* Bliżej Gwiazd… *

Natchniona romantycznym duchem po wizycie na ciepłym, pięknym blogu Krystiany, wróciłam do swoich dawnych notek.
Oto jedna z nich.
(Już zaczęłam zapominać ,jakie to piękne uczucie być tak mocno kochaną,
być zakochaną…i kochać;
jak zaciera się nagle granica między jednym a drugim.
Tylko…
czy jeszcze tak potrafię…? )

***

Nie szukam Raju, bo Raj jest w Nas
Raj jest , gdy patrzę w Twoje oczy
Raj jest myślą, że obudzisz się obok mnie
jest każdą chwilą, gdy myślę o Tobie
i gdy czekam…
Gdy bierzesz moją miłość,
gdy wiem, że jej chcesz
i że mogę ją Tobie dawać
każdego dnia
i każdej nocy……..

Myślałam, czy jest granica uczucia.
Nie ma.
Miłość jest Wszechświatem.

I PRZYJDZIESZ ZAWSZE, GDY CIĘ ZAWOŁAM ……

Miłość nie ma granicy.
Miłość to poczucie szczęścia, że Ten Ktoś istnieje.
Po prostu.

Reklamy

*Meduza*

Anita była najlepszą przyjaciółką Jowity. Taką ” na śmierć i życie” .Łączyła je prawdziwa, „siostrzana” miłość, taka mocna, jak może łączyć dwie wrażliwe nastolatki. Przegadane, przepłakane często przez różne nieszczęśliwe miłości i miłostki, całe noce.
Łączyło je nie tylko podobieństwo imion, wzajemne, nastoletnie uczucie, muzyka, której razem słuchały; łączyło je podobieństwo fizyczne. Z jednym szczegółem: Anita była dalekim cieniem pięknej, długonogiej Jowity.
Jowita, przedmiot pożądania mężczyzn starszych i młodszych, doskonale zdawała sobie sprawę z przymiotów, jakimi obdarzyła ją Natura. Perfekcyjnie podkreślała walory swego fantastycznego ciała: króciutkie spódniczki odsłaniały jej piękne, długie nogi a ciasne , sznurowane bluzeczki -gorsety pozwalały cieszyć wzrok panów ,jej w połowie nagim, obfitym biustem. Jasny, farbowany blond falujących włosów podkreślał piękno ciemnej karnacji skóry Jowity a starannie wymodelowane, pomalowane paznokcie zgrabnych palców u rąk działały jak magnes na panów, gdy ta od niechcenia jakby, trzymając przy ustach ulubione Marlboro, prosiła któregoś z nich o ogień .
Jowita nie miała jednak szczęścia w miłości. W tej miłości, jaką sobie wymarzyła. A jej marzeniem był pewien znany, miejscowy Don Juan, którego jedynym zajęciem było podbijanie damskich serc.
*
Anita nie mogła poszczycić się ani pięknymi, długimi nogami , ani dorodnym biustem. Była cieniem swej ślicznej przyjaciółki, ale bynajmniej nie cierpiała za tego powodu. Miała swoją wielką miłość, do której pisała wiersze, za którą tęskniła i której nie oddałaby za żadne skarby świata. Miała też krąg swych wielbicieli, choć nie mogła pojąc ” co się w niej tym panom podoba” .
Jak to między przyjaciółkami zwykle bywa, Anita z Jowitą przepadały za ” analizowaniem” swych sukcesów i klęsk; szczególnie to drugie było ulubionym tematem ich wielogodzinnych rozmów.. Oraz marzenia, którymi szczegółowo dzieliły się.
– wiesz…- mówiła cichutko Anita- chciałabym kiedyś mieć z nim dom..i dzieci. Gromadkę dzieci. Ogródek, psa. Może jakieś auto, ale …zresztą nie zależy mi na tym tak specjalnie. Może być jakieś ” byle jakie”, byle moglibyśmy jeździć od czasu do czasu gdzieś dalej.
– a ja nie- odpowiadała patrząc gdzieś w odmęty nocnego nieba Jowita- nie chcę żadnych dzieci, żadnego domu z kimś, żadnych pieluch ani zwierząt! Z nim i tak nie będę, widzisz co wyprawia..Tobie może się uda, Ty przy tym swoim kwitniesz. Zresztą ,zawsze gdy jest obok Ciebie mężczyzna, ładniejesz nagle ” w oczach”. Tylko zacznij ubierać się jakoś zgodnie z modą, proszę! Nie możesz być ciągle Szara Mysz! POSŁUCHAJ MNIE wreszcie!! A ja nie…nie będę z nikim.. Nie mam w ogóle szczęścia do mężczyzn. Żaden z tych związków nie był dla mnie. Więdłam przy nich. Dusiłam się. Jak złapane nagle dzikie zwierzę. Jak…MEDUZA! Tak, czy nie widzisz tego? Jestem Meduzą..tracę barwy będąc w czyichś rękach. Dopiero gdy jestem znów na wolności- żyję! Wtedy podziwiają mnie, wtedy znów jestem ładna. Nie mogę pozwolić się schwytać. Może zrobię jakąś karierę..I chyba będę już zawsze sama, tak lepiej…

***
20 lat później.
Wrocławski rynek zalany słońcem, kolorowy tłum ludzi, wycieczki z całego świata. Atrakcyjna , jasnowłosa kobieta w czarnej, dopasowanej sukience, czarnych szpilkach i w ciemnych okularach, pijąc drinka w towarzystwie jakiegoś Anglika filuternie uśmiecha się do przechodzących obok mężczyzn.Żaden z nich nie jest obojętny na wdzięki nieznajomej, wszyscy odwzajemniają uśmiech.
Wyraźnie wybija się z tłumu. Jest nieprzeciętna i bardzo ładna.
– ANITA?!!!- znajomy głos wyrywa ją nagle z rozmowy z Anglikiem. Odwraca się i…
naprzeciwko niej stoi niepozorna, skromnie ubrana kobieta. Ciemne włosy grzecznie spięte w kok, brak makijażu demaskuje pierwsze zmarszczki.
– JOWITA!!! O My God( Anita jest ciągle pod wrażeniem rozmowy ze swym angielskim towarzyszem) , kurcze, ile to lat już ?!!!- przytula mocno przyjaciółkę. Co słychać, siadaj pogadamy! To James, zwiedza Wrocław a ja go oprowadzam, poznajcie się. Możemy spokojnie mówić po polsku, on nie zna ani jednego naszego słowa, haha!
– u mnie? U mnie, jak pisałam Ci kiedyś, bez zmian. Ta moja czwórka mnie wykańcza już, ciągle ” mama, mama” , żyć nie mogą beze mnie. Maciej też zresztą. Najbardziej lubi, gdy jestem w domu albo z nim w ogródku. Poza tym praca- dom -szkoła- przedszkole, obiady, gotowanie , pranie i tak w kółko. A Ty…jak Ty PIĘKNIE WYGLĄDASZ!! Ten rozwód dobrze Ci zrobił chyba! Jak zrobiła Ci się piękna figura! Stosujesz jakieś diety czy co? I jak pięknie się nosisz! Jak doskonale maskujesz te różne swoje choroby i niedoskonałości różne! I jaką doskonałą masz cerę! A Ci faceci…widzisz jak gapią się?!
Anita zamyśliła się.
– jak to robię? Nie wiem…To tak po prostu się dzieje. A może…może teraz ja jestem…. MEDUZĄ?
; ))))))

****************
To historia prawdziwa. Bohaterki jej znam i mam nadzieję, że jeśli przypadkiem natkną się na ten wpis, nie zamordują mnie
: )))
Podobno z każdej opowieści jest jakiś morał. Przyznam, że nie mogę się doszukać tu żadnego sensownego.
Warto być samej? Nonsens.
A może to, że ” w życiu się wszystko odwraca” ?
A może:
Posłuchaj mnie” .. ?

* Wakacje nad Bałtykiem i wojna z klonem ministra Z.*

Tego roku na wakacje wybrałyśmy się z Księżną oraz młodszymi latoroślami nad Bałtyk. I, rzecz jasna, z naszym labradorem płci żeńskiej, Sabą.
Księżna dysponuje dużym autem, więc z zapakowaniem się nie było problemu. Droga Lubin-Zielona Góra – Szczecin bardzo dobra,a że Księżna nie cierpi i nie umie w ogóle jeździć powoli, w ciągu kilku godzin byliśmy nad morzem.
Pogorzelica, stare, znajome okolice. Wiatr od morza, zapach morza w powietrzu. Wakacje!
– Mamo, jak nazywa się ten nasz ośrodek?
– a tam jest napisane, kartka u mnie w torebce- spokojnie rzuciła Księżna.
Ok, kartka jest, nawet nazwa ulicy. Ale żadnego planu miasteczka! Pytamy przechodniów, nikt nie wie gdzie leży nasz ośrodek..
– no to cześć, będziemy teraz błądzić, cholera!- Księżna była coraz bardziej zdenerwowana
– a czemu nie sprawdziliście przed wyjazdem w internecie, do diabła?!- spytałam delikatnie latorośli.
Skończyło się krótką awanturą i rzuceniem słodkim:
– Ty też Mama siedzisz na tych swoich blogach ciągle, to mogłaś zająć się czymś pożytecznym i sprawdzić plan Pogorzelicy w internecie
– zaraz jak wysiądziemy, pogadamy inaczej- miałam ochotę zamordować to pyskate towarzystwo. Zamiast tego szybko zadzwoniłam do Pierworodnego
– wejdź syneczku w sieć szybko i sprawdź jak mamy dojechać do tego naszego domku, bo NIKT nie sprawdził przed wyjazdem
– to jak Wy, do licha, jedziecie?
Po krótkim wykładzie na temat naszego nieprzygotowania, Pierworodny udzielił szczegółowych informacji ,którędy dojechać.
– Toż to nie 300 metrów od morza! To dużo więcej- Księżna była wściekła
– a co Ci przyszło do głowy z tymi ” 300 metrów” ?- spytałam
– no jak to co? Baba mówiła przez telefon,, że domek jest blisko , jakieś 300 m.od morza!
– chyba pomyliło Ci się o jedno zero. To jakieś dobre 3 km!: )))
I miałam rację. W linii prostej było może trochę ponad kilometr, ale tam, na strzeżoną plażę nie wolno przecież wprowadzać psów. A do wejścia na ” dziką” plażę , było faktycznie około 3 km.
Musieliśmy co dzień podjeżdżać pod las samochodem, potem, z pakunkami jakieś kilkaset metrów laskiem na piechotę.
Męczące, ale Zdrowe : ))
I tak dzień w dzień objuczeni jak osły- trzeba było zabrać na plażę jedzenie, picie, wodę w butelce dla Saby, jej miskę; piłkę, koce, ręczniki, parawan- docieraliśmy około południa nad morze. A tam, na ” dzikiej plaży” 101, nie tylko dalmatyńczyków.Rozłożone w co jakieś 30- 40 metrów parawany lub bardziej może obozowiska, zza których wyglądały czujne mordki wilczurów, dalmatyńczyków, labradorów, jamników, wyżłów, kundelków i piesków różnych, różnych ras, sprawiały wrażenie sielskości.
Zwykle szliśmy dobry kawałek plażą, aby znaleźć odpowiednie miejsce na rozbicie swego ” obozowiska”. Odpowiednie- czyli co najmniej 20 metrów od najbliższego parawanu z psem. Każdy plażowy piesek przecież traktował miejsce gdzie leżeli jego państwo, jak terytorium, którego należy strzec i bardzo nieroztropne byłoby zbliżenie się tam ” za bardzo” ; )
Pewnego razu rozbiliśmy swój obóz plażowy blisko wejścia. Jak się okazało potem, było to wyjątkowo złe posunięcie. Obok nas, dość daleko, ale w zasięgu głosu, plażował wraz z rodziną pewien pan, z wyglądu niesamowicie przypominający rozepchanego tuszą i podstarzałego ministra ZIOBRO. Nie to akurat doprowadziło mnie do szału- wszak nie wygląd świadczy o charakterze a skojarzenia zawsze jakieś tam przecież są. „Klon” ministra Z. wyprowadził mnie z równowagi swoim ujadaniem w stronę mojej Księżnej i moją.
Gdy Saba radośnie pływała za swoją ulubioną piłeczką, którą co jakiś czas przynosiła mi pod nogi, żeby znów ją rzucić do morza, usłyszałam skierowany do mnie i Pani Matki męski głos. Byłam przekonana, że ” pan” , jak większość ludzi, zachwyca się Sabą i jej pływackimi umiejętnościami. Uśmiechnęłam się do tego pana, gdy ten, tym razem wyraźnie i głośno krzyknął:
co to za zabawy z psem na plaży? Tu są dzieci! Co, Pani dzieci nie boją się psów może?
Zamurowało mnie. I Księżnę stojącą obok.
nie, moje dzieci nie boją się psów. Nie widzi pan, że pływają z psem?
– co On od nas chce?- spytała mnie cicho Pani Matka
– co chce? Ten ciul czepia się psa! Czekaj, zaraz coś powiem, niech się tylko odezwie!
Księżna , tak na wszelki wypadek, schowała się z Sabą za parawanem. A „pan” nie dał mi długo czekać:
niech se Panie przyprowadzą jeszcze może słonia tutaj!
Tego było już za wiele! Nigdy, ale to nigdy nie używam wulgarnych słów publicznie( szczególnie przy Pani Matce! ). Tym razem jednak nie mogłam inaczej:
coś się pan przypierdolił? To ja po to ciągnę się kilometry z psem tu, aby pies nie mógł wykąpać się, bo panu coś nie pasuje?? Nie podoba się, to wypad na strzeżoną z dzieciakami!
Za sąsiednimi parawanami zapanowała nagle cisza. Nawet psy nie szczekały. „Pana” zatkało. Myślał pewnie, głąb jeden, że jak rzuci się na dwie kobiety, to łatwo mu pójdzie. Cham!
Odwróciłam się i poszłam do naszego „obozowiska”
– gdzie dzwonisz Angie?- spytała Księzna
– do prawnika. Cicho teraz- szum fal trochę zakłócał rozmowę- cześć syneczku!Szybko pogrzeb w przepisach i sprawdź jak to jest z wprowadzaniem psów na plaże niestrzeżone- opowiedziałam o spięciu z klonem ministra Z.
– mama, nie rób awantur; jeśli nie ma wyraźnie oznakowanej plaży,tabliczki ” dla psów”, to nie ryzykuj, bo jak ten dureń np wezwie policję, to Ty możesz mieć kłopoty.
– no dobra, ale tu jest pełno psów! Same psy z właścicielami, to musi być plaża dla psów. Przynajmniej umownie…
– no właśnie- tylko ” umownie”. Nie szalej mama!
– ale i tak mu powiem, żeby spierdalał, w razie czego…
; ))
Nie musiałam na szczęście już walczyć z ” panem”. Po prostu niedługo zwinął się z rodziną i poszedł z plaży.
Wszyscy odetchnęli : ))
Tak swoją drogą: ciekawa jestem, czemu żaden z panów psiaków nie przyszedł mi na odsiecz? Może za późno zorientowali się, że jest
Wojna o psa” .
A może bali się…pana klona ministra Z. ?
: ))

*****

Jak taka radosna psina może komuś przeszkadzać? Powiedzcie sami!

* Totalny STUPOR*

Saba , za pogryzienie doga na plaży, karnie zatrzymana za parawanem ; )))

Milord godzinę po naszym powrocie ; )))

*****

Ufff, wróciliśmy. Nie ” uff” ,że JUŻ po wakacjach, bo było tak jak kocham- Bałtyk w całej swej okrasie: wiatr, fale, fantastyczne kąpiele. A w ostatni dzień srebrne cudo o zachodzie słońca i ja, Angie w ekstazie unoszenia się na łagodnych falach, prosto ścieżką syren ( swoją drogą: nie cierpię być SAMA w morzu; ludziska po godz. 16tej rzadko raczą zanurzać się w wodzie morskiej..)
Jutro napiszę co i jak nad Bałtykiem; dziś tylko szybkie refleksje z drogo powrotnej:
trasa Szczecin- Gorzów rewelacyjna ( a jednak ta Polska się buduje! ), tylko BRAK straszny BRAK zjazdów na trasie- monotonia totalna, nie dziwił nic widok TIRów w rowach- można usnąć, naprawdę! To stosunkowo nowa droga (i na razie jeszcze nowbody knows kto i co tam z boku wybuduje… )
Potem już, stare, znajome okolice- trasa na Zieloną Górę dobra i piękna, a moje znajome, bliskie Zagłębie Miedziane to pierwyj sort.
Mieliśmy około 150 km do domu, gdy na postoju wytarzała się na Saba…150 km waniało gnojówką w aucie, latorośle przeklinały cały świat i przysięgały zemstę mi,psu i obornikom : )))
A w domu..w domu LORD, Arystokrata ( w pierwszej linii chyba ; )). Kotki ” jakoś radziły sobie”- mówi Pierworodny, który zajmował się zwierzakami pod moją nieobecność; Milord natomiast był potwornie nadąsany , prawie nie jadł i nie wychodził z domu.( to jest miłość!! ; ))))
Gdy wróciłam…
nie, nie skoczył na mnie i nie zawył z radości jak pies; nie zamerdał też ogonkiem( w końcu psem nie jest! ) ;
pochodził po domu, popatrzył na mnie ” z boku” troszkę i nagle wskoczył mi na kolana mrucząc i wtulając się we mnie jak maleńki kiciuś : )))
Dałam mu szyneczkę i rybki…
A potem, gdy Księżna Matka zaczęła filetować świeżutkie( z dzisiejszego połowu, z Mrzeżyna! ) dorsze…
Nastąpił STUPOR
; )))

***
Pierwsze, niepoukładane jeszcze zdjęcia z Pogorzelicy:

Pod wydmą w upalny dzień. Z prawej: nasze wejście na dziką plażę

To nie Egipt ani Tunezja; to dzika plaża nad Bałtykiem w sierpniu ; ))

W drodze z plaży

Piękno morza

Jedno z ulubionych i najlepszych zdjęć koleżanki Angie ( świetne, bo rozmazane . Tajemnicze :> )
Angie z Sabą na wieczornym spacerze

Piszę do Ciebie list*

Charmee!

„Piszę do Ciebie list z pola boju”- bo
tak mniej więcej dziś wygląda zachodnie skrzydło zamku, które zajmuję. Pakowanie oraz ogólne szykowanie się do wyjazdu, to zawsze cyrk, zamieszanie, trąba powietrzna itd.
Zanim wyjadę jednak, muszę zdać krótki raport z poczynań TWA oraz małe streszczenie ostatnich wydarzeń w sferze blogowej. Gdy powrócisz z wakacji, przeczytasz.
Dużo się działo i nie mam czasu na szczegółową relację; ograniczę się więc tylko do rzeczy najważniejszych:

1. Jak wyjechałaś, Poker najpierw wkurwił się na jakieś rury kanalizacyjne, potem zamknął się w łazience i nie chciał w ogóle z niej wyjść. W związku z tym zmuszeni byliśmy biegać za stodołę… Na chwilę tylko wychylił się z łazienki, tylko po to, aby powiedzieć wszystkim, że za Tobą tęskni i że „ludzie potrafią być okropni” . Chyba pił do Wg i Katona- nie, nie ; nie myśl tylko, że pił z nimi, bo takiego czegoś to nie widziałam ani razu! Nie wychodził z łazienki i w ogóle to prawie nikt Go nie widział. Wprawdzie wg doniósł nam, że Poker jest kopią Drupiego, ale nie wiem czy ktoś Mu tak naprawdę uwierzył ; ))

2. Caddicus uciekł do swojego lasu i musiałam po Niego pójść, aby przypomnieć Mu o obowiązkach wynikających z członkostwa w TWA. Poza tym to robi przetwory, całkiem nietypowe (i tak patrząc na te słoje u Niego w piwnicy, to całkiem apetyczne) .Już Se zamówiłam takie pomidory, zakiszone jak ogórki: ))

3. Katon powiedział, że rozkręca dobry interes. Chciałam wejść w ten interes, ale Katon mnie nie dopuścił.. : ( I jeszcze nie pozwolił używać brzyTkich wyrazów! Już zrobiłam podkówkę do płaczu i se chciałam w kąciku usiąść i napić piwa, gdy Katon wygłosił dwa doskonałe przemówienia .(Słyszałam, że jest też trzecie, ale niestety przez to pakowanie nie miałam czasu na nie pójść wczoraj).Aż odstawiłam browar i zasłuchałam się w niekłamanym zachwycie. Się rozchodzi o to, że kolorowa dzicz, do której dołączyli biali degeneraci zrobiła wielką jatkę w Londynie. Straśnie się tu wszyscy, my w kraju ,żeśmy zdenerwowali, a jak przyszedł do Katona Gość, który spierał się z Katonem merytorycznie ws ” Dzicy a Europa”, postanowiłam zostać lojalnie przy Katonie. Że obiecałam Ci i Se Charmee, że nie będę puszczać już niemieckich piosenek z okresu II W. Św. na blogach, to nie zrobiłam tego. Ale zrobiłam inne Foł-pa; zacytowałam kilka słów Goebbelsa. Bo tak mi pasowały tam i już ; ))) No i nie dość, że dolałam tym oliwy do ognia, to jeszcze uznano mnie oraz moje dziecię za spadkobierców hitlerowskich poglądów…Katon oraz reszta TWA obroniła mnie,a Caddicus to powiedział, że nie widzi nic złego w cytowaniu Goebbelsa. Postanowiłam jednak już nic nie cytować, bo znów pomyślą niektórzy, żem jakaś „neo-…”

4. Wg był w pobliżu i chronił mnie, ale tylko w przerwach między penetrowaniem lodóweczki oraz robienia kawałów wszystkim. Wyobraź sobie, poza tym, że drażnił Pokera przesiadującego w łazience, to jeszcze chodził po dużych sklepach i robił zdjęcia nagim ludziom testującym kabiny prysznicowe. Nawet nagrał krótki film jak facet odświeża się pod prysznicem ( chyba w Castoramie) i powiedział, że to ” Maxcel na wakacjach”. Tak, to nie żarty Charmee, ten film czeka na Maxcela u Niego na blogu! ( Byłam co dzień u Maxcela, żaden wiersz ani obraz nie zaginął, nie było też żadnych intruzów ani słit idiotek)

Ale się Maxcel ucieszy!! : ))

A wg, jak powiedziałam , że dziś wyjeżdżam na trochę, to przestał jeść. Martwię się, Charmee, proszę, nie pozwól, aby przez te kilka dni zamienił się w szkielecik !

5. Inspektor uczestniczył w sporach z Gościem Katona ( inspektor zawsze się spiera z tym „gościem” i to na każdy temat- i w każdym temacie; ))

6. Sensi wpadła tylko na sekundę powiedzieć, że pozdrawia TWA i że nie ma czasu, bo już wyjeżdża….

7. Deluzja pojawiła się w salonie Katona i T2 z obnażonym uchem oraz okiem! Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale widzieliśmy, że ma naprawdę ładne ucho i oko : )

To tyle o TWA. Aha! Chimery ani Jego astrala nie było ( a jeśli był, to przemknął tak szybko, że nie zauważyłam)

Ciekawie zrobiło się też na blogach ościennych. Konkretnie -kolega Graforoman dał ognia. Najpierw przyjechał z Łudstoku w depresji pomieszanej z wkurwem totalnym, bo ktoś Mu rąbnął kartę pamięci, gdzie były wszystkie fajne zdjęcia i filmy.
Nie wiem co, ale coś innego fajnego musiał przywieźć za to z tego Łudstoku, bo od dwóch dni twierdzi, że jest atakowany przez sprawy wszelakie oraz sprzęty gospodarstwa domowego… Chyba poproszę kolegę Graforomana o troszkę tego specyfiku, wszystkiego trza spróbować w życiu: )))
Kolega Mmrr tak dla odmiany rozkochał się ( nie mówi w kim, tylko pisze pikne wiersze) Nie zazdroszczę Mu, bo se postanowiłam się nie rozkochiwać już, gdyż zwykle kończy się to dla mnie źle. Ale czasem zerkam na Mmrr i z rozrzewnieniem wspominam swoje rozkochanie : )

****

Dziś w nocy wyjeżdżam. Muszę, ale to MUSZĘ odpocząć. Od wszystkiego. Nawet od blogów, choć wiem,
że będę za WAMI tęsknić!

Zostawiam Wam coś bardzo, bardzo mojego

***

* Szarka*

Dawno- i niedawno -temu
w jedną z wczesnowiosennych sobót, jak zwykle( i jak zwykle siarczyście przeklinając) wstałam o 5tej rano.
” Nawet w sobotę człowiek nie może pospać dłużej! Ale trzeba przecież zawieźć dziecko na stację; dobrze, że taki ambitny i że jeździ do tej swojej szkoły językowej. Cholera, niepotrzebnie tylko wczoraj wypiłam tyle tego wina; trzeba wyszorować zęby, wypić mocną kawę, znów wyszorować zęby, wziąć ze trzy mocne gumy miętowe w buźkę i jechać! Nie ma co rozczulać się nad sobą Angie, ruszaj się! Zawiozę Go, przemknę jak zwykle szybko te 12 i 12 km w drugą stronę i wrócę do łóżka, dośpię sobie! ” –
mniej więcej tak wówczas wyglądały moje myśli. Tak ,jak w każdą sobotę zresztą… ; )))
*
W wiosenne poranki świat wydaje się być zaczarowany. Nad łąkami i moczarami unoszą się białe mgły, a w pierwszych promykach wstającego dnia lśnią srebrem małe jeziorka i rzeczki. Lasy budzą się ze snu, ptaki śpiewają swe poranne pieśni. Spłoszone nadejściem jutrzenki, zmęczone nocnymi harcami rusałki i złośliwe chochliki chowają się w starych, wielkich drzewach , a wiatr roznosi wokół zapach czeremchy..Czasem przebiegają drogę sarny i zające.
Świat tętni życiem, świat uśmiecha się, świat każe żyć : ))
Pogrążona w myślach o pięknie wiosny, zawiozłam Latorośl na stację kolejową. Ponieważ stwierdziłam prawie zupełny brak paliwa, postanowiłam pojechać parę kilometrów dalej zatankować na znajomej stacji. Gdy dojechałam tam, wyłączyłam silnik. Cisza, niesamowita cisza, wokół mleczne mgły.
– jasne, chłopaki pewnie śpią jeszcze…no trudno, muszę obudzić ich niestety…- wysiadłam z samochodu i….
stanęłam jak wryta. Zza budynku stacji wyłoniło się Coś ..coś takiego:

Nie, nie było To Coś tak „wyraźne” ,jak na tym zdjęciu. Wśród gęstej mgły przypominało To raczej…WILKA!!
” O żeszszszsz!! Jasny gwint! Skąd tu..wilk?? I dlaczego idzie w moją stronę?? Wilk- nie wilk? Przecież chyba nie mam jeszcze zaburzeń świadomości, nie wypiłam aż tyle wina wczoraj!! Pies? Chyba pies..ale jaki wielki!!! Powoli zmierza ku mnie. Co robić?? Nie wolno wykonywać żadnych gwałtownych ruchów..ani okazywać strachu! Zwierzęta wyczuwają strach i wtedy mogą reagować na każdy ruch człowieka agresją. Ale..ale jak opanować strach jak To Coś , idzie,/kur..mać! /prosto do mnie?!!! Spokojnie, spokojnie, tylko nie trać równowagi Angie. Najwyżej ugryzie Cię, byle w lewą rękę, prawą jakoś poprowadzisz auto..jak zdążysz wsiąść!! O God!!

Powoli pies zbliżał się do mnie. Patrzył jakby..nieśmiało, nieufnie .
– to ty się mnie też boisz?- powiedziałam do przybysza- no dobra, podejdź, chodź tu kolego, pogadamy. Ale jak mnie chapniesz, to…to zobaczymy!
Podszedł. Powąchał mnie, potem samochód. Przyjrzałam się mu.
– Ej, tyś nie kolega a koleżanka! I , jasny szlag, czemuś taka..duża i… gruba?? Ty musisz być w ciąży!! Poczekaj, może mam w samochodzie kawałek jakiegoś wafelka( te dzieci ciągle zostawiają mi śmietnik w aucie! )
Dałam jej ciasteczko, które jak większość niepotrzebnych rzeczy, leżało jakiś czas w kieszeni w drzwiach mojego opla…
– Słuchaj koleżanko, czekaj na mnie tu chwilę, pogadamy jeszcze, tylko pójdę po chłopaków żeby mi zatankowali bak. Zrobiłabym to może sama, ale po co mam brudzić się i w ogóle to oni od tego tu są. A i tak trzeba będzie zapłacić za paliwo chyba…
– panowie, co to za wielki pies, chyba husky, chodzi koło mojego opla? – zagadałam moich znajomych, bardzo zaspanych pracowników stacji
a ten! Wie pani, ktoś kilka dni temu wyrzucił go na głównej drodze z samochodu..dajemy mu od tamtej pory jeść, śpi gdzieś w kontenerach za stacją. I zawsze gdy podjeżdża taki większy samochód, jak ten pani kombi, biegnie do niego..sprawdza czy to nie pan czasem…
– KURWA MAĆ!!- nie wytrzymałam- podłość ludzka nie ma granic jednak! Wyrzucili psa z auta?? Bydlaki jakieś! Nie zanotowaliście numerów samochodu?? Trzeba było spisać i zadzwonić na policję! To jest chyba karalne! Jak tak można!! Panowie, to nie pies, to suka i chyba w ciąży na dodatek!!
– wie pani..myśmy myśleli, aby ją wziąć nawet do domu..ale ostatnio ja przygarnąłem wyrzuconego z samochodu, połamanego psiaka i do dziś leczę go… a kolega ma 2 psy już…Może pani weźmie ..?
– ja? Ja mam trzy psy!! Jedną sukę labradorkę i dwa waleczne, jazgoczące kundle! Nie mogę wziąć tej husky..Trzeba zawiadomić weterynarza jakiegoś albo zadzwonić do Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt, może pomogą?
– niech Pani spojrzy za siebie…
Psica husky siedziała tuż przy mojej nodze.
– koleżanko…nie mogę cię zabrać…czekaj, coś wymyślę, teraz kupię ci jakieś jedzonko i pojadę już. Może ktoś cię weźmie, może jakiś dobry człowiek zlituje się…..
Poszłam do samochodu. Wsiadłam, jak zwykle wyjęłam telefon z torebki i położyłam na siedzeniu pasażera. Już miałam zamknąć drzwi od auta, gdy poczułam i zobaczyłam na swoich kolanach wielki, psi łeb. I psie oczy, które patrzyły prosto w moje oczy…...
Zakuło mnie serce. Pogłaskałam psicę.
” To musi być znak. Od Boga? Nie żebym była tak wierząca, ale to musi być znak. To nie jest normalne ani typowe, aby obcy pies kładł mi głowę na kolanach…”
– Panowie, pomóżcie mi…ja ją…zabiorę!
: )))
Psica grzecznie jechała w moim bagażniku kombi. Tak, przecież jej pan- to zwyrodniałe dno!- woził ją…ona zna samochody…
Zadzwoniłam do Brata:
– słuchaj, mam w aucie dużego psa, nie puszczaj absolutnie od siebie z domu jeszcze psów, a szczególnie Saby…Ten pies to suka i wiesz, może różnie być…
– jaki pies znowu??- Brat był w pół- śnie- dobra, daj mi spać, nie puszczę psów, pogadamy jak się obudzę, potem..
*
Przywiozłam psicę do domu. Ponieważ pachniała bardzo brzydko, musiałam jakoś wykąpać ją. Nie chciała wejść do wanny,pozostało mi tylko wyszorować ją na balkonie..
Gdy nakarmiłam ją, postanowiłam zawieźć do znajomych na wieś. Na małą ” kwarantannę”, na 2 lub 3 dni. A w między czasie szukać jej domku. Nie było to łatwe; znaleźć suce w ciąży dom, to bardzo ciężkie zadanie. Miałam szczęście: znajoma lekarka zdecydowała się ją przygarnąć
– zawieź tylko ją Angie do weterynarza, sfinansuję wszystko co potrzeba, nie mam po prostu czasu teraz, zrozum
Zawiozłam.
– co tam dziś mamy Angie?- jak zwykle wesoło, przywitał mnie pan doktor
– mamy sukę, mieszaniec husky i owczarka, jak na mój gust. I, jak na mój gust, ciężarną…
Po wstępnych badaniach pan doktor stwierdził:
– jest w ciąży, wysoko już, za 2 tygodnie będzie rodzić. I musisz wiedzieć, że ma śrut w brzuchu..Ktoś do niej strzelał…
– skurwysyństwo! Skurwysyństwo i podłość panie doktorze! Sama strzeliłabym teraz do tego, który to jej zrobił!! Nie mogę już tego słuchać! Proszę powiedzieć, czy wszystko poza tym w porządku z nią?
– tak, nie martw się. A jak urodzi, daj znać, pomożemy Ci znaleźć domki dla szczeniaków..
*
Moja Mała Wiedźma nazwała sunię Szarka. Jej nowa pani przechrzciła ją na Sarę.
Sara urodziła 9 zdrowych szczeniaków. Wszystkie znalazły swych nowych państwa.
Sara żyła szczęśliwie u pani doktor przez ponad rok. Potem…
pewnego dnia uciekła w pola. Zginęła od strzałów myśliwych…
Czy jej przeznaczeniem było tak umrzeć?
Mimo wszystko cieszę się, że udało mi się wtedy jej pomóc..Że znalazłam jej dobrą panią. I że chociaż przez półtora roku była szczęśliwa

*******

Rzecz wielka c.d. ***

Ponieważ „historia obrazkowa” moich zwierzaków spodobała się Wam, napiszę jeszcze raz o nich.
Ostatnio gdy patrzę na nie, gdy widzę jakie są duże, dorosłe i silne, wspominam jak to było, gdy były maleńkie, maciupeńkie, ślepe i do… kota nie podobne ; ))
Pracowałam w biurze. Kotka Milady przychodziła do mnie do pracy od wielu miesięcy. Karmiłam ją; za moim biurkiem miała swój kocyk, gdzie spała w deszczowe dni. Nie mogłam jej wziąć do domu, bo miałam 3 psy, które bardzo, ale to bardzo nie lubiły kotów…
Pewnego dnia wszyscy zorientowaliśmy się, że jest w ciąży.
– Angie, jak zacznie rodzić w biurze, to ..nie radzę Ci!- syknął Kierownik
Po paru dniach:
– Angie, a gdzie dziś jest ta Twoja kotka?- kierownik jakby coś przeczuwał
– Kierowniku, jest chyba w Kierownika szafie….Kierownik nie zamknął ..szafy…
– Angie!! Ona rodzi!! Koci się!! I to w Umowach Najmu!!! Zabieraj ją natychmiast!!!
Na szczęście była akurat w pracy znajoma prawniczka. Ukryłyśmy Milady w Jej gabinecie. W szafce (z uchylonymi drzwiczkami). Przyniosłyśmy Milady picie i dużo, dużo jedzonka, aby posiliła się po porodzie.
Milady urodziła cztery kociaki. Ewa musiała głośno włączyć radio, aby dyrektor, który miał gabinet blisko gabinetu Ewy nie słyszał pisków niemowląt kocich : )))
Przez kilka dni Milady z dziećmi mieszkała w szafie Ewy. Sprzątaczki zostały wtajemniczone w „akcję”. Mój kierownik też.
– Angie, zaraz ” długi weekend”, one nie mogą zostać w szafie u Ewy, wiesz o tym…- kierownik tylko udawał , że nie interesował się losem kociaków i Milady ( Oczywiście głównie interesował się losem swoim i moim, bo gdyby tak dyrektor dowiedział się….)
– Kierowniku, tak pomyślałam, że na weekend wyniosę kosz z kotami np na naszą portiernię- słodko uśmiechnęłam się do szefa
– ani się waż! Nawet nie myśl o tym!! Jak ludzie dowiedzą się, to wszyscy wylecimy z pracy!! Myśl o jakimś innym miejscu. Wszystko, ale nie portiernia! Przecież My za nią odpowiadamy!!
Myślałam, myślałam i..nie wymyśliłam nic lepszego, niż ta stara, śmieszna portiernia. Przekupiłyśmy z Ewą pracowników i zaniosłyśmy przed weekendem Milady z potomstwem tam. Zostawiłyśmy portierom mocny zapas jedzonka dla kotki, dużą wódę i paczkę papierosów.
Wyjeżdżałam na weekend, portierzy przyrzekli ” doglądać kotki”.
W poniedziałek..w ten straszny poniedziałek, przekraczając bramę naszego zakładu pracy, usłyszałam:
– Pani Agnieszko, ona nie żyje! Wczoraj ..to stało się wczoraj..chyba ktoś ją zabił!!
Wtedy najpierw Ziemia rozsunęła się przede mną, potem zagotowałam się. Z wściekłości.
– a co z kotkami? Żyją??
– tak, miauczą niemiłosiernie od 12 godzin..chyba już od 12 godzin…
Podeszłam do koszyka. Cztery, maleńkie stworzonka leżały wtulone w siebie. Słabiutkie, nawet nie miauczały tak głośno jak wcześniej…Wzięłam je na ręce. A raczej w dłonie; były tak malutkie, jak połowa mojej dłoni…Ożywiły się nagle i zaczęły rozpaczliwie szukać..Szukać jedzenia. Zostawiłam je na chwilę. Pobiegłam do biura zameldować się Kierownikowi, potem pędem do Ewy
– mamy kłopot..tragedia..ktoś zabił Milady! A Małe żyją, byłam tam!
– Boże!- Ewa prawie rozpłakała się- one..one nie przeżyją bez matki!! Jak to się stało??
Opowiedziałam szybko Ewie wersję portierów śmierci kotki.
– nie czas teraz dochodzić kto i dlaczego zabił ją! Musimy je ratować!! Niech Pani, pani Ewo idzie szybko ze mną do mojego szefa i poprosi go, aby puścił mnie na 2 godziny z pracy. Pojedziemy do weterynarza!
_-Tak, racja pani Agnieszko, jedziemy!
– nigdzie nie jedziecie- odezwał się Kierownik- ja jadę zaraz w trasę, będę blisko weterynarza. Co trzeba kupić tym kociakom?
Wyliczyłyśmy wszystko, co nam przyszło, w tym pierwszym odruchu, do głowy
– mleczko dla niemowląt kocich, buteleczki i smoczki..i chyba to na razie wszystko..
– Angie..a gdzie właściwie te koty są?
– wie Kierownik…są..są..na portierni…- wykorzystałam najgłupszą z repertuaru swych kretyńsko- słodkich min…
– Angie…!!!
: )))
Kierownik przywiózł cały „sprzęt”- od buteleczek po smoczki itd.Pobiegłyśmy z Ewą do tych maluszków. Rozrobiłyśmy mleczko wg instrukcji. Chwyciłam ” tego biało- czarnego” ( przyszły Milord: ))). Najpierw plunął na mnie tym mlekiem; nie dawałam za wygraną, wkładałam ten smoczek mu do pyszczka dopóki, dopóty nie zassał. Ewie nie udało się z żadnym; była zrozpaczona
– niech pani weźmie każdego po kolei, one jakoś ..pani słuchają!
-pani Ewo, trzeba stanowczo z nimi, muszą ssać, to, cholera jasna, w końcu to ssaki, maja ten instynkt! A że nie chcą, bo to butelka i sztuczny smok, to nas nic nie obchodzi! Mają zassać i koniec!
Ssały. Niechętnie, ale jednak. Mój ciemny kostium był cały biały od mleczka-kociaki pluły, wyły, nie chciały ssać czegoś nieznanego. Ale ja byłam bardziej uparta : )))
Nie mogłam ich zostawić już na portierni. Wymagały stałej opieki
Weszłam do Zamku prosto do komnaty Księżnej, która akurat relaksowała się czytając gazetę w przerwie między jedną a drugą pracą ( Księżna rzadko bywa w domu; przemieszcza się niemal wyłącznie „od pracy do pracy” . Inaczej nie umie…)
Weszłam do Pani Matki trzymając duży kosz z czterema piszczącymi kociętami oraz całym ich ekwipunkiem w postaci czterech buteleczek, słoika ” kociego” mleka w proszku. Pierwsza reakcja Księżnej była taka:
– Jezus Maria!! zamknąć psy!!!- poderwała się rzucając gazetę w kąt
– nie miałam gdzie ich zanieść…zamordowali Milady…
Księżna bez słów wzięła po kolei każdego kociaka i próbowała karmić. Jedno kocię po drugim : ))
– Będą żyć! Chcą ssać, to najważniejsze! I patrz jakie żywotne!
– Mamo..chcą ssać…cały dzień walczyłam, aby chciały!
– nie martw się, przeżyją. Patrz jak żrą!- Księżna potrafi bezdusznie ująć sprawę.. ; )))
Gdy kociaki miały 10 dni, zawiozłam je do weterynarza. Nie miałam pojęcia o hodowli kotów( szczególnie niemowląt kocich). Miałam do przejechania około 20 km, ale ponieważ była pora karmienia kotków, musiałam zatrzymać się na stacji. Chyba ludzie w myślach stukali się z łeb widząc mnie karmiącą buteleczką, po kolei cztery kocięta…: ))
Weterynarz od progu zawołał:
– dzień dobry Angie! Jakiś czas Cię nie było! Co tam dziś mamy?
– Koty. Tak, panie doktorze, koty, dziś mamy koty…
Przyszło jeszcze dwóch innych lekarzy. Oglądali te moje maleńkie cztery kociaki, kiwali głowami..
– Angie, wiesz…nie wiadomo ile mają odporności wyssanej z matki…Są..maleńkie…no..no..nie wiadomo czy przeżyją..
– muszą przeżyć! Proszę powiedzieć mi wszystko! Co mam robić, wszystko!
Zakodowałam w pamięci wszystkie instrukcje.
– jeśli przeżyją, przyjedź za miesiąc z nimi. Dostaną pierwsze szczepienie, a potem opracujemy dalszy plan działania.
– będę za miesiąc!
*
Przez miesiąc przeszłam ” drogę przez mękę”- karmienie co 3-4 godziny, nieprzespane noce, masowanie brzuszków po jedzeniu, mycie kocich pupek..Pisałam zresztą już kiedyś o tym : ))
Zgodnie z umową pojawiłam się u weterynarza. Z koszykiem.
– przeżyły?? WSZYSTKIE??? Naprawdę żyją wszystkie cztery??
– a dlaczego miałoby któregoś zabraknąć?
– bo wiesz…wiesz Angie, zwykle jeśli w ogóle udaje się uratować choć dwa z miotu, to cud! To niesamowite! Nie wierzyłem, że one przeżyją, że dasz radę!!
Znów zbiegli się inni lekarze. Uśmiechali się, gratulowali mi. Ciągle nie rozumiałam wagi sytuacji. Ani ” wielkości” tego, co zrobiłam. Przecież nie zrobiłam nic dla chwały ani dla sukcesu. Ani na pokaz.
Spełniłam tylko swój obowiązek. I tyle.
: )))
Zdenerwowałam się tylko na weterynarza, gdy zobaczyłam u niego w komputerze przy swoim nazwisku” Stado kociąt”
– panie doktorze, jak to ” stado” ?? Przecież ich jest ..tylko cztery!
: ))

Nie mam niestety zdjęć moich kociaków z okresu ich niemowlęctwa. Mojemu synkowi….gdzieś zapodziały się.. „uciekły z aparatu” …
To jedno z nielicznych, zrobionych moim telefonem: