*Jesień 1983 … ;)

Dawno temu zamieszkaliśmy z Panią Matką w miejscu , które dziś jest już moim drugim Domem Rodzinnym.
Rodzice byli już jakiś czas po rozwodzie i przywykliśmy chcąc nie chcąc do nowego życia. Zresztą: czy pod wieloma względami aż tak bardzo różniło się od poprzedniego? Pani Matka, osoba znana i ceniona w środowisku , była taka, jak przedtem. Miała szeroki krąg przyjaciół, znajomych , koleżanek i kolegów.Ciągle ktoś u nas gościł, a i Pani Matka często składała wizyty przyjaciołom. Nie było więc dla nas dziwne, że nagle okazywało się, że przenocuje u nas wujek Antek z ciocią Alą, lub ciocia Iza, która jest dziś bardzo smutna;)
Lubiłam ten nasz styl życia ; a najbardziej lubiłam, gdy Pani Matka miała dyżury nocne i była poza domem. Opieka schorowanej i zdziwaczałej Babci Staruszki nad nami była tylko czymś jak pro forma.. Rządziłam ja. A osóbce z dyktatorskimi zapędami, było w to graj! O Bąble nie musiałam się martwić; zawsze byli, tak siostra, jak i brat, grzeczni i sumiennie wykonywali swe obowiązki. Obowiązki, do których należało li tylko i wyłącznie chodzenie do szkoły:) Mój zakres obowiązków obejmował również tylko to, ale i tak musiałam i z tego wyłamywać się. Jako niepokorny duch, regularnie łamałam wszystkie zasady i łaziłam na wagary, gdy tylko ku temu była okazja. A, że zawsze bardzo dobrze się uczyłam, jedyne, co Pani Matka mówiła: „skończ te wagary i nie podrabiaj mojego pisma na zwolnieniach, bo w końcu będę przez ciebie siedzieć smarkulo!”
Dziś, gdy myślę o sobie sprzed lat, ciągle zastanawiam się, czemu moi Rodzice byli tak łagodni… ;)
Rządziłam domem nie robiąc nic . Babcia posprzątała, Babcia zrobiła kanapki ,Bąble poszły do szkoły, ja..no, różnie to bywało ;) W końcu mam chroniczne zapalenie zatok, jestem dzieckiem lekarza, ale, że jestem bardzo sprytna, wiem, jak zagrać..)
Tak kręciło się, bardzo miło i bardzo fajnie. Mama w pracy , czasem w domu.
Mama. Mój ówczesny wzór i ideał kobiety. Śliczna, zwykle w czarnych skórach, na szpilkach z i kluczykami w ręku. Nowoczesna ( jak na tamte czasy) , pełna blasku kobieta. Feministka całą sobą. Nigdy, ale to nigdy nie chciałam jej przyznać, że jestem nią zachwycona. Dopiero po wielu, wielu latach powiedziałam:” Mamo, zawsze chciałam być taka jak Ty”.
Jest silna , ale wtedy nie powstrzymała łez.
– nie wiedziałam córeczko, nigdy nie mówiłaś mi!
Nie wiem czemu tak jest, ale potrafię jak nikt inny ukryć swoje prawdziwe uczucia i mówię tylko to, co w danej chwili wydaje mi się stosowne. Mama była zawsze tak silna, tak pewna siebie i tak lubiana, że wydawało mi się, że jestem ostatnią osobą, od której oczekuje komplementów. Miała swój świat, jakże inny od mojego pełnego marzeń i tęsknot. Imponowała mi swą niezależnością i siłą przebicia. I zawsze dziwiło mnie, że wszyscy mówią, że jestem jej kopią.:)
Pewnego dnia
(a właściwie gdy dzień się budził) będąc na granicy świata snów i jawy, dziwnie poczułam czyjś wzrok na sobie. I delikatne szturchanie ręką w ramię. Otworzyłam oczy.Wujek Antek!
– Angie, budzę cię i budzę. Słuchaj teraz uważnie: Mamusia jest w szpitalu. W nocy wezwaliśmy erkę. Ma atak woreczka żółciowego. Zrobiłem śniadanie i kanapki dla Was do szkoły. Wszystko będzie dobrze. Ciocia Ala nie mogła przyjść, ma dyżur. Jakby co, dzwoń do cioci Ali. Będzie dobrze, nie bój się, tylko idźcie do szkoły! Potem Ciocia Ala przyniesie wam obiad, a później przyjedzie ciocia Ania opiekować się wami.
Dla mnie to, wówczas trzynastoletniej dziewczynki, nie było nic głupszego i bardziej niewiarygodnego. Mama w szpitalu?? Przypomnę moim młodym czytelnikom: był to czas, gdy nie było telefonów komórkowych, nie było więc jak skontaktować się z Mamą.
Idźcie do szkoły?! Tak, już idę! Cholera jasna! Będzie dobrze? A kto to wie???
Płakałam. Ale tylko chwilę. Gdy wyszedł wujek Antek, obudziłam Bąble.
– umyć się, ubierać w coś i zaraz jedziemy do mamy. Jest w szpitalu!
Siostra rozpłakała się, Brat zrobił podkówkę.
Swoją drogą: jak zodiakalny Baran i Strzelec mogą tak reagować? Hmm, a może reakcja nie jest wcale taka ważna? Już wtedy interesowałam się astrologią i niepojęte dla mnie było, że ja, Rak, wrażliwiec, tak szybko biorę się w garść, a znaki Ognia beczą???
Ehh, nieważne.
-zbierać kasę! Wszystko, co macie- zarządziłam.
(Wtedy, w latach osiemdziesiątych, nie było ani bankomatów, ani kart kredytowych)
Bąble zebrały wszystko, co miały.
– Ale nie wystarczy nam na powrót..- szepnęła siostra- a poza tym, co z milicją?
Były to czasy, gdy milicja ( czasem ZOMO) chadzała po ulicach i kontrolowała nie tylko tych” podejrzanych” , ale i uczniów, nieletnią młodzież również.
– a milicji to powiemy…nie wiem, co powiemy, ja powiem, Wy cicho! A teraz jedziemy do MAMY! A z kasą pomyślimy później. Jakby co, to przecież Mama nam da!
Pojechaliśmy. Najpierw autobusem do najbliższej miejscowości, gdzie jest stacja kolejowa. Bąble siedziały, ja stałam. Musiałam w końcu / jakby co/ ich bronić;) .Chyba dziwny był widok trojga dzieci w porze zajęć lekcyjnych, w autobusie. Na szczęście nie spotkaliśmy ani milicji, ani ZOMO.
Dojechaliśmy pociągiem do Brzegu. Tam spytaliśmy , gdzie jest szpital.
Przeszliśmy kilka kilometrów.
– dziś w nocy przyjęto tu panią z woreczkiem. Na operację. Nazywa się ….doktor R.
– a wy to…to kto jesteście?
– my jesteśmy dzieci doktor R. i szukamy Mamy!
– Mój Boże!
Za chwilę zobaczyliśmy Mamę. Nie miała siły, ale próbowała podejść do nas. Pędziliśmy do niej , wrzeszcząc ” mama, mama!”
Nie była w tych swoich pięknych szatkach , w których przywykliśmy ją co dzień widzieć ;
była w brzydkim szpitalnym szlafroku.
– zaraz mam operację. A tak prosiłam Alkę, by Cię Angie powstrzymała! – wycałowała nas.
Wtedy nawet ja zrobiłam podkówkę. Ale w przeciwieństwie do Bąbli, nie rozpłakałam się. Byłam przecież najstarsza, należało zachować jakiś image! ;)
Wróciliśmy taksówką, oczywiście Mama dała nam forsę. Po południu przyjechała rodzona ciotka, by nas pilnować.
Zanim jednak przyjechała ciocia Ania, wstąpiła do nas ciocia Ala. Z obiadem.
Ciocia Ala była, jak i moja Mama , znanym w okolicy lekarzem. Nie była jednak nigdy ani tak popularna, ani lubiana. Słynęła bowiem z wyjątkowo krewkiego charakteru. Potrafiła, gdy zalęgły się w jej mieszkaniu zakładowym karaluchy, złapać kilka w słoik i wyrzucić je Dyrektorowi Ekonomicznemu na biurko mówiąc słodko:
– co to, kurwa, jest??
Dalszych kurew i jazgotu cioci Ali nie będę już wspominać.;)
Dziwło mnie niezmiernie, że niektórzy porównują ciotkę, która przecież nie była moją rodzoną ciotką, do mnie i odwrotnie. Po latach już, Księżna Matka powiedziała , że ” ciocia Ala bała się mnie ze względu na pewne podobieństwa między nami” .
Wtedy , nie mając świadomości tych / rzekomych/ podobieństw, przyznam, że choć nie bałam się ciotki Ali, wolałam jednak nie wchodzić jej w drogę. Czułam, że mogłoby skończyć się to źle, a po co Mamie robić przykrość? ;)
Gdy przyszła do nas z obiadem, podeszłam do niej i patrząc jej prosto w oczy powiedziałam:
– ciociu, pojechaliśmy rano do Mamy!
Ciocia zerknęła na mnie , po czym suchym, beznamiętnym tonem rzekła:
– wiem. I to było bardzo głupie. Nie spodziewałam się jednak po Tobie tego Angie.
– dlaczego?- nie dałam za wygraną
– bo to było głupie! Nierozsądne i szalone! Jak mogłaś nie pójść do szkoły i jeszcze wciągnąć w to rodzeństwo??
Moje usta instynktownie zacisnęły się. Ty stara jędzo, ja ci zaraz dam, czekaj!
– a może my kochamy Mamę, nie pomyślała ciocia o tym?
To był koniec rozmowy.
;)))
*
Mama wróciła po kilku dniach.
Póki nie doszła do sił, byłam grzeczną, naprawdę grzeczną dziewczynką ;)
A ciocia Ala była znów bardzo, bardzo miła.
Jakiś czas ;)

* Luna( My Lady) czyli i got crazy! ;) *

I remember when,
I remember, I remember
When I lost my mind.

;)

Tamtego popołudnia miałam odebrać Małą W. ze szkoły. Pogoda była niepewna, chmurzyło się i wszystko wskazywało na to, że zaraz lunie. Gdy podchodziłam do samochodu, nagle wyłoniły się spod niego trzy małe kotki. Wystraszone moją obecnością uciekły natychmiast w pobliskie krzaki. Pierwszą moją myślą było,
jak, skąd one się tu znalazły? Może przyszły ze szpitalnej kotłowni, która jest niedaleko? W kotłowni mieszka mnóstwo kotów, może to młode którejś z tamtejszych kocic? Ale chyba to niemożliwe, przecież podwórka pilnują Saba i Abi, które nie cierpią obcych kotów a kotłowniane koty dobrze o tym wiedzą ;) Poza tym, gdyby przyszły stamtąd, pewnie na widok psów uciekłyby z powrotem. A te maluchy swobodnie weszły na obcy, psi teren! Ktoś musiał je wyrzucić. Kotłowniane koty są zwykle brudne, umorusane węglem, a te są dość czyste.
Kociaki nie wychodziły z kryjówek, tylko jeden z nich, czarno biały , z wyglądu niczym miniaturka Milorda, zaciekawiony od czasu do czasu wychylał zza zarośli łepek i zerkał w moją stronę. Miałam tego nie robić, ale już instynktownie chyba schyliłam się i mówiąc cicho” nie bój się” wyciągnęłam do niego rękę. Kotek podszedł do mnie, po czym zamiauczał i uciekł za śmietnik. Chwała Bogu, niech lepiej idą stąd zanim zjawią się psy. I tak ich nie wezmę, mamy przecież już trzy koty!
Pojechałam po córkę. Gdy przyjechałyśmy, kociaki nadal chodziły po naszym podwórku. Czarno biały ostrożnie podszedł do mnie, miauknął i natychmiast uciekł w krzaki.
– Mamusiu, przygarniemy je?- słodko spytała Mała W.
– NIE! Chyba zwariowałaś, dziecko drogie! Teraz musimy je zignorować, niech idą do wąwozu, to są jakby pół dzikie koty , poradzą sobie. I niech idą stąd szybko, bo zaraz przyjdą psy! A jeśli wrócą, zadzwonię do Anity ( koleżanki z TPZ) i ona może już gdzieś je ulokuje.
*
Nie byłabym sobą, gdybym po niecałej godzinie nie poszła jeszcze raz upewnić się, czy nie ma już na podwórku kociaków. Oczywiście Mała W. ochoczo pobiegła ze mną. Gdy po ogólnym oglądzie podwórza ustaliłyśmy , że kociaki na pewno już poszły gdzieś, usłyszałyśmy od strony ogródka piwnego żałosne miauczenie. Podeszłam i zobaczyłam wystraszone to coś :

LUNA

Gdy zawołam, kotek schodził nieśmiało. Ale tylko po to, aby na widok mej wyciągniętej ręki znów uciekać. Wzięłam wcześniej kawałek mięsa z drobiu, by, niezależnie od dalszego przebiegu wypadków, nakarmić go.
Zjadł. Gdy wyciągnęłam rękę , syknął na mnie niczym groźny, jadowity wąż i potraktował łapką z pazurami.
Nie szkodzi, ma prawo być nieufny. A raczej..nieufna.
Patrząc w oczy tego obcego, małego kota, wiedziałam już, że to musi być kotka. Nie wiem dlaczego zawsze to „wyczuwam” po spojrzeniu zwierzaka.

Zgodnie z przewidywaniami rozpadało się. Najpierw małe, rzadkie krople, potem mocny, gęsty deszcz.
Chyba nie tylko ja i moja Mała W. czułyśmy coraz mocniej padający deszcz. Kotka / po piątym kawałku szynki/ pozwoliła się wziąć na ręce.
– co by nie było, nie możemy zostawić jej na deszczu!
Mała Wiedźma była tego samego zdania :)
*
Księżna Matka na widok kotki uśmiechnęła się i powiedziała:
– śliczna jest! Tylko trzeba jechać do weterynarza odrobaczyć , odpchlić ją i zaszczepić.
Owszem, już odpchliałam i odrobaczyłam, ale …chwileczkę, czy ktoś powiedział, że zostanie u nas??
Obdzwoniłam rodzinę i wszystkich znajomych swoich, Małej W., Krzysia itd. Wynik był do przewidzenia: nikt już nie chce kota, a tym bardziej kotki. Wszyscy mają psy, koty, lub psy i koty.
Młody Lew gdy zjechał na weekend, przypieczętował sprawę:
-zostaje z nami! Jest śliczna i inteligentna! I z rodziny milordowatych!
To prawda.
Spójrzcie:
Litttle Lady
*
Jest już z nami ponad tydzień. Psy średnio akceptują ją, natomiast koty..
Diana i Iris są wściekłe, nie lubią tej Małej; syczą i warczą .Przeniosły się do mego Brata. Mój Brat(aby nie było wątpliwości) nie znosił kotów. Dopóki, dopóty nie pojawił się Milord i Reszta.
Taaaa..
Kupuje im najlepsze, świeże ryby i mięso i przede wszystkim, zostawia im ( nawet w mrozy!) uchylone okna, żeby ” w razie czego mogły wejść” . A że mieszka blisko, koty mają po prostu raj.
A mój Milord… Mój Milord , na widok małej kotki na moich rękach, po prostu, zwyczajnie obraził się na mnie. Przez dwa dni i dwie noce nie było go! Wrócił , ale tak wściekły, że nie pozwolił mi nawet pogłaskać się! :) Przeniósł się do pokoju mych synków. Po trzech dniach pozwolił się dotknąć. A gdy już kupiłam mu to, co najbardziej lubi…;)
I- co przedziwne- jako jedyny nasz zwierzak próbuje poznać i zaprzyjaźnić się z Lunką:

czwarta rano;)
LUNA (31)

A nawet pozwala jej jeść ” obok” ;)
LUNA (17)

Jeść, czy nie jeść? Oto jest pytanie! ;)
LUNA (19)

Luna / raczej: Lady Luna ;)

*
Niech już będzie: zwariowałam.
M. mówi, że nie
z butami, a z psami i kotami pójdę do nieba ;)))
Podpisuję się pod każdym komentarzem / oficjalnym i nieoficjalnym/ , żem :
„gupia”, szalona, walnięta, nieobliczalna, anormalna etc.

Tak, jestem.

I……….
ciśnie mi się na usta brzydkie słowo, ale, aby zachować image subtelnej i nieprzeklinającej powiem:
” i już!”
;)

***

*Pierwszy dzień jesieni*

” Mimozami jesień się zaczyna…”
Raczej nie mimozami , a paskudną, burą, deszczową pogodą i moim przymusowym siedzeniem w domu. Nie ma jednak tego złego (…) ; gdy zacina deszcz i po ulicach hula wiatr , przyjemnie grzać się w domowym cieple. To, z całą stanowczością stwierdzam po dzisiejszej wyprawie do Wrocławia. Rano…
Rano, po zażyciu garści odpowiednich tabletek, dokonując cudu przeistoczenia się w dość atrakcyjną kobietę ( dobre kosmetyki to wspaniała rzecz naszych czasów! ;))) , wypiciu kawy i dwóch mocnych herbat , wmawiając sobie, że jestem dziś zdrowa jak ryba, wyruszyłam załatwiać pewne sprawy niecierpiące zwłoki. Z nieba chyba spadł mi mój szanowny Brat, który zgodził się zawieźć mnie na miejsce. Wsiąść za kierownicę po nieprzespanej nocy dziś, byłoby co najmniej głupie.
Miałam do załatwienia bardzo ważną sprawę. Szanse powodzenia – pięćdziesiąt procent na sto, choć niektórzy twierdzili, że nawet mniej. Wszystko zależało od mego sprytu i elokwencji. Tylko, do licha, jak tu być sprytną i elokwentną, gdy słaniam się na nogach ,świat chwilami wiruje, a moje oczy dziś widzą wszystko jak we mgle?! Jak tu zagrać coś, gdy nawet nie mogę dziś zagrać siebie?! Fatalny dzień!
Gdy byłam na miejscu, pomyślałam, że to przecież pierwszy dzień jesieni, a jesień jest zawsze dla mnie szczęśliwa! Muszę to załatwić, a jeśli nie uda się dziś, to spróbuję innym razem lub… pomyślę o innym wyjściu. Jutro ;)
Udało się. Wykorzystałam te pięćdziesiąt procent … w stu procentach! Brat nie mógł uwierzyć.
– naprawdę załatwiłaś to wszystko?
Telefony urywały się.
” Załatwiłaś??”
Tak, załatwiłam. A teraz dajcie mi święty spokój, wracam do domu i jedno o czym marzę, to spać, spać…
:)

Wrzesień.
Zastanawia mnie, czemu wszystko, co ważne w moim życiu, zaczynało się we wrześniu. Ten wrzesień wydaje się również być początkiem czegoś , co będzie mieć( jak wszystko wrześniowe) znamienne skutki kiedyś. Jakbym puściła w ruch mały kamyczek na szczycie jakiejś góry; kamyczek, który najpierw delikatnie tocząc się, nabierając prędkości i siły porwie inne kamienie, a te dotkną następnych i jeszcze następnych…
Wszystko przez tę iście jesienną pogodę. Leje, od kilku dni leje, wieczorem wracam wśród mgieł. Żółte liście z przydrożnych lip spadają na ciemną maskę mego samochodu, puste chodniki i ulice. Skłamałabym jednak mówiąc, że nie lubię tego. Lubię jechać samochodem i napawać się ciepłem jego wnętrza i swoją muzyką; lubię patrzeć na chłodny, wczesnojesienny, wieczorny świat za oknami.
Lubię wracać. Lubię przejeżdżać blisko znajomych domów , ogrodów i sadów. Lubię widok jesiennych pól i małych wiosek wtulających się w łagodne pagórki.

201309071839

Czasem gdy widzę dym z kominów znajomych domków, czuję irracjonalną radość” już są, wrócili!” . Irracjonalną, bo nie widuję moich znajomych czasem tygodniami, miesiącami i wcale nie mam zamiaru odwiedzić ich ani jutro, ani pojutrze. Tempo naszego życia i coraz częstsza potrzeba wyciszenia nie pozwala już na tak częste spotkania jak kiedyś. Ale właśnie to kiedyś tak mocno utkwiło w pamięci i sercu, że wydaje nam się, że widzieliśmy się wczoraj. Jutro..nie, nie jutro, może pojutrze, a może za tydzień odwiedzę ich. A jeśli nie za tydzień…Nieważne; ważne, że wiem, że SĄ.
Dlatego tak cieszę się, gdy widzę ten dym z kominków ich domów.

*
Jesień.
Pomimo tego, że jeszcze nie złota i słoneczna, lecz jednak w jakiś sposób już piękna.
Zawsze piękna i zwykle początkiem czegoś ..;)
*

*Eins Zwei Polizei ;)

Pogoda nie sprzyja ani grzybobraniom( pada od kilku dobrych dni), ani dobremu humorowi. Pogoda właściwie sprzyja tylko wylegiwaniu się w pod ciepłym kocem i wściekaniu się na … Z wzajemnością zresztą ;)
Wściekłość mą potęguje kilka innych spraw, ale nie o tym dziś, nie dziś .
Dziś przypomniało mi się,jak kiedyś pojechaliśmy z mym ex małżonkiem ( wtedy jeszcze present husband;)) , z naszą małą córeczką i trzema psami na grzyby.
Pan Mąż powrócił właśnie z wyprawy po Hiszpanii i zapragnęliśmy nagle pojechać w nasze knieje. Oczywiście wzięliśmy Małą Wiedźmę i nasze trzy psy: labradorkę Sabę i dwa kundelki. Ponieważ Pan Mąż zagubił gdzieś w pięknej Espanii swe Prawo Jazdy, musiałam prowadzić ja. Wszystko było dobrze dopóki, dopóty nie znaleźliśmy się w lesie.
– jak ty jedziesz!? Nie widzisz dziur?
Widziałam i omijałam, ale ten swoje:
– zniszczysz opony!
– trza było nie gubić dokumentów….
Mimo wszelkich złych prognoz, obyło się bez awantury.
Chodziliśmy po lesie, zbieraliśmy grzyby, Mała Wiedźma beztrosko przeskakiwała niskie krzaczki,szczęśliwe psy biegały, gdy nagle…
na jednej z leśnych dróżek pojawił się radiowóz!
-policja!
-wiesz, teraz cicho, stańmy za drzewami, może nie zauważą nas- rzucił komendę Pan Mąż.
Stanęliśmy w bezruchu; nawet psy, jak na niewidzialną komendę stanęły tuż przy nas. Odjechali. Uff…
Postanowiliśmy i tak jak najszybciej wracać. Po co ryzykować?
Ruszyliśmy. Pan Mąż za kierownicą, ja obok , Mała W. z tyłu, psy za kratką w naszym tyle kombi.
Zanim zdołałam zwrócić subtelną uwagę ” czy ty naprawdę nie widzisz dziur?” , usłyszałam z boku” jasna cholera, policja!”.
Gdy spojrzałam wprzód zobaczyłam w dali, w wieczornej mgle charakterystyczny kształt auta i koguty.
– co oni, kur( wa) robią w środku lasu???
– nie wiem, może ktoś zwiał ze Szpitala ( niedaleko jest nas Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych). Tak czy inaczej Angie, ty musisz prowadzić, ja nie mam dokumentów szybko przesiadamy się!- rozkazał Pan Mąż .
Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale udało się nam błyskawicznie zamienić miejscami za kierownicą.
Udając spokój jechałam leśną drogą, metr za metrem będąc coraz bliżej nadjeżdżającego z naprzeciwka radiowozu. Nagle zobaczyłam rękę zza okna policyjnego auta i lizak.
Cholera jasna!
Mała Wiedźma zapiszczała:
nie zatrzymuj się Mama, uciekaj jak na filmach!
– jeszcze jedno słowo, a zabiję! Wszystkich!- zwróciłam się/ szczególnie/ do Pana Męża – teraz cicho. Cokolwiek nie powiem, nie śmiać się, ani nie płakać!
Zapanowała grobowa cisza. Gdy policjant ( swoją drogą :bardzo przystojny i młody) podszedł do naszego auta, psy dostały szału. Zza kraty ujadały jak wściekłe. Gdy udało się jakoś je uspokoić,wyszłam z samochodu. Policjant poprosił mnie o Prawo Jazdy i Dowód Rejestracyjny.
Szybko przejrzał i spytał, czy może zwracać się do mnie ” pani Agnieszko”
Ok, ok , możesz( tylko idź w diabły szybko!- myślałam)
-Otóż pani Agnieszko, macie co najmniej dwa wykroczenia .
-jakie?
I zaczęła się moja ulubiona gra w durnia.
– jak to jakie? Pieski biegają wolno sobie po lesie………
– chwileczkę. Siedzą w bagażniku za kratą!
– ale biegały!
– eee tam.
– pani Agnieszko…
– aj tam! Szły na smyczy, ale jak pies chce zrobić kupę, przecież musi oddalić się. Myślę, ze ani pan, ani ja nie chcielibyśmy załatwiać się przy innych…….
– ale to są trzy psy!
– a czy pan uważa, że tylko jeden chce zrobić kupę?
:)
-dobrze- policjant był lekko zbity z tropu
– ale co w ogóle robi pani tym samochodem w środku lasu??
– przemieszczam się z rodziną.Powoli…
– ale pani wie, że nie wolno wjeżdżać do lasu?
– wiem, ale alarm pożarowy skończył się w ub. miesiącu a to jest droga utwardzona i WSZYSCY nią jeżdżą!
-aaa! Jak to wszyscy? A kogo pani widziała?
Ledwo pohamowałam śmiech:
– panie władzo( oj, pozostało mi z tamtych lat ) , ja nie notuję numerów rejestracyjnych aut, które tędy jeżdżą!
Spisując moje dane z Prawa Jazdy i Dowodu Rejestracyjnego, uśmiechał się. Weszłam z powrotem do samochodu.Psy milczały, Pan Mąż również i nawet Mała W. nie wydawała żadnych odgłosów. Dopóki, dopóty policjant nie nachylił się ..
Gdy tylko ten mundurowy przystojniak podszedł do naszego opla, rozległo się potworne szczekanie i skowyt psów . I nagle, jak spod Ziemi rozpostarł się przebijający przez tę kakofonię psich pisków i szczeknięć rozpaczliwy krzyk Małej Wiedźmy:
MAAAMUUUSIU JA NIE CHCĘ IŚĆ DO WIĘZIENIA!!!
:)))
Nogi się pode mną ugięły…
***
Dostałam najmniejszy mandat i radę, by w razie czego pokazać Straży Leśnej glejt.
Później dopiero dowiedziałam się od z znajomego „z branży”, że nie ścigano nikogo ze Szpitala, tylko młodzi( przystojni!)
mieli bić punkty….
Wszystko jedno gdzie.
Nawet w..lesie! :)

***

* Anty-wpis * ;)

…czyli, miedzy innymi o zdjęciach, które nie wyszły ;)

Przyznam, że dopadł mnie totalny , blogowy leń. Opuszczam się okropnie w pisaniu; nie wiem nawet, czy nadążam z odwiedzinami u wszystkich , którzy mnie follow i których ja follow . Jasne, wiem, blogowanie to nie obowiązek, nie ścisłe przestrzeganie jakiegoś harmonogramu, jednak myślę, że jeśli już zaczęło się prowadzić blog( bloga?) , to trzeba, cholera, być konsekwentnym i coś czasem napisać! Tymczasem siedzę przed komputerem i czuję, jakby wena gdzieś odeszła hen, hen…Szczerze mówiąc,ostatnio rzadko siedzę przed komputerem; jeśli już, to zwykle z konieczności podyktowanej sprawami życia codziennego.
Tempo życia, samo życie. W wolnych chwilach wyjazdy tu i tam, spacery po lesie; przyjazdy dzieci i krewnych, potem wyjazdy . Powakacyjne spotkania z przyjaciółmi, różne imprezy, które też często pozostają tylko w tym , obiecanym solennie ” na pewno przyjdę!” .
Niedawno późnym popołudniem pojechałam do naszego starego, znajomego lasu. Oczywiście wzięłam nasze dwie psice; po pierwsze dlatego, że jest tam ich ulubiony,leśny staw, w którym przepadają pływać; po drugie, pomimo swej wielkiej, osławionej już odwagi, odkąd spotkałam w lesie trzech wyrostków i o mało serce nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej ze strachu, nie chodzę do lasu sama. (Szczególnie, gdy słońce chyli się ku zachodowi.) Wtedy zachowałam zimną krew; gdy podeszli zamieniałam z nimi kilka słów, choć czułam się bardzo, bardzo niepewnie. Na szczęście natychmiast zjawiła się tuż przy mej nodze Saba, która głośnym warknięciem i stanowczym spojrzeniem lekko przekrwionych oczu, skutecznie ostudziła dobry humor trzech młodzieńców. Odeszli.
Teraz byłam w lesie z dwoma psami.
Chodziłam szukając prawdziwków i napawając się pięknem lasu. Nie byłabym sobą, gdybym nie uwieńczyła fotografią tego, co zachwyciło mnie.
I…
oto, co wyszło:

201309061831
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że na zdjęciu jest coś takiego. Miałam skasować, ale ponieważ kiedyś, gdy opowiadałam Uli , jak to wystawiłam łapkę za szybę rozpędzonego samochodu , by zrobić zdjęcia gór i lasów , które po sfotografowaniu przedstawiały jakąś dziwną, zamazaną plamę i musiałam je skasować, Ula nakrzyczała ” i coś zrobiła? „, postanowiłam tym razem zostawić to coś.
I wierzcie mi: fotografowałam fascynującą, porośniętą mchem gałąź…
;)

Tu chciałam zatrzymać widok prawdziwkowego lasu późnym popołudniem. Daję słowo, nie było wtedy żadnej mgły, było nawet dość jasno i przejrzyście.
A na zdjęciu wyszło coś takiego:
201309071833
;)
Gdy wracałam, urzekł mnie wyjątkowo piękny zachód słońca nad polami. Oczywiście natychmiast stanęłam na poboczu, by zatrzymać na zawsze ten fantastyczny widok. Zrobiłam kilka zdjęć. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że.. w kadr wszedł ( czy może bardziej: wleciał) samolot! Nawet dwa samoloty. Smugi po nich zepsuły mi i cały cudny widok, i cały mój wzniosły nastrój. ;)
Bo jak teraz to wygląda?

201309071835
201309071837

Ehh, co tu dużo mówić;

naprawdę nie mam ostatnio serca do blogowania…;)

***

Ty przynosisz mi myśli płomienne*

Odkąd tylko jesteś ze mną
noszę w sobie radosne odkrycie
przyszła do mnie zupełnie inna
nowa pora mojego życia.

Najspokojniej , najpiękniej na świecie
płynę rzeką mych marzeń przy Tobie
przez jesienie , lata i wiosny
i przez zimę, zawiane drogi.

Mijam wyspy i lądy nadziei
wszystko wkoło zaś jakby mówiło
że niedługo, już może za chwilę
dosięgniemy to, co się śniło

Ty przynosisz mi myśli płomienne
patrzą na mnie uważnie Twe oczy
każdą chwilę mi w porę przepowiesz
żadna chwila mnie źle nie zaskoczy.

Jesteś latem w zimowe ochłody
jesteś wiosną w jesienne półmroki
pierwszym słońca po deszczu promieniem
pierwszym nieba po burzy obłokiem.

I zostaniesz tak w tej podróży
mego świata najmilszą ozdobą
na te cztery pory niepewne
piątą porą na każdy rok z Tobą.

*

* Wrzesień w borach*

Bory Dolnośląskie fascynują swym pięknem o każdej porze roku, a u schyłku lata i jesienią przyciągają istne rzesze dolnośląskich miłośników grzybobrania.
Każdy grzybiarz wie, że na hasło już są!, lub np. wczoraj nieśli dwa kosze! , należy odłożyć wszystko, przełożyć co się da „na jutro” , nastawić budzik na czwartą rano i jechać w bory!
Tak też uczyniliśmy. Pomimo niepogody, prognozowanego( trafnie..) deszczu, udaliśmy się w nasze ulubione, położone tuż przy Pustyni Borów Dolnośląskich, lasy sosnowe.

Przyjechaliśmy w deszcz…
poranek

…ale można było o nim zapomnieć, widząc coś takiego:
wrzosy, wrzosy

Widok liliowych wrzosowisk i bajecznie pięknych sosen zapierał dech w piersiach i rekompensował wszystkie niewygody spowodowane deszczem:

Gdy wracaliśmy, było już dość pogodnie.
Dawno ustał deszcz, a mnie znów urzekły wrzosy i stare tory kolejowe, biegnące gdzieś hen wśród borów:
road to...

Bór darzy ;) :
obiad

Pomimo tego, że faktycznie nie było zapowiadanego wysypu grzybów, czas spędzony w borze był / jak zawsze/ magiczny i piękny.
I gdy zamykam oczy, wciąż widzę:

piękny wrzesień
:)
***
O Borach Dolnośląskich i wydmach w środku leśnych kniei ( Pustyni Borów Dolnośląskich) , w miarę możliwości czasowych, napiszę.
Dla ciekawych wyglądu pustyni śródlądowej, zeszłoroczna fotorelacja z październikowej wyprawy tam:

https://angiewitch.wordpress.com/2012/10/21/bory-dolnoslaskie-basn-i-gaski/

***