Miasto, jakie kocham; miasto,które kocham ,cz.I

KONIEC LATA.

To mieszkanie było inne, niż wszystkie przedtem.Stara, skrzypiąca podłoga, stare, od lat niemalowane ściany. Wiekowe meble: ciemnobrązowa komoda, taki sam ciemnobrązowy , okrągły stół. Przy nim cztery piękne, rzeźbione krzesła. Smaku całości dodawało ich ciemnozielone obicie , a przepiękna , stara serwantka w saloniku przyciągała niczym magnes wzrok każdego, kto przekroczył próg mieszkania.
Gdy otworzyłam drzwiczki starej komody, te niespodziewanie odpadły. Widząc moje zawstydzone spojrzenie, pośrednik uśmiechnął się i zanim zdążyłam wycedzić przepraszam, powiedział:
-proszę nie przejmować się, tu wszystko takie jest…dlatego też cena jest tak zaniżona, że aż śmieszna jak na mieszkanie w Rynku.
Mieszkanie z duszą mieściło się w centrum miasta, na wrocławskim Starym Rynku, na wysokim, trzecim piętrze wiekowej, odrestaurowanej z zewnątrz, jasnej kamienicy. Nie wiem dlaczego od początku miałam wrażenie, że już w nim kiedyś byłam i że je dobrze znam.
Gdy uchyliłam , czy raczej zdjęłam drugie drzwiczki starej komody, zobaczyłam wewnątrz biało niebieskie filiżanki. I spodeczki, małe talerzyki; nie mogłam swoim oczom uwierzyć: porcelanowy serwis! Podeszłam do okna,obok którego, z lewej strony stała serwantka.Ciemnobrązowa, jak wszystkie meble w salonie, z misternie rzeźbionymi obrzeżami, maleńkimi kolumnami i złoconymi uchwytami szyb, wyglądała niczym prawdziwe dzieło sztuki. A może nim jest?-pomyślałam- muszę koniecznie przyprowadzić tu Janka, on będzie wiedział.
Serwantka kryła w sobie stare książki i wycinki z przedwojennych gazet. Pierwszą myślą, która przeszła mi przez głowę i teraz coraz głośniej, coraz bardziej natarczywie zagłuszała wszystkie inne myśli, było pytanie : kim jest właściciel? Kim jest ktoś, kto zostawia na pastwę losu i nowych lokatorów takie skarby? Muszę dowiedzieć się!
-jeśli Państwo zdecydujecie się na to mieszkanie, proszę najpóźniej do jutra dać mi znać. Mam jeszcze dziś kilku chętnych , którzy chcą je obejrzeć..
– proszę zatrzymać je dla nas- przerwałam pośrednikowi- tak, decydujemy się!
(…)
Koniec lata to niesforny czas. Zimne, mgliste ranki szepczą złośliwie: „jesień, to już jesień!” ; gorące, popołudniowe słońce filuternie uśmiecha się ” lato, przecież jeszcze jest lato! ” . Nie chciałam opuszczać mieszkanka w starej kamienicy, nie chciałam tego dnia wracać do domu ani wyjeżdżać z miasta. Szłam wolno po Rynku , jak co dzień napawając się pięknem Ratusza i starych kamienic:

Dwadzieścia lat temu wyjechałam z miasta z mocnym postanowieniem nie wracać. Dziś Los poprowadził mnie znów tutaj, w miejsca, które doskonale znam z dzieciństwa i wczesnej młodości; w miejsca, w których wychowałam się i z których w końcu uciekłam, jak wydawało mi się, na zawsze.
Miejsca, które doskonale znam z dzieciństwa…wiem! Wiem już dlaczego to mieszkanko wydało mi się znajome. Dawno temu bywałam w podobnym, u moich krewnych! A później…Basia! Tak, moja koleżanka Basia też mieszkała blisko Rynku; były tam też ciemnobrązowe meble i taka sama strasząca, skrzypiąca podłoga!
Co się stało z Basią..? Podobno , jak wielu moich dawnych znajomych, wyjechała na Zachód. To było tak dawno temu, choć przecież chwilami wydaje się, że zaledwie wczoraj.
Szłam powoli, przypominając sobie tamten, mój dawny świat.
W jednej z kamienic w Rynku mieściła się bardzo znana niegdyś kawiarnia. Nie ma już jej..? Nie wiem, nie mogę znaleźć…Była taka elegancka i tak wytworna! Gdy miałyśmy z siostrą po kilka lat, nasz Dziadek, bardzo znana i znacząca wówczas osoba w mieście, zabierał nas czasem do tej kawiarni. Przed wyjściem zawsze czesała nas Babcia; najczęściej robiła nam warkocze, na których upinała wielkie, białe kokardy. Stroiła nas w popielate sukieneczki z białymi kołnierzykami, a latem w jasnoróżowe i błękitne , zwiewne sukienki i obowiązkowo duże, letnie kapelusze! Dziadek , zawsze w jasnym prochowcu i do tego chyba trochę ciemniejszym kapeluszu, wprowadzał nas w wielki świat.Przedstawiał swym znajomym z banku, którzy na powitanie schylali się nisko i całowali nas w rączki :) Byłyśmy wtedy ogromnie zadowolone i bardzo,bardzo dumne!
Gdzie podział się tamten świat…?
swym znajomym z banku-nagle uświadomiłam sobie,że mój syn przecież poszedł w ślady swego Pradziadka! Podąża dokładnie tą samą ścieżką zawodową!
Szkoda, że Dziadek nie może tego widzieć, na pewno byłby dumny z prawnuka!
A może widzi to… Stamtąd….?
Z rozmyślań wyrwał mnie stukot końskich kopyt . Dorożka! Biała dorożka !

z internetu
Przystanęłam i patrzyłam na nią długo, długo. Czyżby cofnął się czas..?

Usiadłam w jednym z kawiarnianych ogródków przy Ratuszu. Byłam daleko, tak daleko od wszystkich złych rzeczy, które dane było mi jeszcze niedawno przeżyć. Pomiędzy promieniami słońca widziałam uśmiechniętych, młodych ludzi, rodziców z małymi dziećmi i pary staruszków trzymających się pod rękę, spacerujących po Rynku.
Ciekawe, czy ci starsi państwo mieszkają tutaj, w którejś z tych kamienic? Czy w podobnym mieszkanku, do tego, które postanowiłam wynająć? Do tego, którego właściciela nawet nie znam, a bardzo chcę poznać..
Koniec lata jest przekorny. Za wschodnią granicą coraz mocniej wrze…co dalej będzie? Dlaczego zwykle właśnie koniec sierpnia przynosi taki niepokój..?
Słońce zalotnie uśmiecha się zza starych kamienic, ciepły wiatr muska mą twarz i przegania złe myśli.
Na chodniku jakiś mężczyzna rozkłada niskie krzesełko i wyciąga z wielkiej torby saksofon. Zaczyna grać i..
ta muzyka..! Przecież ją też znam!
Mieszkanko w starej kamienicy, biała dorożka i teraz ta melodia. To wszystko przecież w jakiś tajemniczy sposób łączy się, tworząc pewną, nieodgadnioną dla mnie jeszcze, całość.
Muszę o tym napisać!
Brzmienie saksofonu jest przepełnione uczuciem, tęsknotą. Przeszywa mnie na wskroś.
Zostaję.
Nie wrócę teraz do domu, pojadę później.

Koniec lata to naprawdę niesforny czas.
;)

cdn.

Tysiąc odcieni zieleni/ A thousand shades of green

Są takie miejsca, z których nie chcę nigdzie odchodzić; miejsca w których, mogłabym zostać, być ciągle.
Jedno z takich moich miejsc jest usytuowane …w centrum wielkiego miasta!
To dziwne miejsce. Miejsce, gdzie w zaczarowany sposób znikają gdzieś dźwięki samochodów i tramwajów. Słychać tam tylko śpiew ptaków i echo dawnych, dziecięcych lat. Miejsce, do którego Staruszek Czas otwiera ciemne, żelazne bramy i unosząc delikatnie rondo kapelusza, filuternie uśmiecha się zapraszając do zielonej krainy wspomnień, kwiatów i starych drzew.

OGRÓD BOTANICZNY we Wrocławiu/ BOTANICAL GARDEN in Wrocław

Ogród Botaniczny Wrocław (4)

Ogród Botaniczny we Wrocławiu założony został w 1811 r. przez prof. Heinricha F. Linka systematyka, anatoma i fizjologa roślin oraz profesora historii naturalnej i rolnictwa F. Heydego.

Ogród zajmował początkowo 5 ha( obszar częściowo Ostrowa Tumskiego, częściowo odzyskany po zburzonych na rozkaz Napoleona fortyfikacjach miejskich i po zasypanej północnej odnodze Odry). Przez następne dziesięciolecia rozbudowano go o działy dendrologiczny, paleontologiczny, grupy fizjonomiczne i geograficzne, poszerzono też dział roślin użytkowych.

Ostatni niemiecki dyrektor Ogrodu,fizjolog roślin dr Johannes Buder (do 1945) w 1933 granice Ogrodu o ok. 1 ha o były cmentarz przy dzisiejszych ulicach Hlonda i Wyszyńskiego. W 1945, podczas oblężenia Festung Breslau przez Armię Czerwoną, całkowitemu zniszczeniu uległa kolekcja roślin szklarniowych i w 50% – drzewostan Ogrodu. W Ogrodzie Niemcy ustawili stanowiska artylerii przeciwlotniczej, przyjmowali na jego terenie lotnicze zrzuty zaopatrzenia i zbudowali liczne schrony z amunicją. Jeszcze w w latach 50. podczas gruntownego czyszczenia ogrodowego stawu, reliktu po zasypanym korycie odnogi Odry, znaleziono na dnie pokaźny arsenał z czasów wojny.
W 1958 saperzy oczyścili staw i zbudowali nad nim łukowy drewniany mostek, pozostający do dziś jednym z symboli tego Ogrodu.

Ogród Botaniczny Wrocław (15)

W 1960 przyłączono do Ogrodu kolejny hektar terenu.W 1974 został on wpisany do rejestru zabytków województwa wrocławskiego
Ogród Botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego we Wrocławiu od 1994, wraz z otaczającym go historycznym centrum Wrocławia uznany jest za pomnik historii .

Obecnie obszar Ogrodu obejmuje 7,4 ha (i 0,33 ha pod szkłem) i znajduje się w nim około 7,5 tysiąca gatunków roślin (licząc różne ich odmiany liczba ta sięga 11,5 tysiąca) szklarniowych i gruntowych.
Na terenie ogrodu, głównie w Arboretum rosną: cypryśniki błotne, mamutowce, sekwoja wieczniezielona, cedry, szydlice, kuningamie, modrzew polski metasekwoje, cyprysowce Leylanda i sośnice.
Spośród rosnących na terenie Ogrodu drzew za pomniki przyrody uznano 27 z nich: dęby, cisy, miłorzęby, buki i platany
.

Ogród Botaniczny Wrocław (12)
*
Są takie miejsca, gdzie zatrzymuję się i z których trudno mi odejść. Zostałabym w nich,na pewno na zawsze.
Miejsca, które fascynują swoją niezmiennością, płynnością.
Nieśmiertelnością..?

Ogród Botaniczny Wrocław (13)

**
Dystyngowany Starszy Pan wyłania się zza drzew i zdejmując kapelusz, kłania mi się nisko.
Oczywiście, z przyjemnością usiądę obok
. :)

Ogród Botaniczny Wrocław (11)

***

* Tyle słońca w całym mieście *

Tak, jeszcze trzy dni temu była piękna, słoneczna pogoda. Całe popołudnie spędziłam w towarzystwie Pierworodnego i Młodego Lwa w moim rodzinnym mieście. Choć często mam już dość miejskiego gwaru, korków, spalin, są we Wrocławiu miejsca, w których (choćbym nie wiem jak pędziła), muszę zatrzymać się, zwolnić. Miejsca ciche i piękne, które przywodzą na myśl moje dzieciństwo; miejsca, które kocham i ciągle podziwiam.

Oto jedno z nich:

PARK JULIUSZA SŁOWACKIEGO

Pomnik J.Słowackiego

***

* Stany przejściowe , czyli ” Im falling apart” ;) *

201308301792

Nie lubię ostatnich dni sierpnia , nie lubię żadnych stanów przejściowych. Końcówka lata jest dokładnie czymś takim; dziwnym okresem, gdy na tle błękitnego nieba, w podmuchach ciepłego wiatru zaczynają niespodziewanie tańczyć wyzłocone słońcem liście.
Gorąc dni kusi morzem, jeziorami, lecz chłód wody ,puste plaże , coraz dłuższe i coraz częściej zasnute mgłą wieczory przypominają o nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.

Nie lubię tego, nie lubię ani końca, ani oczekiwania. Żółty liść tańczący nad taflą wody to coś, co wyjątkowo mnie rozdrażnia.
Minęło lato…?
Niech się wreszcie określi ta pora roku, ta -ni to letnia, ni jesienna- pogoda! Niech wreszcie spojrzę na kalendarz i powiem śmiało” tak, to jesień”.
Jesień; kosze prawdziwków , bukiety złocieni i kolorowych liści. Zapach suszonych grzybów, ciepło domowego zacisza; spotkania z przyjaciółmi po wakacjach, miejskie knajpki, wełniane żakiety i jasne trencze, jedwabne i ciepłe szale, szaliczki. Ulice tętniące znów, po letnim śnie, życiem. Lubię jesień.
Zanim nadejdzie, trzeba jakoś przetrwać ten stan przejściowy. Co robić, aby nie popaść w powakacyjną chandrę? U mnie jedno , jak zwykle, sprawdza się: zapewnić sobie jak najwięcej zajęć. I wierzcie, o to akurat wcale nietrudno w mojej sytuacji . Bo gdy się ma w domu nastolatkę… ;)
– Mama, musimy jechać na zakupy. Jutro lub pojutrze. Nie mam co założyć na rozpoczęcie roku szkolnego.
Chwila! A te wszystkie białe bluzki, bluzeczki, których mnóstwo wisi w twej szafie??
– Ehh, Mama, nie pomyślałaś, że rosnę.
Niech to! Przed wakacjami były dobre! Dlaczego ona tak szybko rośnie, dlaczego ten cholerny czas tak szybko leci??
Przez pół dnia biegania po sklepach, mierzenia, wybrzydzania, kłótni, kupiłyśmy i białą bluzkę, i mnóstwo bardziej i mniej potrzebnych rzeczy. Nagle wypatrzyłam ją. Sukienkę.
– Mama, nie kupujmy tej sukienki. Jest taka droga, nie podoba mi się aż tak, a Ty po wakacjach nie masz przecież tyle forsy!
– cicho. Moja forsa ,czy jej brak. Chcę ci ją kupić, bo jest wyjątkowo elegancka i wyglądasz w niej pięknie. Poza tym jest uszyta tak, że będzie jakiś czas / hmm, może do przyszłych wakacji/ rosnąć z Tobą.
Sukienka faktycznie prześliczna, stoisko z odzieżą damską, rozmiar 36.
Odzież damska…Mój Boże!dlaczego Ona już jest taka duża?!
Dlatego…dlatego, co za różnica w końcu te parę groszy w te , czy wewte. Karty kredytowe są jednak genialnym wynalazkiem… ;)

Te żółte liście na jeziorach, te zakupy przed początkiem roku szkolnego, przypomniały mi o moich szkolnych latach. I nie tylko o zamierzchłych latach osiemdziesiątych, gdy byłam chudym patyczkiem z wielką blond czupryną a la punk i uczęszczałam do jednego z wrocławskich ogólniaków; przypomniałam sobie nagle o mojej stosunkowo niedawnej edukacji , gdy byłam już nie chudą panią w wieku / dość/ dojrzałym .
Zastanawiam się do dziś, czy na wszystkich kursach tak się dzieje, że dorosłym, zdawałoby się poważnym ludziom ,nagle zaczyna odbijać,czy to może ja mam jakieś wyjątkowe szczęście zwykle trafiać na luzaków i szaleńców? ;) Zawsze, ale to zawsze, gdy przyszło mi się uczyć, czy to w ogólniakach( nie mogłam zdecydować , czy mieszkać z Panią Matką czy Ojcem…) , czy na studiach , czy na wspomnianym kursie, trafiałam na nieprzeciętnie wesołe grupy. Niektórzy uważali, że to ja tworzę atmosferę luzu; pewnie było w tym trochę prawdy. Bo przecież..
bo przecież, gdy kilka lat temu w celu odświeżenia swej znajomości j.angielskiego zapisałam się na kurs tego języka, moja grupa była dziwnie cicha. Szkolny stres. Pojawiałam się tam później , niż inni. Po krótkim rekonesansie, określiłam skład: pan dyrektor, pani księgowa, pan student, pan przedsiębiorca prywatny, pani sekretarka, pani na urlopie wychowawczym itd. Mieszanka wybuchowa, nikt nikogo nie zna, kilkanaście wystraszonych( ale bardzo chcących!) osób.
Pani zarządziła:
dziś, aby rozluźnić się i poczuć jak za młodych lat ,najpierw posłuchamy, a potem zaśpiewamy. Ładną, bardzo prostą piosenkę.
Nie, nie, nie! Cichy jęk rozpaczy wydobył się z kilkunastu gardeł.
Nie wytrzymałam. Patrząc na lektorkę, z miną kretyna spytałam :
– przepraszam, solo będziemy śpiewać?
Grupa ryknęła śmiechem.
-Nie, nie solo Agnes, wszyscy razem, together!
– A, together to i ja mogę! .
Znów ryknęli.
Wszyscy zaśpiewaliśmy.
Nawet jakoś to wyszło..;)
Pewnego dnia, po kilku luźnych lekcjach , lektorka zadała nam / wszystkim/ z pozoru niewinne i proste ( oczywiście po angielsku) pytanie:
– dlaczego chcecie doskonalić swój angielski?
Nikt nie chciał odpowiedzieć. Czemu nikt nic nie mówi? Grzebią nagle w książkach, odwracają się. Cholera, stare pryki, a jak dzieci! Ehhh, dobra, trzeba zająć lektorkę, może uspokoją się.
Zgłosiłam się.
– chcę improve my English, ponieważ Im in love with one Scot.
Klasa zamarła, Pani na chwilę też. Nikt nie wiedział , czy mówię poważnie, czy to moja kolejna zabawa.
– Really???
– jak najbardziej really- miałam bardzo poważny głos. Starałam się tylko nie patrzeć na kolegów ;)
– Agnes, czy masz na myśli mężczyznę o imieniu Scott, czy Szkota?
– oczywiście , że Szkota!
– Ooo! Czy możesz nam opowiedzieć coś więcej o tym Agnes?
Mogę nie mogę, ale czegóż nie zrobi się pro publico bono! Grupa tylko na to czekała.
Bełkotałam coś romantycznie i bez większego sensu, ale chyba poprawnie po angielsku, bo po kwadransie uroczej rozmowy z Panią dostałam minus pięć :) Koledzy byli zachwyceni: nie będzie pytać, kawał lekcji zleciał! :)
Opuściłam / jak to ja/ kilka zajęć. Gdy pojawiłam się, moja grupa patrząc na mnie błagalnie zaszemrała:
– zrób coś, ona ostatnio za każdym razem pyta ” how are you feeling today” i mamy potem improwizować, uzasadniać, dlaczego ok lub nie ok! Zagadaj zrób coś!
Cholera, dorośli ludzie, a zachowują się jak nastoletni gówniarze! Nastoletni gówniarze…nagle przypomniał mi się ogólniak i to odwieczne:
” zagadaj , Ty potrafisz!” .
Potrafiłam. I to nie tylko , ale każdego nauczyciela.
Nauczycielka j. rosyjskiego była elegancką , starszą panią( tak moi Drodzy Młodzi Czytelnicy; w liceum uczyłam się również/ przede wszystkim j.rosyjskiego!) Nasza rusycystka miała niepospolitą urodę: otóż charakterystyczną cechą jej fizjonomii był, na tle jasnej twarzy i kruczoczarnych włosów , wyraźny, dość duży , orli nos. Dowcipni ludzie ,już przed nami nazwali ją „Ptica” :)
Lubiłam Pticę i lekcje j.rosyjskiego .
Jednak jako stary, zatwardziały wagarowicz i outsider, rzadko bywałam. Pomimo tego Ptica darzyła mnie ( jak i większość nauczycieli) dziwną i mimo moich ustawicznych wagarów , niezniszczalną sympatią.
Moja klasa była czujna. I sprytna. Gdy po kolejnych kilku dniach nieobecności pojawiłam się w szkole, usłyszałam błagalne:
– jutro sprawdzian z ruskiego. Zrób coś!!!
Cóż ja mogę wymyślić przez jeden dzień..?
A jednak. Jednak wymyśliłam.
– pani profesor, nie było mnie trochę w szkole. Ja wiem, że ma być dziś planowany sprawdzian ( czasem trzeba walnąć prosto z mostu;)) , ale mam prośbę w imieniu swoim i klasy: przełóżmy!
– ależ Agnieszko, przekładaliśmy już!
– ja wiem pani profesor, ale po pierwsze mieliśmy pełno zaliczeń, po drugie mnie nie było, a po trzecie…pani profesor, przyniosłam coś!
Wyciągnęłam z torby płyty. Wysocki.
– pani profesor, jest tu pewna piękna piosenka, której słuchałam kilka razy. Nie wiem, czy dobrze rozumiem tekst..czy możemy razem, tu, z klasą posłuchać? Myślę, że nie tylko ja, ale i klasa skorzysta…
Nie zapomnę tego, jak nasza Ptica drżącymi rękoma włączała płytę. Usiadłam w pierwszej ławce. Miała łzy w oczach; ja słuchając ballady” Лирическая ” , tradycyjnie miałam ścisk w gardle. Ale kto to widział, kto przejmował się! Rechotali z tyłu jak durnie.
Wściekłam się i po lekcji powiedziałam, że już nie będę nigdy ratować ich bezdusznych tyłków. Pośmiali się.
Ale i tak ratowałam. Zawsze.
Na studiach byłam / jak zwykle/ w grupie wariatów. Świetnie wpasowałabym się w nią, gdyby nie jedna , mała różnica między mną, a resztą: ja nie pozwałam sobie na zawalenie egzaminów. Moje realia mocno ograniczyły ulubiony mój luz- blues.(…)
Tak, czy inaczej , było wesoło. I jak niektórzy twierdzili, to wszystko dzięki mnie.
Bo cóż nie ratuje nas czasem przed zwariowaniem, jak nie poczucie humoru? A to , chyba od urodzenia, posiadam .;)
Pan Rysio był świeżo upieczonym małżonkiem. Lubiłam Rysia, choć grupa raczej nie przyjaźniła się z nim. Dobrze ułożony, zwykle w eleganckich garniturach, bogaty ojciec. Nigdy nie chodził z nami na piwo, zawsze śpieszył się albo do żony, albo do firmy.
Zauważyłam, że pan Rysio jest za pan brat z komputerem. A, że leży z angielskiego.. TO było mi „w to graj”. Przyda się !
Zaprosiłam pana Rysia na piwo i zawarłam z nim pakt: on pomoże mi na egzaminie z kompa, ja mu z anglika. A jeśli on zda lepiej, niż ja , stawia mi piwo.
Wyszło dobrze, a wyszłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie to, że zdążyłam podsunąć tylko połowę prawidłowych odpowiedzi Rysiowi. Lektorka była czujna i po błyskawicznym sprawdzeniu mego testu postawiła mi bdb, po czym…wyprosiła mnie z sali:)))
Mój egzamin z informatyki poszedł gorzej. Informatyk był wyjątkowo , mówiąc brzydko i nie po polsku : upierdliwy. Ale jakoś Rysio dał radę z tym naszym grypsem ;) .Zdałam :)
Najweselej jednak było, gdy pan Rysio, w ramach wdzięczności przyniósł mi super markowe piwo. Pamiętajcie , były to czasy, gdy naprawdę nie było w zasięgu ręki tego, co dziś.
Czekaliśmy / w liczbie około 100 osób/ na wykład z Prawa , gdy wparował do sali pan Rysio. Jak zawsze elegancki , pachnący. Siedziałam , jak zwykle, w drugiej ławce. I nagle stała się rzecz niepospolita: pan Rysio , na oczach wszystkich, począł stawiać na mojej ławce piwo. Piwo , za piwem.
-Dziękuję za angielski! Jest cztery minus!
Zanim zdążyłam zrewanżować się pięknym uśmiechem i głupim ” dziękuję, nie trzeba było „…
wszedł profesor! Wcześniej, niż zwykle, cholera!!
Głośno, przy wszystkich spytał:
– czy pani ma zamiar spożywać to podczas wykładu ?
Chyba zsunęłam się pod Ziemię…
Ale za to potem był fajny i luźny wykład. Pan profesor, co jakiś czas , nawiązywał do piwa…
Czy to dziwne, że zawsze lubiły mnie grupy?
;)))
Lubię ludzi. Nawet, gdy zachowują się jak durnie.
Na kursie( tym ostatnim) , pomimo wdzięcznych zabiegów lektorki, grupa czuła się wciąż niepewnie. Rozumiem to. W części. Ja też nie byłam wcale zadowolona z siebie, ani z mojego angielskiego. Jednak skoro już tu jestem, to chyba nie po to, aby chować się za tornistrem , bo ” się wstydzę”. Jasne, ja też niewiele umiem, znam tylko podstawowe zasady gramatyki i wybełkoczę kilka słów i zdań, ale skoro tu jestem…
Dobra, uczcie się ode mnie.Ale naprawdę ostatni raz robię za błazna!
– how are you feeling? – spytała pani całej grupy.
Cisza. Nieśmiałe ” ok, ok”
-Angie, how are you feeling?
Popatrzyłam, na grupę. Usłyszałam to, co zawsze:
Zrób coś, zajmij czymś „.
Wy cholerne, stare dupki! Ok, ok, zrobi się coś.
– Im feeling..not well – i przypomniały mi się słowa piosenki, którą ciągle nuciłam – ..I’m falling apart!
Chyba nie znali tego; tak, czy inaczej pani ( która z pewnością znała :)) przez chwilę nie odzywała się. Aż nagle:
– why??? Dlaczego, jak możesz tak tak mówić Agnes?? ( po angielsku, rzecz jasna). Wyjaśnij mi, proszę.
O shit!
Wyjaśnianie
trwało około pięciu minut. Następne pięć minut Pani wyjaśniała, że będąc w tak młodym wieku, nie można tak depresyjnie myśleć; następne pięć bełkotałam , że po pierwsze , Pani nie ma racji, a po drugie nie rozumiem połowy tego, co powiedziała. Itd.
Tak, czy inaczej, ponad pół lekcji minęło. I nawet mój mózg zakodował kilka nowych, ciekawych słówek! Dwie pieczenie na jednym ogniu, stary numer ;).
Potem patrzyłam w okno. Miałam spokój. Rozmyślałam o swoich sprawach. Bo faktycznie byłam w stanie ” falling apart”.
Tylko chwilowo. Przejściowo.
Cóż, neurotycy tak już mają;)

Za to moja klasa była szczęśliwa.

I często właśnie to bywa najważniejsze:)
*
Lubię lato i jesień, ale nie lubię stanów przejściowych.
Tylko…
czy czasem wszystko w naszym życiu nie jest jakimś stanem przejściowym…?
***

Pani Rózia, straszna piwnica, szafirki i róże*

Zawsze, gdy widzę szafirki, przypomina mi się…

20130505710

Mieszkaliśmy w zielonej, spokojnej dzielnicy Wrocławia. Nasz dom, szara, spora willa, był moim ukochanym miejscem na Ziemi.
Znałam wiele pięknych miejsc, każde letnie wakacje i ferie zimowe spędzaliśmy z Rodzicami w różnych kurortach, w bajecznych morskich i górskich okolicach; nic jednak nie było tak kochane, jak nasza stara willa z dużym, straszącym holem i jeszcze bardziej straszącą piwnicą. I tajemniczym Gabinetem Dziadka, gdzie ze ścian spoglądali na nas uwiecznieni na płótnach pędzlem różnych artystów, nasi przodkowie.
Gabinet Dziadka sąsiadował w Pokojem Fortepianowym. Pokoje dzieliła szklana, nieprzezroczysta ściana. W ścianie tej były takie same, szklane i nieprzezroczyste drzwi, przez które można było wejść z Pokoju Fortepianowego ( który w rzeczywistości był dużym salonem z pięknym czarnym fortepianem przy długich, białych zasłonach okiennych) do straszącego Gabinetu z portretami.
Pokój Dziadka był fascynujący nie tylko dlatego, że przodkowie z obrazów zerkali na nas, ani, że nie wolno nam było bez obecności starszych, zaglądać do księgozbiorów Dziadków; z Gabinetu można było wyjść przez podwójne, szklane drzwi do najcudowniejszego miejsca na świecie- do naszego ogrodu.
Droga do ogrodu wiodła też przez piwnicę, a raczej trzy piwnice, do których trzeba było zejść po krętych schodach. Najpierw trafialiśmy na przedsionek małej kotłowni, potem, gdy już przemknęliśmy obok starego pieca, był kolejny przedsionek trzech pomieszczeń: garażu, spiżarni i pralni. Do spiżarni nigdy nie chodziliśmy; było to zbyt ciemne i straszne miejsce.
Poza tym przez nią nie można było dojść do celu, czyli do naszego ogrodu. Drzwi od garażu były zamknięte przez Ojca na klucz i nigdy nie wchodziliśmy tam. Jedyną drogą do ogrodu , było przejście przez starą, nieużywaną od lat pralnię. Pralnia była bardzo dużym i dość jasnym pomieszczeniem; miała dwa zakratowane okienka, przez które, gdy wspięliśmy się na starą balię, widać było krzak bzu i irysy w ogrodzie. Wystarczyło już tylko zeskoczyć z balii, pokonać kilka schodków w górę, otworzyć zamknięte na duży klucz drzwi, pokonać kolejne kilka schodków i nagle byliśmy już pod starym ,wielkim orzechem w ogrodzie.
Często chodziliśmy przez piwnice do ogrodu.Ponieważ jednak przejście przez nie było zawsze wyprawą z dreszczem,
( szczególnie odkąd pewna starowinka opowiedziała nam o duchu złej kobiety wałęsającym się w podziemiach naszego domu) , najbardziej lubiliśmy schodzić do ogrodu z tarasu Dziadka Gabinetu. Mimo wszystko oczy przodków były mniej straszące, niż jakiś piwniczny duch!
Niestety ogromne , szklane drzwi tarasu otwierane były głównie w wolne dni, gdy Dziadek i Rodzice byli w domu.
Wtedy, w ciepłe, wiosenne i letnie dni, otwierano też szeroko okna salonu, a ja siedząc na schodkach do ogrodu, wsłuchiwałam się w dźwięki chopinowskich etiud, sonat, ballad i preludiów, z wielkim kunsztem wydobywanych z fortepianu przez mego Ojca. Patrzyłam wtedy na ogromny,wiekowy dąb, gdzie pląsały wiewiórki i wtórując Chopinowi, śpiewały ptaki. Nie myślałam wtedy ani o duchu z piwnicy, ani o złych rzeczach, wyczytanych po cichu w książkach Dziadków; myślałam o tym, ze świat może być naprawdę piękny.
(…)
Na co dzień opiekowały się nami dwie Babcie- jedna rodzona, druga siostra Mamy naszej Mamy, nasza Ciocio- Babcia. Byliśmy jednak tak pełni energii i niemal nie do upilnowania, kłóciliśmy się i biliśmy bez przerwy, że Babcie, wolały zamykać na klucz piękne, szklane drzwi salonu i Gabinetu Dziadka;) Pozostawała nam droga do ogrodu przez straszne piwnice.
Nic to, nic! ;) Ogród był najważniejszy!
Wielki, stary dąb rósł w ogrodzie sąsiadów. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie u nas. Marzyłam, by wspinać się na niego hen, hen wysoko , usiąść w jego potężnych konarach i choć raz zobaczyć z bliska wiewiórki i mieszkające tam ptaki:)
Dąb dawał ogromny cień na ogródek sąsiadów i częściowo zacieniał inne ogródki. Pisano petycje do władz, by wyciąć go. Na szczęście nigdy nikt nie wydał zgody. Chyba moje dziecięce łzy miały taką moc.
Kochałam to olbrzymie, stare drzewo. Sąsiedni ogród, przez nie był inny ,niż wszystkie. Nic nie mogło tam rosnąć, z wyjątkiem kilku owocowych drzew, krzewów porzeczek, irysów, róż i mnóstwa paproci.
Podziwiałam je i śnieżnobiałe konwalie, które wiosną nieśmiało wychylały swe kwiaty spod cienia dorodnych ,paprociowych pióropuszy. A te rosły coraz bardziej z dnia na dzień, budząc coraz większy mój zachwyt.Czasem, gdy w czerwcu Dziadek zakładał swój elegancki garnitur i szedł na koniaczek i brydża , chowałam głęboko pod poduszkę klucz od tarasu i w nocy, nie patrząc na ściany i oczy przodków, biegłam do ogrodu sprawdzić, czy nie ma czasem gdzieś pod dębem kwiatu paproci :)))
Przepadałam za starym dębem i ogrodem sąsiadów.
Nasz ogród był inny. Ponieważ było nas troje, Dziadkowie postanowili zrobić z ogrodu miejsce tylko dla nas.
Mieliśmy swoją huśtawkę- łódkę, w miejsce fontanny brodzik i swój własny, drewniany , mały domek, nazwany natychmiast
” Domkiem dla Lalek” . Dziadkowie zostawili tylko krzew bzu, trochę irysów i róż. Reszta- jabłoń, morela, śliwa, grusza i połacie trawnika, były dla nas. I jeszcze śliczny świerk, tuż obok Domku dla Lalek:)
Szaleliśmy w naszym ogrodzie, biliśmy się i godziliśmy i tak prawie bez przerwy. Prawie, bo..
Bo od wschodniej strony graniczył z nami pewien przepiękny ogród.
*

Pani Rózia
Pani Rózia była gospodynią w domu naszego sąsiada, pana docenta S., starszego, dystyngowanego pana. Pan doc.S. był wdowcem, jego dzieci,młodzi ludzie oddani nauce, szybko uciekły z PRL( u) . Podobno gdzieś daleko, za ocean.
Pan docent S. mieszkał sam w dużej willi i czasem tylko w ciepłe dni wychodził na taras pooddychać świeżym powietrzem i delektować się widokiem i zapachem róż. Róż, które od lat pieściła Pani Rózia.
W ogrodzie docenta S. nie było ani huśtawki, ani paproci, ani cudownego dębu. Słońce, słońce tańczyło wśród pięknych, ozdobnych traw, jasnych ścieżek i nawet gęstych gałęzi owocowych drzew. Była tam czereśnia, której gałęzie opadały na nasz Domek dla Lalek. W lipcu właziliśmy na dach domku i niczym pazerne stado szpaków wyżeraliśmy czereśnie;)
Ale najpiękniej było wczesną wiosną.
Gdy jabłoń i grusza budziły się z zimowego snu, a bez próbował zakwitać, u Pani Rózi , pod naszym płotem, pojawiały się różnokolorowe tulipany i cudnie pachnące, niebieskie kwiatuszki.
Uwielbiałam je. Szafirki. Zastanawiając się , czy to grzech , sięgałam małą rączką za ogrodzenie i zrywałam je.
Grzech? Zaniosę Babci, Ona wytłumaczy wszystko.
-nieładnie zrywać kwiatki z obcego ogródka!
– ale my mamy tylko róże i kilka irysów Babciu…
-nie mamy innych kwiatków, bo zdeptalibyście wszystkie. Nie wolno rwać z ogródka sąsiadów!
– a jeśli przez kratkę rosną już prawie u nas?
– to nic. Nie należy rwać!
Pamiętam Ją siedzącą w jasnym, wiklinowym, bujanym fotelu. Czytała nam Mickiewicza, Słowackiego , potem Sienkiewicza i Norwida i w końcu Witkacego. I wciąż powtarzała zasady pisowni w j. polskim. Czasem mieliśmy dość tej gramatyki i literatury ,ale Babcia i tak zawsze przemycała swoje ;)
( …)
Zerwałam dla Babci bukiet szafirków.I tulipana..tak przy okazji. Ale gdy powiedziałam, Babci, że spytałam Panią Rózię, czy
pozwoli mi zerwać dla mojej Babci kwiatków wiosennych zza płotu, bo my nie mamy
Babunia nie była zachwycona.
Ale w końcu uśmiała się :)
Latem ogródek Pani Rózi kwitł. Dosłownie.
Lubiłam patrzeć na ten ogród. Czasem, gdy budziłam się rano, przed wyjściem do szkoły, musiałam zerknąć na wschód. Tam, gdzie słońce budząc się , delikatnie dotykało różnokolorowych róż. Bo w ogrodzie Pani Rózi było sto róż.
Różowe, herbaciane, żółte, białe i czerwone. Tych najwięcej; ogrodowe, parkowe i pnące.A Pani Rózia co dzień rano przychodziła, by je podlać.
Nasze róże nigdy nie były tak piękne , choć też były dumne i pyszne, jak to róże.
Pani Rózi dorodne róże ozdabiały alejki w głębi ogrodu docenta S.
(Dlatego łatwiej było mi przynieść Babci czerwoną różę spod Salki Katechetycznej ;)
Wiem, że Babcia , mimo wszystko, cieszyła się. )
*
Ogródek Pani Rózi był dla mnie czymś niezwykłym. Choć kochałam całym sercem stary dąb, przy nim paprocie, nasz ogród i Domek dla Lalek, to słoneczny i różany ogródek Pani Rózi był miejscem cudownym.
*
Gdy odszedł docent S., pani Rózia wyjechała w swe rodzinne strony, chyba w centrum Polski. Podobno niedługo potem umarła.
Dawno temu opuściłam mój Rodzinny Dom. Z tym straszącym holem, piwnicą i Gabinetem Dziadka.
W starym domu mieszkają moi Bliscy.
Ale…
Dziś już nie ma róż Pani Rózi. W domu docenta S. jest jakaś znana kancelaria,
a ogród otoczony nowoczesną zeribą.
Wewnątrz ” bezkresna zieleń traw” .
Nie ma róż.
*
Może kiedyś dowiem się , gdzie śpi Pani Rózia i zaniosę jej róże.
Te ogrodowe, czerwone.
cdn.
z internetu

Chojnik

Dla Marysi:)

Często lubię wracać do miejsc, w których już byłam. I nie tylko dosłownie, fizycznie znów w nich być; lubię przenosić się w przeszłość i wracać wspomnieniami.
Kiedyś, dawno temu ( a może wcale niedawno? Przecież czas jest rzeczą względną ) , gdy byłam małą dziewczynką, zawsze w zimie jeździłam z Rodzicami i Rodzeństwem na ferie w góry.
Karkonosze są oddalone od Wrocławia zaledwie około 100 km. Dla mnie i mojego Rodzeństwa, wówczas kilkuletnich dzieci, wydawało się to olbrzymią odległością. Tym bardziej, że jeździliśmy zwykle pociągiem.
Jaka to była atrakcja! Ten stukot kół pociągu, te tunele i widoki ,najpierw nizin, potem pagórków i wreszcie gór! Zimy wtedy były prawie zawsze śnieżne i mroźne; jeśli jednak nawet u nas, w mieście była plucha, oczywiste było, że tu, w górach będzie śnieg.
A czego mogą bardziej chcieć zimą dzieci? Mieliśmy swoje ulubione śniegowe kombinezony– my( ja i siostra) jasne, nasz młodszy brat ciemny, granatowy. Ponieważ nasz dom wczasowy był położony na dość dużej górce, już w pociągu , tuż przed stacją docelową Mama zakładała nam te kombinezony. A my cieszyliśmy się, że zaraz będziemy w górach! :)
Mieszkaliśmy w Zachełmiu , w niedużym domu wczasowym, należącym do AE, w której pracował Ojciec. Wtedy istniały jeszcze tzw wczasy zakładowe. W naszej rodzinie podział był jasny: w lecie jeździmy nad morze z Mamy zakładu pracy, zimą w góry z Ojca uczelni.
Przepadaliśmy za Zachełmiem. Cudowne było wspinać się pod górkę do naszego domu wczasowego( choć Księżnej Matce mniej to podobało się ;) Świetne było też schodzenie ,dobre 200m. w dół ,do innego domu wczasowego na posiłki:)

LastScan my w Zachełmiu
Ale najcudowniejszym był dla nas widok z naszych okien na położony na przeciwległym wzgórzu zamek!
Wieczorami Ojciec zabierał nas na spacery na sankach po okolicy. Zaczepialiśmy swoje saneczki jedne o drugie, a On ciągnął ten mini- kulig. Niedaleko zaczynał się las i bardzo baliśmy się tam chodzić wieczorem, choć Ojciec zapewniał, że tam jest bezpiecznie.
Największym wyzwaniem dla nas jednak okazało się to, gdy Ojciec kiedyś oznajmił: idziemy dziś na Chojnik!
Chojnik- ten zamek, który widzieliśmy z naszych okien!
Między wzgórzem, na którym stał Chojnik , a tym, na którym był nasz dom wczasowy, rozciągała się rozległa dolina. Na szczęście tamtędy prowadził jeden ze szlaków turystycznych i wśród śnieżnych zasp była wydeptana ścieżka.
Szliśmy dziarsko przed siebie zdobywać zamkową górę. Ojciec uzbroił nas w wielkie kije, po to, by łatwiej było nam pokonywać trasę. Oczywiście, w swoim stylu, żartował, że to po to ” gdyby napadły nas wilki”. Był mistrzem tworzenia napięcia!
Wspinaliśmy się pod górę ; najpierw szybko i wesoło, potem z coraz większym trudem. Księżna była bardzo niezadowolona, że Ojciec wybrał najtrudniejszy szlak. Ciągle dąsała się:
-nie damy rady a dziećmi! Coś Ty wymyślił! Wróćmy!
– damy radę. Idźcie za mną!
Szliśmy za Ojcem posłusznie. Czasem brał na ręce naszego młodszego brata i niósł . Potem szli trzymając się mocno za ręce. Pani Matka zabezpieczała tyły – szła na końcu , asekurując mnie i moją siostrę.
Doszliśmy wreszcie pod sam Chojnik. Wyglądało to ,mniej więcej, tak:
Chojnik-329
Chojnik-338Chojnik-334

Mniej więcej, bo dziś, po tak wielu latach, nie jestem pewna, czy szliśmy akurat tamtędy ;)
Tak czy inaczej : widok był niemal identyczny:)
Aby wejść na sam Chojnik, trzeba było jeszcze pokonać oblodzone skały. Pomimo tego, że droga zabezpieczona była specjalnymi łańcuchami, Pani Matka i tak była wściekła:
-zabijemy się wszyscy! Co za idiotycznym pomysłem było iść tutaj tędy!
– damy radę- powtórzył Ojciec. Ja wejdę na górę, Ty mi podawaj dzieci. A wy-zwrócił się do nas- macie trzymać się z całych sił łańcuchów!
Wspólnymi siłami zdobyliśmy szczyt! I zamek.
A tam czekały nas niesamowite opowieści. Zapamiętałam jedną:
Dawno, dawno temu, pewien książę miał córkę. Na imię jej było Kunegunda. Była to panna piękna, lecz bardzo wyniosła. Obiecała sobie, że wyjdzie tylko za tego, który zimową porą, objedzie konno zamek. Było to niemożliwe i każdy ze starających się o jej rękę śmiałków, ginął w przepaściach.Aż znalazł się jeden, dzielny i odważny rycerz, który pokonał trudną drogę. Kunegunda zakochała się w nim, bo, prócz tego, że dzielnym, to pięknym młodzieńcem był. Rycerz jednak pokłonił się nisko Kunegundzie i odjechał w siną dal. Próżna panna , nie mogąc znieść upokorzenia, rzuciła się w przepaść.

Natomiast prawdziwa historia zamku wygląda tak:
Prawdopodobnie już w końcu XIII wieku istniał tu dwór myśliwski, wzniesiony przed 1292 rokiem przez księcia świdnicko jaworskiego Bolka I Surowego. W latach 1353-64 książę świdnicko jaworski Bolko II Mały wzniósł na szczycie murowaną warownię.
W 1364 r. oddał go w zastaw niejakiemu Thimo von Colitzowi, który ku zaskoczeniu księcia prędko sprzedał nabyte prawa do zamku królowi czeskiemu Karolowi IV Luksemburczykowi. Wprawdzie Karol IV pozostawał sojusznikiem księcia, zbyt silnym jednak, by śląski Piast pozwolił mu długo posiadać ważny strategicznie zamek. Dlatego też czym prędzej Chojnik z rąk Czecha wykupił i… w 1368 r. zmarł. Opiekę nad zamkiem przejęła wdowa po Bolku II – Agnieszka Habsburska, która w 1381 r. przekazała zamek rycerzowi Gotsche Schaffowi – od imienia którego ukuto potem nazwisko Schaffgotsch.
W rękach Schaffgotschów twierdza pozostawała nieprzerwanie aż do 1634 r. kiedy jednego z nich – Hansa Ulrycha II oskarżono o zdradę cesarza Fryderyka II, uwięziono i rok później ścięto, jego dobra zaś wraz z Chojnikiem, mocą cesarskiego rozkazu, skonfiskowano. Do Schaffgotschów zamek powrócił w 1648 r., nie zamieszkali w nim jednak, odnajdując swą siedzibę w Cieplicach. Do opieki nad twierdzą już wówczas chętnie odwiedzaną zwłaszcza przez kuracjuszy z pobliskich Cieplic, wyznaczyli śląskiego rytownika i szlifierza szkła Fryderyka Wintera. W 1675 r. podczas sierpniowej burzy piorun uderzył w zamek i spowodował wyniszczający go pożar. Od tego czasu Chojnik pozostaje malowniczą ruiną, jednym z najpopularniejszych celów karkonoskich wycieczek. W 1822 r. ulokowano w jego murach gospodę i bazę górskich przewodników, a ok. połowy wieku otwarto niewielkie, funkcjonujące do dziś schronisko turystyczne „Na Zamku Chojnik”.

http://www.karpacz.net/atrakcje-w-okolicy-39/zamek-chojnik-2313/historia-2314/

Chojnik, jaki pamiętam i znam:
Chojnik-344
Chojnik-347

Byłam na Chojniku wiele razy. Choć pamiętam go głównie z wypraw zimowych z Ojcem, byłam tam nie raz z moimi dziećmi.
Nigdy jednak nie wdrapywaliśmy się tam zimą;
Chojnik w zimie został już na zawsze „zarezerwowany”
dla mego Ojca:)

ruiny-zamku-chojnik-zima-27079
i dla nas wtedy.

Może jednak niedługo znów wejdę na zamkową górę zimą.
Skoro troje dzieci kiedyś dało radę..;)

LastScan MY

Źródła:
http://www.chojnik.pl/pl/zamek
http://www.karkonosze.ws/wezel_szlakow_zdjecie_5456.html