Jak światełka w ciemnościach..

Janka spotkałam kilka lat temu. Szukałam ludzi do pomocy w ogrodzie i ktoś wskazał mi jego. Stał z innymi pod sklepem, w ręku nieodłączna butelka piwa, przy ustach papieros. Starszy, siwy pan. Niewysoki i chudy.
Jak to chuchro da radę w ogródku? Tam potrzebni silni, do cięższych prac. Ale skoro polecają go..
Przyszedł w umówiony dzień o świcie. Zaprowadziłam go do ogrodu. Nie przeraził go pozimowy brud i bałagan. Przyjrzał się uważnie ziemi i szybko zdecydował co i gdzie będziemy siać i sadzić; wyjaśnił dlaczego jedne warzywa mogą być obok siebie, inne nie tolerują się. Zdziwiło mnie to . Wszystko. A najbardziej chyba to, że nie odezwałam się ani słowem, tylko spokojnie przytakiwałam Jankowi.
Postanowiłam nie wtrącać się i dając nowemu pracownikowi wolną rękę, uważnie obserwować go. Kilka dni próby. Zawsze przecież, jeśli się nie spisze, mogę znaleźć kogoś innego.
Tymczasem Janek nie tylko spisywał się, ale robił dużo więcej, niż ustaliśmy. Pracował gorliwie i sumiennie. Nie mógł wprawdzie wykonywać ciężkich prac, miał lekko uszkodzony kręgosłup, ale wszystkie drobne i czasochłonne prace szły mu znakomicie.
– Panie Janie, proszę nie pracować tyle, bo nie wypłacę się!- żartowałam czasem . Żartowałam, bo według naszej umowy, Janek dostawał tylko codziennie obiad, suchy prowiant na kolację, parę papierosów i jakiś grosz na piwo. Mieszkał z trzema innymi pijakami i ze względu na jego bezpieczeństwo, płaciłam mu co dzień niewiele. Gdyby dostał naraz większe pieniądze, koledzy natychmiast zaopiekowaliby się nim i jego wypłatą.
– Pani Agnieszko. Pomyślałem, że miło będzie, jeśli będzie pani mówić mi po imieniu. Wszyscy mówią mi po imieniu. A pani jest w wieku mojej córki i mógłbym też  pani mówić na ty.
Zaskoczył mnie trochę. Zdążyłam jednak na tyle polubić i przede wszystkim docenić go, że zgodziłam się. Bawiło mnie to. Mnie jak mnie; mój Brat pękał ze śmiechu, że ” mam nowego kolegę”
Nowy kolega czekał co dzień o wpół do siódmej rano pod domem i gdy biegłam do pracy, zatrzymywał mnie oczekując dyspozycji. Czasem denerwowało mnie to , bo przychodził często bez uprzedzenia i wcześniejszej umowy. Gdy jednak patrzyłam na tę chudą postać w staromodnej czapeczce, cała złość przechodziła mi w mig.
Pewnego dnia spytałam go
– Jasiu, powiedz Ty mi, skąd ty tyle wiesz o ogrodach?
– To Ty nie wiesz, że kiedyś skończyłem technikum rolnicze? Haha, zacząłem nawet studia w tym kierunku. A potem rzuciłem, ożeniłem się i pracowałem przy szklarniach u doktora Kowalskiego.
Skąd miałam niby wiedzieć? Cała moja wiedza na temat życia poza zamkiem, ograniczała się od lat, do kilku najważniejszych informacji o moich przyjaciołach. Nic poza tym. Cóż mnie interesuje życie obcych ludzi? Jeśli ktoś chce, sam mi opowiada; wszystkie inne wieści wchodzą jednym, wychodzą moim drugim uchem.
Szczerze polubiłam Jasia. Z wzajemnością.
– wiesz Aga, będziesz mieć najpiękniejszy ogródek ze wszystkich! Obiecuję Ci!
Faktycznie ogród piękniał z każdym dniem. Popołudniami , po powrocie z pracy szłam do ogródka i pracowałam z Jankiem.
Minęła wiosna, lato, przyszła jesień i czas zbiorów. Dzięki Jankowi były naprawdę obfite.
Następnego roku znów pracowaliśmy w ogrodzie z Jankiem. Nie musiałam go szukać; zameldował się u mych drzwi w pierwszy dzień wiosny. Tak się stało,że dopadły mnie różne większe i mniejsze choroby i niedomagania; zostawiłam w pełnym zaufaniu ogród Jankowi.
Pilnował nie tylko ogrodu, ale całego obejścia. Niestety coraz więcej pił. Zabroniłam mu przychodzić po spożyciu alkoholu. Po kilku dniach wrócił. Trzeźwy.
Potem znów to samo. I tak całe lato i jesień.
Nastały pierwsze chłody, spadł pierwszy śnieg. Przyszedł kiedyś zmarznięty, chudszy niż zwykle. Wynędzniały
– Agnieszka, muszę się leczyć. Pomóż mi.
Już dawno powinien się leczyć.
– Jasiu, załatwię ci, pogadam z kim trzeba, ale czy to nie jest tylko twoja fanaberia? Wrócisz do chlania. Jak zawsze. Wszyscy wracacie. Pamiętasz mojego ex męża? Wiesz ile razy mu załatwiałam leczenie?
-nie wrócę. Obiecuję.
Ehhh. Nikła szansa. Ale zawsze szansa.
Następnego dnia spotkałam Janka .Kompletnie pijanego,pod sklepem. Dobrze, ze nie zdążyłam jeszcze nic załatwić..
W połowie grudnia zjawił się znów. Było wyjątkowo mroźno.
-muszę iść do szpitala. Nie mieszkam już w tym domku. Mieszkam w altance. Tam jest tylko 0 stopni.
Wraz z Panią mą Matką ulokowałyśmy Janka na oddziale odwykowym. Nie trzeba była nawet specjalnych znajomości; był w takim stanie, że chyba każdy szpital przyjąłby go. Jedno, co udało się po cichu uzgodnić z lekarzem, to pobyt Jasia tam do marca.
Aż się ociepli.
Zbliżał się wieczór wigilijny 2011r. Wszystko już przygotowane, choinka pięknie przystrojona, pod nią mnóstwo kolorowych pudełek z prezentami. Dzieci liczyły nakrycia( musi przecież być jedno więcej:) . Wszyscy niecierpliwie wyglądali pierwszej gwiazdki, gdy szybko spakowałam do wiklinowego kosza słój z barszczem z uszkami, śledzie,sałatki, ciasta.
Oznajmiłam Rodzinie, że zaczniemy za niecałą godzinę. Musiałam jechać do szpitala.
Młoda, nowa pielęgniarka popatrzyła na mnie niepewnie:
– czy pani jest kimś z rodziny pana Jana?
Po sekundzie zastanowienia odparłam:
– tak, z dalekiej rodziny.
Gdy weszłam do pokoju Jasia, jego współlokator budził go:
Jasiu, wstawaj, córka przyjechała
Janek spojrzał na mnie stojącą nad nim z opłatkiem w ręku i rozpłakał się.
-to nie córka- zwrócił się do kolegi- to więcej niż córka. Moja córka i syn nie zadzwonili nawet do mnie.Nie chcą mnie od dawna znać. Wstydzą się pijaka…
Płakał, a mi cholernie trudno było powstrzymać wzruszenie.
– weź to. To moja karta do bankomatu. Wyciągnij mi proszę parę groszy. Będę mieć na fajki.
– To ty masz kartę Jasiu! Kurcze, nowoczesny jesteś!- próbowałam rozweselić jego. I siebie.
– ano mam! Ty myślisz, że jak ja stary i pijak, to zacofany jaki! Mam, przychodzi moja renicna , a nie powinienem, nie mogę mieć gotówki. Wiesz, oni, koledzy. Weź tę kartę, weź sobie 50..albo nie, 100 zł i może kup sobie prezent. Ode mnie na Gwiazdkę!
– nawet  nie ma mowy ! Jasiu, nie chcę prezentów! Chcę, abyś przestał pić. To będzie prezent. Zresztą patrz: po zimie nadejdzie wiosna, trzeba pracować w ogródku! Ty mi pomożesz w ogrodzie, a ja ci ugotuję znów obiad. I zapakuję do domu kolację:)
-wiesz … nigdy nikt nie był tak dobry dla mnie
Dobry? Przecież nic wielkiego nie zrobiłam, to przecież normalne! Naturalne. Ludzkie w końcu.
Przytulił mnie i tak długą chwilę trwaliśmy.
Całą zimę odwiedzałam Jasia w szpitalu. Przywoziłam mu jedzenie i cukierki miętowe.
W marcu wyszedł. Zameldował się u mnie.
Pracował sumiennie dwa, może trzy tygodnie.
Potem dowiedziałam się, że wrócił do kolegów.
Późną wiosną, gdy zakwitły nasze pnące róże, zmarł.
*
Kilka dni temu podczas wieczerzy wigilijnej patrzyłam na jedno puste nakrycie na stole..
Mijający rok odebrał mi wielu ludzi, których lubiłam, kochałam. To był zły rok.
Jedyne miłe chwile i zdarzenia, to te, gdy poznałam kilka mądrych, wspaniałych kobiet i wielu uroczych przyjaciół mych latorośli .Gdy odnalazłam moją najdroższą Basię i kiedy nadeszło cudowne, choć bezśnieżne Boże Narodzenie. I gdy mój Ojciec znów zagrał pięknie na fortepianie kolędy.
Te chwile, jak światełka w ciemnościach, prowadzą mnie jakąś ,może nieuzasadnioną nadzieją
w Nowy Rok.

Reklamy

*** Christmas Time ***

Gdy mieszka się w Domu Rodzinnym z Matką swą rodzoną, święta muszą być obfite. Tak w pożywienie, jak i gości.Do rodzinnego domu przecież ściągają wszyscy, z różnych zakątków świata .
Trudno powiedzieć teraz, co łatwiej dziś zliczyć :gości czy ilość potraw; po raz pierwszy od kilkunastu dni mam chwilę, by usiąść spokojnie, odsapnąć i zrelaksować się słuchając muzyki. Młodzi (moi polscy młodzi i ich włoscy goście na wycieczce, ufff! ) ;)
Opowiem Wam o moich świętach.
Mój dom rodzinny( drugi dom rodzinny; pierwszy mieści się we Wrocławiu, pisałam już o tym) , mój znany Wam zamek ,a konkretnie komnaty w nim, mają 3m.40cm wysokości. Wysokie pokoje, więc i choinka nie może być mała.
Otóż maleństwo ma około 3,20. Oto ono:
Zdjęcie2856

Uwielbiam gęste drzewka świąteczne, przystrojone nie zanadto kolorowo, ale z ogromną ilością maleńkich światełek. Wygląda to tak delikatnie i pięknie. Zdjęcia są zawsze tylko namiastką tego, co można zobaczyć na żywo, gdy się wszystko subtelnie mieni zmieniającymi się powoli kolorami.
Od kilku lat już dzieło ubrania naszej maleńkiej choinki, spoczywa w rękach mych latorośli. Spisują się doskonale, tym bardziej, że jest to jeden z ich nielicznych obowiązków. Ja, choć uwielbiałam ubierać choinki, od dawna nie mam na to zwyczajnie czasu.
Nie mam czasu, bo przygotowuję:
barszcz z uszkami( uszka z grzybami, uszka z mięsem, uszka ze szpinakiem) , kapustę z grzybami, śledzie w śmietanie, śledzie na ostro, dwa rodzaje warzywnych sałatek, kompot z suszu,pasztet z suszonych grzybów,sernik, makowiec , ciasto czekoladowe( lub piernik)
Ryby, czyli karpia, szczupaka i amura przyrządza zwykle mój szanowny Brat; natomiast Pani Matka / której praktycznie prawie w domu nie ma/ specjalizuje się w sporządzaniu karpia w galarecie.
Na święta piekę:
karkówkę w dużej ilości czosnku, boczek w majeranku, roladę z boczku z papryką, piersi kurczaka w oliwie i ziołach prowansalskich. Bigos przygotowuję wcześniej; to jedno z nielicznych dań, któremu dobrze robi zmrożenie.
ufff…
Mniej więcej prezentuje się to tak( mniej więcej, bo wszystkiego nie da się na raz wnieść na stół ;))

Zdjęcie2788

Zdjęcie2790

Od dwóch lat , za sprawą mego Pierworodnego, który czuje się wyraźnie Obywatelem Świata , gościmy w święta lub okresie świąteczno- noworocznym różnych ludzi zza granicy. Nikt z moich młodych , zagranicznych przyjaciół nie może pojąć, że niemal wszystkie potrawy przygotowałam sama. Bo ich ” Mums” albo zamawiają gotowe, albo kupują półprodukty. Tłumaczę tym Młodym, że u nas,w Poland to naturalne, że niemal wszystkie kobiety tyle gotują i tak wyprawiają święta . To i tak dla nich ” amazing” ;)
*
Ponieważ w tym roku byłam chyba niespotykanie grzeczna, Mikołaj był wyjątkowo hojny. Taki malutki, w kolorze kości słoniowej prezent otrzymałam:

Zdjęcie2785

A to nie dodatek do prezentu; to moja Diana, siostra Milorda. Jest ciekawska, zawsze dokładnie sprawdza wszystko nowe. A jak jej już się spodoba..Prawda, że prezentuje się na jasnym tle nieźle ..? ;)
Zdjęcie2787
Mikołaj bardzo kocha zwierzęta i na moje pytanie: co będzie, gdy Dianeczka zechce ostrzyc pazurki o prezent, odpowiedział:
no trudno. To ( prezent) przecież tylko rzecz martwa, a to ( Diana) w końcu kot !
Kot. Lub pies. Jedno i drugie ( trzecie, czwarte, piąte) potrafi władować się nieproszone do łóżka gościom. Tym z Kanady, Niemiec, Irlandii lub Włoch również.
*
Jak dobrze, że do zamku zjeżdżają tylko dobrzy, rodzinni i ciepli ludzie!I to wcale nieważne skąd. Ludzie wolni, wolni od nienawiści , zawiści i ksenofobii, ludzie otwarci, ludzie bez skrajnych poglądów i idei, ludzie wyznający tolerancję i znajdujący w sobie radość życia.I to co łączy tu wszystkich najbardziej: człowieczeństwo.W każdym calu.
*
Z moimi uroczymi gośćmi zwiedziłam /między innymi , znów /Uniwersytet Wrocławski.
Aula Leopoldina jak zwykle robi niesamowite wrażenie; podzielę się nim z Wami niebawem.
Obiecuję Wszystkich odwiedzić przed Nowym Rokiem!
Moi Młodzi niedługo wracają z Krakowa, a ja muszę znów jutro jechać .
Kolęda, hej kolęda! ;)

Teraz napawam się pięknem tego świątecznego czasu i jedynym spokojnym wieczorem :)
Zdjęcie2860

WESOŁYCH ŚWIĄT!

swieta1

WSZYSTKIM MOIM ZNAJOMYM, MOIM GOŚCIOM I CZYTELNIKOM MOJEGO DIARY

WESOŁYCH ŚWIĄT!

NA ZACHODZIE BEZ Z ZMIAN
czyli jak co roku ,w święta plucha. Dlatego może :

ChomikImage.aspx
***
WESOŁYCH, ZDROWYCH ŚWIĄT!!!

„Let the sky fall ”

Pogrążę się teraz całkiem, ale przyznaję publicznie: byłam na ostatnim Bondzie! :)
Gdzieś słyszałam, ze ludzie dzielą się na miłośników Bonda i tych, co mają go– przepraszam- w dupie .
Tak się składa, że moja familia zdecydowanie należy do tych pierwszych. Profesor , z racji miliona obowiązków, nie mógł akurat iść z nami do kina, ale obiecał solennie, że obejrzy ;)
Był brzydki, listopadowy dzień, akurat w okolicach Zaduszek, gdy mój Big Brother wpadł do mnie i radośnie krzyknął:
– jedziemy jutro na Bonda! Załatwiłem nawet dobre miejsca w kinie! Stawiam wszystkim !
– jutro? Ale czy to wypada tak teraz? W okolicach tych Zaduszek?
– a tam, znów przesadzasz! Ty wiesz, jak trudno było o bilety? Nie chcesz, to nie jedź. Zawsze robisz i tak, jak chcesz.
Ale mądry! Gówniarz, cholera jasna, młodsze to ode mnie, a skacze!
– No dobra. Może pojadę, jak już stawiasz
Nie uśmiechał mi się wyjazd do kina. Nawet z Bratem, i dziećmi. Nawet na Bonda. Nie ma co się oszukiwać; rozwydrzyłam się. Pani Matka posiada wielki telewizor( nie pytajcie ile cali, albowiem tępam w tej materii totalnie) , a Brat, który mieszka w pobliżu ma całe full wypas kino domowe , gdzie raz na jakiś czas serwuje nam warte uwagi nowości.
– weź się rusz i pojedziemy wreszcie do kina. Postawię Ci nawet żarcie!- Brat wkurzał mnie z każdym słowem bardziej – no lubisz Bonda przecież!
Ano lubię. To się żem zmobilizowała, wyskoczyła z domowego dresu , odziała w suknię i palto i wyruszyła.
W kinie tłumy. To mogłam zrozumieć; natomiast tego, że moje latorośle biorą po potężnym kubku coli i potężnej porcji popcornu, przechodziło moje wszelkie rozumienie rzeczywistości.
– mama, co chcesz do kina? Lody? popcorn? A może ciasteczka?
– nic, cholera, nic! Ewentualnie mały sok pomarańczowy!
– ejj mama, ejj mama…Ty taka staromodna
***
-Mama, Ty na filmie ciągle śmiałaś się!
– nie ciągle, a tylko, gdy było coś fajnego!
-a ciebie to chyba większość bawiła!
To prawda.
Nie będę pisać teraz o ostatnim Bondzie ; to będzie kiedyś ( jeśli Peonia mnie nie zabije! ) na pewno na Kinomanowcach .
Jest coś, co naprawdę mnie urzekło. I to niezależnie od filmu. Coś, co słyszałam już dużo wcześniej.
Piosenka. Według mnie, może nawet Oscarowa ( rzadko myliłam się ,swym cholernie wrażliwym słuchem, jeśli chodzi o tzw przeboje )
Oscar, oscarowy, oscarowa,
dziś , jak wiemy od lat, nie oznacza już koniecznie naprawdę : DOBRE
Ale ta piosenka jest dobra.
Posłuchajcie Adele :

* Kołysanka dla przyjaciół *

Po pierwsze: proszę mych( prawdziwych, tych kilku) Przyjaciół, by nie podsyłali mi już linków do tekstów, gdzie ktoś szepcze o mnie.
Mówiąc wprost: mam hmm gdzieś rozmowy o mnie w , powiedzmy, kuluarach .
To przestrzeń wirtualna, świat blogów, świat pewnego rodzaju ekspresji, gdzie dla mnie anormalnym jest ocenianie przez innych np czyjegoś kunsztu piśmienniczego lub talentu humanistycznego. Tak samo jak i anormalne jest wchodzenie w jakieś towarzystwa lub, nie – uchowaj Boże!- walczące bandy, tudzież bojówki wszelkiej maści!
Pisałam ( i nadal piszę) wiele w swym życiu i nie mam najmniejszej potrzeby tutaj, w internecie wyliczać swych osiągnięć i pysznić się tu, na blogu swymi sukcesami , nazwijmy to: literackimi.
Jeśli kogoś pali ciekawość, uchylę rąbka tajemnicy: piszę nadal. Z powodzeniem:)
Dojdźmy do sedna; nie jestem tutaj, by zbierać laury. Jestem tu, by odreagować czasem stres; jestem tu po to, by poznać pokrewne i przyjazne dusze.
Piszę tutaj o swym dniu powszednim lub raczej spisuję , według mnie śmieszne lub ciekawe wydarzenia z mej codzienności.
Stąd nazwa tego bloga: DIARY :) Wyrzucanie pewnych emocji. I przeżyć.
Żeby było już całkiem jasne:
nie potrzeba mi ani pana K. ani pani S. ani panów i pań X., Y, Z. do mej blogowej egzystencji.

Bożżże, że zarwałam noc, aby to wszystkim uświadomić! Pewnie i tak do maniaków to nie dotrze…ehh….
Znając jednak już niektórych w sieci, wyciągnę znów ten stary, powiedzmy niszowy utwór, i uznając , że retoryka tegoż będzie jedyną zrozumiałą dla nich, wrzucę tutaj.
Ze specjalną EkStra dedykacją , w tych kilku strofach o pani B.( cóż za różnica „b” czy ” d”? ;)),
dla cudownej, genialnej D. oraz jej wykształconych, nieprzeciętnych, ciepłych, szczerych i w pełni oddanych przyjaciół:
Mój ulubiony polski wieszcz i bard ostatnich lat ; mój ukochany poeta
( jeden z pseudonimów Szakal; ładny, prawda..? ;) )
w swej najpiękniejszej pieśni pt.

” Kołysanka dla Przyjaciół”

A teraz pozwolę się wessać realowi. Tam też coś piszę. Może podeślę do sprawdzenia mej ulubionej pani D.Oczywiście inkognito.upss, się pisze incognito , ale żem znowusz wioche odwaliła !
;))))))))))))

Łapią stare ;)

Uwielbiam jeździć samochodem. Zdecydowanie i szybko; niektórzy mówią, że nawet za szybko . Lubię jeździć moimi znajomymi, bocznymi szosami w cichych okolicach, gdzie w niektóre dni można zapomnieć, że w ogóle istnieją inni użytkownicy dróg . Wokół lasy, pola, przestrzeń. Muzyka, prędkość i ja. Czasem trafi się przypadkiem na szosie inny samochód( lub nawet ciąg samochodów;) ,ale to rzadkość. I dobra okazja, by jeszcze mocniej nacisnąć gaz;)
Oderwanie, emocje, skok adrenaliny; ubóstwiam to. Zawsze,
o każdej porze roku—- z wyjątkiem zimy. Kłóci się to trochę z moim umiłowaniem śnieżnej, białej pory; przecież ciągle gadam, jak to pięknie i bajecznie, gdy skrzy w słońcu śnieg, a nocą stare świerki zdają się smacznie spać pod śnieżną pierzynką. Pięknie, ale niestety nie za kierownicą. Bo jak wycisnąć 160 km/ godz gdy jezdnia istnym lodowiskiem? Nawet 50km czasem nie da się osiągnąć, cóż dopiero mówić o normalnej prędkości!?
W związku z powyższym samochód i zima wykluczają się. W moim przypadku wykluczają się.
Niestety sytuacja czasem zmusza koleżankę Angie to odpalenia swej nieśmiertelnej rakiety rocznik 92 i pokonania nią większych i mniejszych odległości w celu załatwienia różnych , ważnych spraw. A taką jest np odebranie Pierworodnego Szczęścia ze stacji kolejowej.
Stacja Malczyce oddalona jest od zamku dokładnie 12 km. Dwanaście kilometrów, z czego połowa drogi wiedzie przez dzikie, podmokłe łąki i nadodrzańskie lasy.
*
Pewnej zimy…
Po sprawdzeniu warunków drogowych, stopnia zaśnieżenia i oblodzenia nawierzchni, z niedużym zapasem czasu, Angie wyruszyła w drogę. Miejscowość nasza wydawała się już zasypiać; było dobrze po 22giej. W zimie rzadko wieczorem uświadczysz tu rozbawionych grup młodzieży, które latem czasem wałęsają się po uliczkach i parkach aż po świt. W zimie jest tu cicho, tylko dymy z kominów białych domków i blask ulicznych latarni przypominają o tym, że to zamieszkałe miasteczko .
Gdy ostrożnie przejechałam kilkaset metrów i upewniłam się, że szosa jest dość  sucha, przyśpieszyłam. Od razu lepiej! Włączyłam głośniej muzykę i gdy tak w ogólnej radości, podśpiewując sobie mijałam pustkowie między jedną , a drugą częścią mej miejscowości, zobaczyłam we mgle jakiś czerwony znaczek i postać, która nim wymachiwała.
Policja! Cholera jasna, tak rzadko tu stoją!
– Dobry wieczór
Ja im dam dobry wieczór! Ok, zaczynamy ulubioną grę w durnia:
– Dobry wieczór panom! Czemu zawdzięczam to miłe spotkanie z panami tutaj?
– Kontrola drogowa.
– ach tak! To znaczy, że panowie pewnie chcą sprawdzić, czy posiadam prawo jazdy oraz dowód rejestracyjny. Proszę bardzo, oto dokumenty.
– taaak- powiedział powoli młody, przystojny stróż prawa– dokumenty u pani w porządku. Domyślam się, że reszta również?
– tzn czy pytanie dotyczy samochodu, czy mnie? ;)))
– hahaha, nie śmiałbym pytać o szczegóły dotyczące pani; oczywiście miałem na myśli samochód.
– oczywiście, że w porządku. Gdzież mogłabym w zimie udać się w drogę samochodem nie w porządku!
– taaak.Pani Agnieszko, czy wie pani, do ilu jest tu ograniczenie prędkości?
– ha! Wiem: do 40stu
– to dlaczego, proszę powiedzieć mi, mknęliśmy 80 km/godzinę?
mknęliśmy? Wiecie panowie..troszkę przyśpieszyłam, bo jadę właśnie na stację kolejową po synka. Śpieszę się, nie będę oszukiwać Was przecież..mój synek już tam czeka i marznie!
– aaa, rozumiem. Synek czeka.
– tak, mój synek( a co ich obchodzi, że synek, maleństwo skończyło 22 lata? I tak synek; mój synek! ;)
– no to jak dziecko czeka, proszę jechać dalej. Tylko trochę zwolnić, bo tam, za zakrętem jeden już dziś leżał.
;)))
Dwa dni potem znów Angie musiała jechać. Tym razem dużo dalej, do znajomego weterynarza ,w sprawie szczepienia kotów. A konkretnie dwóch kotek( Milord jeździ zwykle osobno i był szczepiony wcześniej) .
W wyprawie towarzyszyła mi Mała Wiedźma. Zapakowałyśmy kotki do specjalnego , wiklinowego kosza do przewozu zwierzaków. Obiecałam Małej W. jechać powoli i ostrożnie. Pomimo tego, że drogi były odśnieżone i suche  i korciło, by docisnąć troszkę gaz,udało mi się dotrzymać jej słowa.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w drodze powrotnej zobaczyłam na jezdni postać machającą lizakiem .
– Mama, policja!
– no tak, fuuuck, widzę!
– to omiń ich, mama, nie zatrzymuj się, przecież i tak chcesz od dawna siku!
– no jak mogę nie zatrzymać się, dziecko! Jak stanę, to ani słowa, bo będę mówić rzeczy głupie! I nie rób tej miny struchlałej myszy polnej, jestem też wściekła, że akurat nas zatrzymują. A teraz ani słowa, cisza!
– dzień dobry, kontrola drogowa, poproszę dokumenty
– Witam panów serdecznie. Proszę, oto moje dokumenty. Mam tylko jedno, ważne pytanie: czy to mój samochód, czy moja skromna , urocza osoba sprawia, że w ciągu dwóch dni, znów kontrolujecie mnie?
– w ciągu dwóch dni?
– tak, przedwczoraj wasi koledzy mnie zatrzymali. Sprawdzili wóz, dokumenty i puścili wolno.
– na pewno? Ale jak już mamy panią, to zadamy kilka pytań.
Ja im dam kilka pytań! Mała Wiedźma przerażona( swoją drogą muszę oduczyć ją tego nieuzasadnionego strachu przed policją! ) , koty żałośnie miauczą w głos! A ja muszę, muszę do..domu! ;)
– To ja może już odpowiem: moja córka zapięta pasem, w koszyku małe kotki. Kosz zabezpieczony. Gaśnica, koło zapasowe, trójkąt jest. Proszę bardzo, płyny uzupełnione( chyba tak..? ) z tyłu, w skrzynce na wszelki wypadek olej, płyn do chłodnicy i do wycieraczek. Trzy ściereczki i nawet płyn do szyb. Poza tym panowie: mój Brat nie puściłby mnie w drogę, gdyby samochód nie był w stu procentach sprawdzony i przygotowany! Dokumenty też chyba od przedwczoraj nie zdezaktualizowały się.
– dobrze, bardzo dobrze! A koło zapasowe całe?
Pokazałabym im, ale ..zapomniałam jak otwiera się tę cholerną klapę, pod którą ono leży. Poza tym..czy Brat nie brał tego koła do jakiejś naprawy?? Jasny gwint! No nic, gramy dalej:
-Jak może nie być koła zapasowego?! Oczywiście, że jest, tam , z tyłu / uśmiech debila/ – Kotki wracają od weterynarza, są osłabione i niespokojne. Słyszycie panowie, jak żałośnie miauczą? Czy mogę już jechać? / uśmiech debila nr 2/
– oczywiście. Rzadko kto jest tak dobrze przygotowany do drogi, jak pani! Szerokiej drogi pani Agnieszko!

***

Wieczorem Angie zdawała raport Bratu:
Wiesz, w ciągu dwóch dni mnie chapnęli do kontroli drogowej! Wściekli się, czy co? Tyle lat już jeżdżę i dopiero teraz, nagle zatrzymują mnie! Dobrze, ze przygotowałeś mi auto!
– nie do końca. Nie wiem jak z tym Twoim kołem zapasowym
– hmm, jak to nie wiesz? Aaa, nieważne zresztą. Czemu sterczą wszędzie ostatnio?
– Podobno robią jakąś łapankę, bo ostatnio było wiele kradzieży sprzętów z okolicznych garaży- spokojnie odparł Brat
– No dobra, ale dlaczego zatrzymali akurat mnie??
– wiesz,staruchy są podejrzane i dlatego łapią stare

– jeśli miałeś na myśli mnie…
– hehe, no dobra; samochód. Też.
:)))

Boeuf Stroganow lub Strogonow w Zamku ;)

Ponieważ ostatnio byłam u Wg na fasolce po bretońsku, rosołku z kluseczkami, żeberkach itd,

http://szapiski.wordpress.com/2012/12/13/rosol-z-kluseczkami-i-zeberka/comment-page-1/#comment-819,

nie dość, że najadłam się za wszystkie czasy pysznościami, to jeszcze uświadomiłam sobie, jak bardzo kulinarnie zaniedbałam swój blog !Ostatni kulinarny wpis był chyba we wrześniu! Skandal, stracę zaraz image tej

gotującej chwalipięty ;) Opuściłam się strasznie, tym bardziej, że obiecałam Justynie podać jakiś przepis!

Specjalnie dla Justyny:

STROGONOW

Zdjęcie2743

Boeuf Stroganow (nazwa od bœuf – franc. „wołowina” i nazwiska rosyjskiego dyplomaty Stroganowa) – popularne danie, w Polsce nazywane Strogonow – poniekąd błędnie z racji oryginalnego nazewnictwa, ale tak jak w innych krajach świata, u nas przyjęła się nazwa, która funkcjonuje w gastronomii.

Nazwa potrawy pochodzi od nazwiska hrabiego Pawła Stroganowa, działającego w XIX wieku dyplomaty rosyjskiego. Potrawę miał wykonać po raz pierwszy francuski kucharz Carême, który był od 1815 nadwornym kucharzem cesarza Aleksandra I.

Oryginalny przepis mówi, że

Jest to polędwica krajana w długie i wąskie paski, smażona z cebulą i pieczarkami, według niektórych przepisów także z dodatkiem ogórków kiszonych i gotowana z mąką, przecierem pomidorowym, pieprzem i solą

Dziś jest mnóstwo wersji tej potrawy. Można dodawać paprykę, fasolkę szparagową; wszystko zależy od tego, jak sycący ma być nasz Strogonow. Oraz jaką funkcję ma pełnić; jeśli ma być jedną z potraw na hucznym przyjęciu, niech lepiej będzie light; im mniej dodatków do mięsa, tym lepiej.

Natomiast jeśli ma być tzw daniem jednogarnkowym / dwa w jednym/ , powinien składać się z możliwie dużej ilości składników.

W moim zamku popularne jest wersja druga, czyli ta mocno sycąca.

Tak a propos zamku; dobiegły mnie słuchy, że ktoś używa nazwy „zamek” w odniesieniu do swego domostwa. Toszzz to nie fair, to nie dość, że profanacja zamku, to jeszcze kradzież mojego pomysłu. Gdybym miała siłę i czas
( lub odwrotnie) weszłabym z pewnością na ścieżkę wojenną ze złodziejem. Ale , że mam kilka ważniejszych spraw w życiu, niż chandryczenie się z jakimiś fantastami, wielkodusznie odpuszczam temu, co uważa, że ma zamek. I sobie;) W końcu w swej pracy spotykam takich, którzy uważają, że są prezydentami USA lub Terminatorami. I za licho nie ma co się kłócić, że tak nie jest; wiedzą i tak swoje.

Wracając do Strogonowa; nie ma nic lepszego i bardziej rozgrzewającego po cudnych, zimowych , leśnych spacerach. Ok, samogonik lub pyszne, markowe, czerwone wytrawne lub dobry rum może są lepsze. Jednak jeśli ma się Małą Wiedźmę oraz niepijącego Młodego Lwa u boku i cały, niemały inwentarz przy zamku, nie można aż tak sobie folgować ;)

Strogonow, który tworzę osobiście , składa się z:

1. Ponad kilograma mięsa (powinna być wołowina , ale wieprzowina też nadaje się; najlepiej łopatka )

2. 30- 40 dkg pieczarek

3.4 średnich cebul

4.3 papryk( dwie czerwone, jedna żółta)

5. słoika zielonej fasolki szparagowej

6. Kilku łyżeczek koncentratu pomidorowego

7.Śmietany 18%

8.Około 10 dkg masła

9. Przyprawy: sól, pieprz ziarnisty,ziele angielskie, liść laurowy, papryka w proszku chili( odrobina! )

Mięso pokroić w kostkę. Zamarynować i odstawić na noc. Czasem robię sama marynatę, ale ostatnio z braku czasu, korzystam z gotowej (dobra jest „szlachecka” w płynie, Kamis)

Rozgrzać na dużej patelni tłuszcz( olej, a dla tych nie dbających o wątrobę, może być smalec). Na gorący tłuszcz wrzucić mięso. Smażyć mieszając( ważne, by „ścięło się” )

Przełożyć do dużego, żeliwnego garnka, wrzucić cebule pokrojone w grube ” ćwiartki” , podlać wodą tak, by całość była zakryta. Dodać kilka ziarenek pieprzu, ziela angielskiego i 3 listki laurowe. Od czasu do czasu mieszając, gotować na małym ogniu.

Pieczarki obrać i umyć, po czym pokroić w paski. Odparować na patelni, dodać masło i mieszając , smażyć chwilę.

Gdy mięso gotuje się już około godziny, dodać pieczarki i kilka łyżek koncentratu.. Gotować chwilę razem. Jeśli mięso jest już prawie miękkie, dodać pokrojoną w cienkie plastry paprykę. Gotować około 10 minut.

Ostatni etap to przyprawianie. Dodać według uznania :soli, pieprzu zmielonego, papryki w proszku. Wlać około 1/3 kubka posolonej śmietany, zamieszać mocno i zagotować.

*Na koniec można dodać fasolkę szparagową ze słoiczka.

Smacznego!

:)

Zdjęcie2746

***

A jeśli chodzi o mój zamek, wygląda mniej więcej tak. Oczywiście to zdjęcie jego w szacie letniej; dziś tak zasypało, że zza śnieżnych zasp niewiele widać ;)

zamek mój