstanie z Domem i naszym zaczarowanym ogrodem, było dość ciężkie. Jedyne pocieszenie stanowiło to, że w każdą sobotę rano przyjeżdżał po nas Ojciec i zabierał nas na wyprawy po Dolnym Śląsku i do naszego Domu Rodzinnego, do Dziadków.
Wtedy właśnie poznałam dobrze dolnośląskie zabytki i różne, piękne miejsca naszego regionu. Czasem jeździliśmy z Ojcem dalej, w Pieniny i Tatry. Najwspanialszy był spływ Dunajcem; zauroczona byłam rzeką i flisakiem , do którego inni zwracali się per
” Józik” . Ale to już było później, gdy miałam chyba 14 lat ;)
Miłe, nawet bardzo miłe było to, że zamieszkaliśmy w domu, który troszkę przypominał nasz dom dzieciństwa. Był też szary i dość duży, miał balkony i blisko rósł stary, ogromny orzech. Cała okolica była zupełnie inna, niż ta znana nam z miasta. Od wschodu, zamiast różanego ogrodu pani Rózi, stało kilka domów jednorodzinnych otoczonych wypielęgnowanymi trawnikami; za nimi rozpościerały się pola uprawne, małe rzeczki i lasy. Wokół tych rzeczek było mnóstwo trzcin i mokradeł. Nie wolno było nam tam chodzić bez dorosłych. Mogliśmy natomiast chodzić do starego parku, otoczonego zniszczonym, siwym murem.
Park mieścił się po drugiej stronie naszej ulicy. Co dzień rano słyszeliśmy wiosną rechot żab dobiegający gdzieś z małych, prawie całkiem zarośniętych, płytkich stawów. W parku było mnóstwo wielkich i wiekowych drzew: dęby, buki, klony. Jesienią spadały z nich złote i czerwone liście, z których robiliśmy fantastyczne, kolorowe bukiety. W chłodne, listopadowe wieczory , stojąc na balkonie, opatulona grubym kocem, wsłuchiwałam się w pohukiwanie sów i puszczyków.
Lubiłam to miejsce, chyba nawet bardziej, niż poprzednie, gdzie tuż po rozstaniu się Rodziców zamieszkaliśmy z Mamą.
Nie od razu jednak tam wyjechałam. Choć zwykle Rodzice nie liczą się ze zdaniem dzieci , mnie dano, jako tej ” najstarszej i najsilniejszej” , wybór; mogłam zostać z Ojcem w moim Rodzinnym Domu. Nie musiałam długo zastanawiać się. Dom, Ojciec, Dziadkowie, ogród- jak mogę zostawić to? To wszystko, co stanowiło wtedy o moim życiu!
Zostałam w Rodzinnym Domu z Orzechem, którego gałęzie, w rytm powiewów wiatru, stukały o daszek na tarasem. I z tym czarnym, lśniącym fortepianem, moim dziecięcym wyzwaniem i miłością. Grałam ciągle, czasem moja Szkoła Muzyczna życzyła sobie, abym ją reprezentowała na różnych koncertach ” Młodych Talentów” . Odkryto w mojej skromnej osobie słuch absolutny, co, podobno, jest rzadkością w świecie.
Grałam i chodziłam po swym wielkim, pustym domu. Nie chciałam wtedy przyznać przed nikim, a najbardziej przed sobą, jak bardzo brakowało mi rodzeństwa i Mamy. Był Ojciec, byli Dziadkowie, był Dom, ale…
komu miałam dokuczać?Kogo drażnić? Z kim bić się ” na klocki”? Gdzie moja siostra, którą budziłam w nocy, gdy bałam się Ducha z Piwnicy?
Nie powinno się rozdzielać rodzeństwa i Rodzice szybko to zrozumieli. Nie minęły chyba dwa miesiące, gdy byłam znów z moimi
” Bąblami” i Mamą. Aby nie tęsknić za mocno za wszystkim, co trzeba było opuścić, codziennie prowadziliśmy długie rozmowy telefoniczne z Domem. Rodzice płacili niebotyczne rachunki, ale to wszystko wliczone było przecież w ich rozstanie. Ale najważniejsze , że co tydzień byliśmy znów w naszym zaczarowanym ogrodzie i przy ukochanych Dziadkach:)
*
Mieszkaliśmy w miejscowości znanej nie tyle z okolicznych lasów i hodowlanych stawów, ile z jednego z największych szpitali dla chorych i znerwicowanych dzieci i młodzieży. Mama prowadziła tam jeden z oddziałów.
Mieliśmy ładne, duże mieszkanie w nowym, białym bloku.
Mieszkała z nami nasza Ciocio- Babcia Staruszka i nasz pies, ciemnobrązowy wyżeł, o imieniu Happy. Był to ukochany pies Mamy.
I kochał ją, swym psim sercem, bezgranicznie.
Może to niewiarygodne, ale Hepuś poznawał z wysokości dwóch, sporych pieter , samochód Mamy. Mogło podjeżdżać dziesięć różnych aut, ale Happy reagował tylko na jej wóz. Gdy tylko wracała z pracy i podjeżdżała na parking, Happy stając na balkonie, dostawał swego rodzaju „ataku szału szczęścia”. Nie daj Bóg, by były wtedy niezamknięte na zamek drzwi! Hepcio potrafił otworzyć je, skacząc na klamkę. A wtedy pędził po schodach jak oszalały , by skoczyć na swą ukochaną Panią :)
Z Happym były zwykle same problemy. Ten kto zna psy, kto wie, jakie cechy ma wyżeł, ten rozumie. Wyżeł jest psem myśliwskim, ma mocno rozwinięty instynkt łowiecki. Nie jest to ani łagodny labrador, ani mądry owczarek niemiecki, ani wesoły, wierny kundelek.
Wyżeł potrzebuje przestrzeni, łąk, pól i lasów, by się wyhasać. I musi polować!
W naszej okolicy nie brakowało ani lasów, ani pól. Poza tym były sady i różne gospodarstwa.
Co dzień chodziliśmy z Happym na długie spacery . Jemu to jednak nie wystarczało. Gdy tylko ktoś nie zamknął drzwi na
cztery spusty , Happy czmychał. Przynosił potem upolowane kury i inne ptaki z sąsiednich gospodarstw, a Mama zawstydzona, musiała oddawać pieniądze pokrzywdzonym gospodarzom:)
Pewnego dnia przyjechał do nas Dziadek, Ojciec Mamy.
Dziadek był schorowanym, szpakowatym panem o lasce. Kiedyś miał wypadek i już nigdy nie odzyskał właściwej sprawności .
Opowiadał nam o swym oddziale partyzanckim, o Warszawie, w której studiował i mieszkał przed Wojną , o AK, której był żołnierzem. Dziwne,że niewiele mówił o swej żonie ( Mamie naszej Mamy) ,która była łączniczką i przerzucała paczki z żywnością do Getta Warszawskiego. Wszystko co wiemy o Niej, to od dalszej Rodziny i naszej Mamy. Dziś, po latach, myślę, że wtedy ciągle bolała go śmierć Babci i dlatego nie mógł o tym rozmawiać.
Dziadek miał pomóc Babci Staruszce i czuwać nad nami pod nieobecność Mamy, która większość czasu spędzała na dyżurach w szpitalu. I dzielnie wywiązywał się ze swej roli opiekuna trójki niegrzecznych dzieci, dopóki, dopóty…
Poszliśmy kiedyś na spacer z Happym. Dziadek dziarsko nam towarzyszył, choć musieliśmy bardzo zwalniać, by nie pozostawał w tyle. Wszyscy rozumieli to, z wyjątkiem psa Hepiego , który pędził radośnie naprzód. Nagle Hepuś, zobaczywszy krowy pasące się na wielkiej łące, rzucił się, by je ścigać. Pech chciał, że wśród spokojnego stada krówek, był też wielki byk. Takie zwierzę nie ucieknie, ani nie pozostanie obojętne na szczekanie jakiegoś tam psa ; byk zerknął na ekipę intruzów, zarył kilka razy kopytem o ziemię i postanowił przepędzić nas ze swego pola. Na szczęście Dziadek był daleko, my też i byk skupił swą uwagę na Happym, który , młody i sprytny, uciekł z prędkością błyskawicy do domu.
Po tym wydarzeniu, po jakimś czasie Dziadek jakoś uspokoił się. Aż pewnego dnia mój Braciszek uciekł na leśny plac zabaw pobawić się z kolegami i złamał rękę. Kto pierwszy się o tym dowiedział? Oczywiście Dziadek (który miał nad nami sprawować opiekę :))
Jakoś zatrzymaliśmy Dziadka. Na tydzień chyba; dopóki, dopóty Happy nie dopadł małego kotka .Dziadek z trudem wyrwał mu kocię z pyska, po czym kategorycznie stwierdził:
” Wracam do Wrocławia!”
:)
Dziadek wrócił do miasta, do swej ukochanej kamienicy.
Często Go odwiedzaliśmy . A gdy już byliśmy u Niego, od wczesnego dzieciństwa uwielbialiśmy robić porządek w książkach. Przestawialiśmy wszystkie książki, aby, niezależnie od epoki, tematu i autora, stały równo. Wujek i Ciocia strasznie denerwowali się, a Dziadek mawiał:
” wobec niespodziewanego Najazdu Hunów, musiałem pójść na ustępstwa” ;)
Czasem jeździliśmy z Dziadkiem i Mamą do Warszawy, gdzie Dziadek przed wojną mieszkał i studiował.
Dziadek pokazywał nam miejsca walk z Niemcami z czasów Powstania Warszawskiego i opowiadał wiele ciekawych historii z tamtego okresu.Ale dopiero Jego starsza siostra, którą odwiedziliśmy w stolicy, powiedziała nam, jak dzielnie walczył o Polskę i jak piękny był partyzancki ślub Dziadka i Babci w lesie.
(…)
Dziadek pozostanie na zawsze w mej pamięci jako tajemniczy, starszy, szpakowaty pan o lasce. Jako żołnierz AK.
Jako ktoś, kto przeżył tak wiele zła, że wolał zamknąć swą przeszłość, by nie budziła w nim od nowa tych strasznych emocji, które mogłyby i nam się udzielić.
Ale też jako ktoś pogodny, kto przytulał nas; niemłody pan o lasce , który ścigał psa Hepiego i odporny na prośby i ostrzeżenia swych dzieci,pozwalał nam przestawiać książki w Rodzinnej Bibliotece;)
Dziadek miał swą działkę. Przepadał za nią. Miał tam drzewa owocowe, pomidory i mnóstwo kwiatów.
Ale zawsze mówił, że najbardziej kocha konwalie.
Zrywał je kiedyś dla Babci, gdy w czasie wojny razem walczyli z Niemcami , kochali się i mieszkali w lasach.
Moja Mama kocha konwalie, ja też.
Nie wiem, czy to tylko my tak..?

Konwalie są cudowne, spójrzcie:
na sklaniaku
skalniak
2013052280420130522806
***

Opuszczam Was, Moi Drodzy Znajomi, Goście i Czytelnicy
mych wypocin
Wyjeżdżam na kilka dłuuuugich dni:)

DO ZOBACZENIA! ( wirtualnego ;)))

Pani Rózia, straszna piwnica, szafirki i róże*

Zawsze, gdy widzę szafirki, przypomina mi się…

20130505710

Mieszkaliśmy w zielonej, spokojnej dzielnicy Wrocławia. Nasz dom, szara, spora willa, był moim ukochanym miejscem na Ziemi.
Znałam wiele pięknych miejsc, każde letnie wakacje i ferie zimowe spędzaliśmy z Rodzicami w różnych kurortach, w bajecznych morskich i górskich okolicach; nic jednak nie było tak kochane, jak nasza stara willa z dużym, straszącym holem i jeszcze bardziej straszącą piwnicą. I tajemniczym Gabinetem Dziadka, gdzie ze ścian spoglądali na nas uwiecznieni na płótnach pędzlem różnych artystów, nasi przodkowie.
Gabinet Dziadka sąsiadował w Pokojem Fortepianowym. Pokoje dzieliła szklana, nieprzezroczysta ściana. W ścianie tej były takie same, szklane i nieprzezroczyste drzwi, przez które można było wejść z Pokoju Fortepianowego ( który w rzeczywistości był dużym salonem z pięknym czarnym fortepianem przy długich, białych zasłonach okiennych) do straszącego Gabinetu z portretami.
Pokój Dziadka był fascynujący nie tylko dlatego, że przodkowie z obrazów zerkali na nas, ani, że nie wolno nam było bez obecności starszych, zaglądać do księgozbiorów Dziadków; z Gabinetu można było wyjść przez podwójne, szklane drzwi do najcudowniejszego miejsca na świecie- do naszego ogrodu.
Droga do ogrodu wiodła też przez piwnicę, a raczej trzy piwnice, do których trzeba było zejść po krętych schodach. Najpierw trafialiśmy na przedsionek małej kotłowni, potem, gdy już przemknęliśmy obok starego pieca, był kolejny przedsionek trzech pomieszczeń: garażu, spiżarni i pralni. Do spiżarni nigdy nie chodziliśmy; było to zbyt ciemne i straszne miejsce.
Poza tym przez nią nie można było dojść do celu, czyli do naszego ogrodu. Drzwi od garażu były zamknięte przez Ojca na klucz i nigdy nie wchodziliśmy tam. Jedyną drogą do ogrodu , było przejście przez starą, nieużywaną od lat pralnię. Pralnia była bardzo dużym i dość jasnym pomieszczeniem; miała dwa zakratowane okienka, przez które, gdy wspięliśmy się na starą balię, widać było krzak bzu i irysy w ogrodzie. Wystarczyło już tylko zeskoczyć z balii, pokonać kilka schodków w górę, otworzyć zamknięte na duży klucz drzwi, pokonać kolejne kilka schodków i nagle byliśmy już pod starym ,wielkim orzechem w ogrodzie.
Często chodziliśmy przez piwnice do ogrodu.Ponieważ jednak przejście przez nie było zawsze wyprawą z dreszczem,
( szczególnie odkąd pewna starowinka opowiedziała nam o duchu złej kobiety wałęsającym się w podziemiach naszego domu) , najbardziej lubiliśmy schodzić do ogrodu z tarasu Dziadka Gabinetu. Mimo wszystko oczy przodków były mniej straszące, niż jakiś piwniczny duch!
Niestety ogromne , szklane drzwi tarasu otwierane były głównie w wolne dni, gdy Dziadek i Rodzice byli w domu.
Wtedy, w ciepłe, wiosenne i letnie dni, otwierano też szeroko okna salonu, a ja siedząc na schodkach do ogrodu, wsłuchiwałam się w dźwięki chopinowskich etiud, sonat, ballad i preludiów, z wielkim kunsztem wydobywanych z fortepianu przez mego Ojca. Patrzyłam wtedy na ogromny,wiekowy dąb, gdzie pląsały wiewiórki i wtórując Chopinowi, śpiewały ptaki. Nie myślałam wtedy ani o duchu z piwnicy, ani o złych rzeczach, wyczytanych po cichu w książkach Dziadków; myślałam o tym, ze świat może być naprawdę piękny.
(…)
Na co dzień opiekowały się nami dwie Babcie- jedna rodzona, druga siostra Mamy naszej Mamy, nasza Ciocio- Babcia. Byliśmy jednak tak pełni energii i niemal nie do upilnowania, kłóciliśmy się i biliśmy bez przerwy, że Babcie, wolały zamykać na klucz piękne, szklane drzwi salonu i Gabinetu Dziadka;) Pozostawała nam droga do ogrodu przez straszne piwnice.
Nic to, nic! ;) Ogród był najważniejszy!
Wielki, stary dąb rósł w ogrodzie sąsiadów. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie u nas. Marzyłam, by wspinać się na niego hen, hen wysoko , usiąść w jego potężnych konarach i choć raz zobaczyć z bliska wiewiórki i mieszkające tam ptaki:)
Dąb dawał ogromny cień na ogródek sąsiadów i częściowo zacieniał inne ogródki. Pisano petycje do władz, by wyciąć go. Na szczęście nigdy nikt nie wydał zgody. Chyba moje dziecięce łzy miały taką moc.
Kochałam to olbrzymie, stare drzewo. Sąsiedni ogród, przez nie był inny ,niż wszystkie. Nic nie mogło tam rosnąć, z wyjątkiem kilku owocowych drzew, krzewów porzeczek, irysów, róż i mnóstwa paproci.
Podziwiałam je i śnieżnobiałe konwalie, które wiosną nieśmiało wychylały swe kwiaty spod cienia dorodnych ,paprociowych pióropuszy. A te rosły coraz bardziej z dnia na dzień, budząc coraz większy mój zachwyt.Czasem, gdy w czerwcu Dziadek zakładał swój elegancki garnitur i szedł na koniaczek i brydża , chowałam głęboko pod poduszkę klucz od tarasu i w nocy, nie patrząc na ściany i oczy przodków, biegłam do ogrodu sprawdzić, czy nie ma czasem gdzieś pod dębem kwiatu paproci :)))
Przepadałam za starym dębem i ogrodem sąsiadów.
Nasz ogród był inny. Ponieważ było nas troje, Dziadkowie postanowili zrobić z ogrodu miejsce tylko dla nas.
Mieliśmy swoją huśtawkę- łódkę, w miejsce fontanny brodzik i swój własny, drewniany , mały domek, nazwany natychmiast
” Domkiem dla Lalek” . Dziadkowie zostawili tylko krzew bzu, trochę irysów i róż. Reszta- jabłoń, morela, śliwa, grusza i połacie trawnika, były dla nas. I jeszcze śliczny świerk, tuż obok Domku dla Lalek:)
Szaleliśmy w naszym ogrodzie, biliśmy się i godziliśmy i tak prawie bez przerwy. Prawie, bo..
Bo od wschodniej strony graniczył z nami pewien przepiękny ogród.
*

Pani Rózia
Pani Rózia była gospodynią w domu naszego sąsiada, pana docenta S., starszego, dystyngowanego pana. Pan doc.S. był wdowcem, jego dzieci,młodzi ludzie oddani nauce, szybko uciekły z PRL( u) . Podobno gdzieś daleko, za ocean.
Pan docent S. mieszkał sam w dużej willi i czasem tylko w ciepłe dni wychodził na taras pooddychać świeżym powietrzem i delektować się widokiem i zapachem róż. Róż, które od lat pieściła Pani Rózia.
W ogrodzie docenta S. nie było ani huśtawki, ani paproci, ani cudownego dębu. Słońce, słońce tańczyło wśród pięknych, ozdobnych traw, jasnych ścieżek i nawet gęstych gałęzi owocowych drzew. Była tam czereśnia, której gałęzie opadały na nasz Domek dla Lalek. W lipcu właziliśmy na dach domku i niczym pazerne stado szpaków wyżeraliśmy czereśnie;)
Ale najpiękniej było wczesną wiosną.
Gdy jabłoń i grusza budziły się z zimowego snu, a bez próbował zakwitać, u Pani Rózi , pod naszym płotem, pojawiały się różnokolorowe tulipany i cudnie pachnące, niebieskie kwiatuszki.
Uwielbiałam je. Szafirki. Zastanawiając się , czy to grzech , sięgałam małą rączką za ogrodzenie i zrywałam je.
Grzech? Zaniosę Babci, Ona wytłumaczy wszystko.
-nieładnie zrywać kwiatki z obcego ogródka!
– ale my mamy tylko róże i kilka irysów Babciu…
-nie mamy innych kwiatków, bo zdeptalibyście wszystkie. Nie wolno rwać z ogródka sąsiadów!
– a jeśli przez kratkę rosną już prawie u nas?
– to nic. Nie należy rwać!
Pamiętam Ją siedzącą w jasnym, wiklinowym, bujanym fotelu. Czytała nam Mickiewicza, Słowackiego , potem Sienkiewicza i Norwida i w końcu Witkacego. I wciąż powtarzała zasady pisowni w j. polskim. Czasem mieliśmy dość tej gramatyki i literatury ,ale Babcia i tak zawsze przemycała swoje ;)
( …)
Zerwałam dla Babci bukiet szafirków.I tulipana..tak przy okazji. Ale gdy powiedziałam, Babci, że spytałam Panią Rózię, czy
pozwoli mi zerwać dla mojej Babci kwiatków wiosennych zza płotu, bo my nie mamy
Babunia nie była zachwycona.
Ale w końcu uśmiała się :)
Latem ogródek Pani Rózi kwitł. Dosłownie.
Lubiłam patrzeć na ten ogród. Czasem, gdy budziłam się rano, przed wyjściem do szkoły, musiałam zerknąć na wschód. Tam, gdzie słońce budząc się , delikatnie dotykało różnokolorowych róż. Bo w ogrodzie Pani Rózi było sto róż.
Różowe, herbaciane, żółte, białe i czerwone. Tych najwięcej; ogrodowe, parkowe i pnące.A Pani Rózia co dzień rano przychodziła, by je podlać.
Nasze róże nigdy nie były tak piękne , choć też były dumne i pyszne, jak to róże.
Pani Rózi dorodne róże ozdabiały alejki w głębi ogrodu docenta S.
(Dlatego łatwiej było mi przynieść Babci czerwoną różę spod Salki Katechetycznej ;)
Wiem, że Babcia , mimo wszystko, cieszyła się. )
*
Ogródek Pani Rózi był dla mnie czymś niezwykłym. Choć kochałam całym sercem stary dąb, przy nim paprocie, nasz ogród i Domek dla Lalek, to słoneczny i różany ogródek Pani Rózi był miejscem cudownym.
*
Gdy odszedł docent S., pani Rózia wyjechała w swe rodzinne strony, chyba w centrum Polski. Podobno niedługo potem umarła.
Dawno temu opuściłam mój Rodzinny Dom. Z tym straszącym holem, piwnicą i Gabinetem Dziadka.
W starym domu mieszkają moi Bliscy.
Ale…
Dziś już nie ma róż Pani Rózi. W domu docenta S. jest jakaś znana kancelaria,
a ogród otoczony nowoczesną zeribą.
Wewnątrz ” bezkresna zieleń traw” .
Nie ma róż.
*
Może kiedyś dowiem się , gdzie śpi Pani Rózia i zaniosę jej róże.
Te ogrodowe, czerwone.
cdn.
z internetu

O radości ( życia) ;)

czyli niedzielne pieprzenie o niczym;)

Jak ja lubię te spontaniczne imprezy, jak to cudnie, gdy zjeżdżają ziomale z różnych stron Europe do rodzinnej Polszy!
(I tradycyjnie już, stacjonują u mego szanownego Brata. Dobrze, jeśli zjawiają się w piątek lub sobotę; nie trzeba wtedy nazajutrz brać urlopu N/Ż;))
Przybywają z nowymi / lub starymi/ dziewczynami lub żonami, czasem z młodszymi kumplami. Często z kameralnego spotkania kilkorga przyjaciół, powstaje duża, wielopokoleniowa impreza. Impreza, gdzie nikt nie przychodzi w codziennej szacie
pani dyrektor, pana informatyka, pana polonisty, pani inspektor itd. Wszyscy wracają nie tylko do rodzinnych domów, ale przede wszystkim , do młodości. Nagle człowiek cofa się *naście lub *dzieścia lat, dziecinnieje, świadomie odrzuca to , co słuszne, wskazane, wyuczone. Nie ma konwenansów, nie ma lepszych i gorszych; praca, problemy, nawet choroby, zostają za drzwiami.
Jest śmiech i muzyka. Jeśli chodzi o tę drugą- dla każdego coś dobrego. Zasada od dawna jest taka, że każdy może włączyć swoje ulubione dźwięki. A inni słuchając, czekają na swoją kolejkę. Albo po prostu się bawią.
Nie wiem czemu tak jest, że od pewnego czasu, rola DJ przypada mojej szanownej osobie.
Może dlatego,że potrafię poruszać się dość sprawnie w większości gatunków?
Taak, gdy nasi młodzi koledzy siedzieli na nocniczkach, szalało się przy różnych kawałkach Ironów i pląsało przy C.C.Catch ;)
*
Ostatnio słuchaliśmy głównie hard rocka i metalu. To ukłon w stronę P., naszego przyjaciela z Anglii, starego metala.
Ponieważ P., choć jest już w Wielkiej Brytanii dobre kilka lat, nie może za nic nauczyć się angielskiego,
należało włączyć piosenkę z łatwym do zrozumienia angielskim. A najlepiej już taką ” z naszych czasów”.
Czego nie zrobi się dla ziomali!
Especially for P.
(i oczywiście wszystkich wyznawców heavy metalu) :

:)))

P. nie tylko nie zabił mnie, ale nawet zatańczył solo kawałek.
(Teraz już, w obawie o swe życie, nie napiszę nic;))

Na osłodę drogiemu P. i wszystkim metalom dedykuję moje ostatnie odkrycie;
finalista MBTM , naprawdę metalowa i naprawdę świetna
MATERIA:

*
Nie wiem, czy wariactwo i muzyka stanowią panaceum na życiowe kopniaki ;
na pewno jednak rozpalają radość życia, łagodzą i pozwalają nabrać dystansu, przede wszystkim do siebie.
Czego wszystkim moim Gościom ( tym oficjalnym i tym cichym) z całego serca życzę.
:)
*

Czwarte Urodziny*

Historię moich kotów zna już chyba każdy, kto odwiedza Angie’s Diary.
W telegraficznym skrócie przypomnę:
moja biurowa kotka Milady przychodziła do mnie całą jesień i zimę do mej pracy. Biurowa kotka– dzikie stworzenie, którego nie mogłam przygarnąć, ze względu na moje trzy bardzo anty- kocie psy.
Stworzonko, które, gdy tylko zbliżałam się do biurowca, natychmiast szło za mną.
W pracy przywykli do jej obecności; leżała zwykle cicho i smacznie spała na kocyku za moim biurkiem. Dawałam jej jeść, choć uprzedzali mnie, że kot wyczuje i będzie już zawsze przychodził tam, gdzie mu dadzą żryć.
Była wredna i gryzła mnie, gdy tylko próbowałam ją pogłaskać. Mówili, że to niedobry i dziki kot i że mam jej już nie wpuszczać więcej.
Ha, do mnie mogą mówić! Gryzie mnie, bo widocznie jej ktoś kiedyś coś złego zrobił. Ok, nie musi mnie lubić; ważne, by zrozumiała, że ja jej nie chcę gryźć.
Później spodziewała się kociąt. Uff, długa historia, znacie ją:
https://angiewitch.wordpress.com/2012/05/05/5-ty-maja/
*
Gdy zginęła, przygarnęłam jej ośmiodniowe dzieci. Weterynarze nie dawali mi szans; nie wierzyli,że , nawet z moją najtkliwszą opieką przeżyje cała czwórka.
A jednak…
jednak gdy mój dzień kończył się o pierwszej w nocy, a zaczynał o piątej; gdy codziennie zwalniałam się z pracy o jedenastej, by nakarmić kociątka, gdy one, mieszkając w pożyczonej, wielkiej klatce dla ptaków( by psy ich nie zjadły) piszczały i miauczały na cały dom, słysząc mój głos…gdy potem, jak podrosły, wspinały się na mnie walcząc o butelkę mleczka. Gdy po posiłkach masowałam im brzuszki( tak kazał weterynarz;) i wycierałam gąbeczką ich kocie pupy…
To wszytko utwierdzało mnie w przekonaniu, że świat nie jest …taki debilny jednak!
Nie, to nie koniec; przecież nie sztuka” dać jeść i położyć w kąt” ;
kładłam się w starym dresie na materacu i popychając lekko te małe stworzonka, zmuszałam je do chodzenia. Po mnie, po materacu; nieważne gdzie: miały chodzić! Bo miały żyć.
Gdy miały dwa miesiące, chodziły już nieźle. I zwykle za mną ;)))
Tu: jedno z nielicznych zdjęć, które zachowały się z tamtego okresu.

Milord i rodzeństwo u mego Brata ; lato 2009r.
SNC00570 (Kopiowanie)

* A to mój Milord w pierwszych tygodniach życia:
DSC06380

I Milord & Company w wieku około dwóch miesięcy/ pod czujnym okiem Saby! :) /

DSC06400

DSC06409

Od początku lubił spać ze mną. Przez niego ( and his company;)) musiałam w końcu zrobić remont mej części sypialnej;)
Tu, gdy Milord i reszta rządzili domem:
P1030479
A dziś…

Dziś to już duży, czteroletni kocur.
Trochę kudlą się- on, Diana i Iris.
Nasz weterynarz mówi, że takich zwykłych kotów/ nie-persy/ nie trzeba czesać.
A w nosie z tym;ja i tak moje koty czeszę!
Bo mój Milord na pewno nie jest ” zwykły”!
I nadal najbardziej lubi spać ze mną;
Zdjęcie0900

A jutro, tj. piątego maja, mają urodziny!
Będzie surowa ryba i szampan.
Szampan, ma się rozumieć, nie dla dla kotów!
:)))
***