Uśmiech róż, czyli SUKCES x 3!

Są takie chwile w życiu człowieka, które można śmiało nazywać szczęściem. Poczułam to wczoraj, gdy usłyszałam przez telefon:
Mama, obroniłem się! Jest piątka z obrony, piątka na dyplomie. Proponują również, aby moja praca magisterska jako jedna z najlepszych, wzięła udział w ewentualnych konkursach.
Nie wiem skąd się wzięły w kącikach moich oczu łzy ,moje ręce zaczęły się trząść , a serce załomotało bardzo mocno.
Starzeję się Kochani, na bank starzeję się, skoro nie umiem zapanować już nad swoimi emocjami i reakcjami! ;)
Cholera ,nigdy taka nie byłam! Wczoraj nie mogłam opanować się, wzruszyłam się tak bardzo, że trudno to opisać! Pobiegłam do Pani Matki przekazać jej słuchawkę, a sama ukryłam się w kuchni, by czasem nie widzieli, że zaczynam beczeć! :))) Usiadłam przy kuchennym stole, podparłam rękoma głowę i w jednej chwili przeleciało mi przed oczami te 24 lata, odkąd Pierworodny zawitał na świecie. Uświadomiłam sobie nagle, że właśnie zaczyna się inny, całkiem samodzielny etap jego życia. Wprawdzie od dawna już nie mieszka w naszym rodzinnym domu, ale teraz zrobiło się …naprawdę całkiem inaczej. Prawnik. Za jakiś czas radca lub pan mecenas..?
(Starzeję się, mówię Wam Kochani, że stara pierdoła się robię ; noszzz
aż tak sentymentalna jednak nigdy nie byłam! )
Dzisiejszy dzień przyniósł kolejne( kto wie, czy nie jeszcze większe ) emocje. Otóż mój Młody Lew już rok temu powiadomił wszystkich, że zmienia studia. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, wszak niejeden tak robi, ale…
własnie:
ale rzadko kiedy chyba robi to ktoś, kto ma najlepsze oceny na roku i nosi dumnie plakietkę ” Press” ! Młody Lew stwierdził jednak, że jest inna, lepsza koncepcja jego przyszłości i postanowił w tym roku znów przystępować do matury. Tym razem z przedmiotów ścisłych( program rozszerzony oczywiście) .Zwrot o 180 stopni! Przez 10 miesięcy jego ciężkiej harówki, rozwiązywania każdego dnia zadań z matematyki, chemii, fizyki, zapoznawania się szczegółowo z tajnikami i tajemnicami życia na Ziemi, zastanawiałam się jak( i czy! ) humanistyczna dusza da radę TO wszystko ” ogarnąć” i zdać?!
Z łomotem serca czekałam na wyniki matur.
Dał radę- wyniki świetne! :))) I spora szansa dostania się tam, gdzie chce. Dopóki rekrutacja na studia trwa, aby nie zapeszyć,nie zdradzę gdzie!
O Małej W. boję się pisać, ponieważ zabroniła mi chwalić się nią gdziekolwiek( na blogu również) .Powiem tylko, że ukończyła z wyróżnieniem podstawówkę, Pierwsze Miejsce w szkolnym Konkursie Wiedzy o Unii Europejskiej!
Cóż-od dawna przecież goni starszych Braci! :)))

Pochwaliłam się jak
jakaś samochwała, ale wierzcie mi, w tym durnym życiu, w labiryncie problemów, smutków, czasem całych polach dołów i wszelkich bolesnych kopniaków od życia( o których z zasady i dla zasady nigdy tu nie piszę) , takie dni, takie chwile jak te, o których Wam opowiedziałam są …
niczym słońce w szary, pochmurny dzień.
Jak
śmiech róż!

201406263518

***

Reklamy

Czy ktoś jeszcze pamięta? ( Czyli: Zibi, Rossi i Espana ’82 );)

Kochani!
Melduję, że na jakiś czas wyłączam się z życia blogowego. Pochłonął nas wszystkich MUNDIAL- oglądamy, kibicujemy, czasem zakładamy się , gramy, wygrywamy, czasem przegrywamy. Czas biegnie szybko, w końcu obowiązków życia codziennego nie ubyło, a tu trzeba wcisnąć jeszcze te trzy( no, przynajmniej dwa) mecze dziennie (lub na dobę; niektóre transmisje są przecież w nocy! ).
Moja Mała W.dzielnie kibicuje swoim ulubionym drużynom i wytrwale ogląda wszystkie mecze.Przypomina mi troszkę mnie sprzed lat, choć aż taaakich pomysłów jak ja wtedy, na szczęście nie ma. I Chwała Bogu!
Poczytajcie..

Gdy byłam straszną Małą Wiedźmą, młodszą niż moja rodzona M.W. dzisiaj, w 1982 roku odbywał się Mundial w Hiszpanii. Dla moich młodych Gości to pewnie wręcz jakiś archaik; wielu z Was wtedy fruwało gdzieś z aniołkami( niektórzy może z diabełkami ;)) czekając jeszcze długo na swój czas pojawienia się na Ziemi. Ja już istniałam- we wcieleniu potwornie niegrzecznej, upartej i pełnej szalonych myśli małej dziewczynki. Bardzo uczuciowej dziewczynki; w wieku 10 lat byłam bowiem śmiertelnie zakochana w swym starszym sąsiedzie. Był fascynujący, ponieważ absolutnie nie zwracał uwagi ani na mnie, ani na żadne dziewczyny; wysiadywał całe popołudnia w garażu ojca i wciąż coś majstrował przy swych motocyklach. Wieczorami jeździł szybko, bardzo szybko po okolicy. Ubrany w obcisły, czarny strój na motor i srebrny kask rozkochiwał w sobie różne dziewczęta. Ponieważ nie mogłam ani określić, ani zlokalizować tych głupich idiotek, była zazdrosna..tak ogólnie. Bo tak i już. Mimo wszystko czułam, że mam przewagę nad tymi – nimi; przecież to do mnie, to na nasze podwórko czasem przychodził pograć w piłkę, tzn. bardziej pokazywać mojemu bratu i jego kumplom, jak się gra w nogę!
Miłość moja do starszego sąsiada, w praktyce wyglądała tak, że czasem pisałam krótkie wierszyki( Księżna bezdusznie nazywała je częstochowskimi rymami) i gdy mój Luby opuszczał na chwilę garaż, błyskawicznie zakradałam tam się i wpychałam swe malutkie( ale jakże przepełnione uczuciem!) dzieła na zwiniętych karteczkach pod siedzenia jego motorów. Znajdował je oczywiście i…tylko się wciąż do mnie uśmiechał!
Miałam dość tego; poprosiłam w końcu jego najlepszego kolegę, aby wywołał go przed dom. Moja Miłość stanęła przede mną (lub ja stanęłam wreszcie twarzą w twarz ze swoją Miłością). Rozpadało się. Najpierw malutkie, pojedyncze kropelki wiosennego deszczu, potem coraz mocniejsze, coraz więcej, więcej, mnóstwo. Lało jak z cebra. Miałam zamiar wyznać mu w deszczu swe wielkie uczucie, gdy nagle, patrząc w jego diabelsko uwodzicielskie, niebieskie oczy, usłyszałam szybkie bicie własnego serca i jakiś głos w mej młodej główce, który krzyczał:
Nie! Nie rób tego Angie! Nie jesteś chłopcem, to przecież chłopcy powinni pierwsi wyznawać miłość, to oni mają ci się oświadczać,a nie ty im, o!
Gdy Ukochany spytał, co chcę mu powiedzieć, patrząc na niego poprzez deszcz, wycedziłam:
-ja…nie jestem chłopcem i nic nie będę mówić- po czym uciekłam do domu :)))
Nie płakałam, byłam zła. Wściekłość jednak szybko ustąpiła innemu, słodkiemu i cudownemu uczuciu. Zaczynał się Mundial ’82 gdy zobaczyłam go. W telewizji. W reprezentacji Italii.

Paolo-Rossi1

:)))
Dziś gdy patrzę na to zdjęcie, doprawdy nie wiem, co mogło tak strasznie zafascynować mnie w tym Włochu. Może jedynie to, że był dobrym piłkarzem i był trochę podobny do mojej Wielkiej Miłości, do mego starszego sąsiada ..?
Zakochałam się na zabój. Na śmierć i życie ;) Moja najlepsza przyjaciółka , podczas naszych bardzo poważnych nocnych rozmów pytała:
– jak to możliwe, abyś kochała dwóch na raz?!
-Nie wiem, nie mam pojęcia co się dzieje- odpowiadałam, naprawdę szczerze zdziwiona tym wszystkim.
Moja przyjaciółka sama miała nie lepiej: prócz tego, że była już w kimś tam zakochana, zakochała się nagle …w Bońku! ;)))
Ponieważ obydwie nienawidziłyśmy czekać i zawsze musiałyśmy działać, postanowiłyśmy …napisać list do Zbigniewa Bońka.
I napisałyśmy.
Tak moi Drodzy-
w 1982 r. napisałyśmy piękny, wspólny , miłosny list do Bońka i Rossiego i tylko dlatego nie wysłałyśmy, że….nie wiedziałyśmy po prostu gdzie go wysłać! Pan Bóg chyba czuwał nad tym, by nie było wówczas ani internetu, ani żadnych fejsbuków , ani żadnych komórek itd.! Gdyby przenieść te narzędzia w tamten czas i dać nam dostęp…strach pomyśleć! ;)))
Moja córka jest jednak dużo grzeczniejsza!
*
Gdy wspominam tamten czas i Mundial Espana ’82, zawsze słyszę gdzieś w zakamarkach pamięci tę piosenkę.
Pamiętacie?

*
To był naprawdę piękny czas- dla polskiej piłki też!
Tymczasem zaraz zaczyna się kolejny mecz na Mundialu w Brazylii.
Pozdrawiając Was serdeczne, znikam!
(Bez odbioru!)
;)

***

*Twój narkotyk…*

I tylko zapach twego ciała
w erotycznej grze
uskrzydla mnie to wręcz zniewala
wręcz zniewala
bo twoja miłość mnie unosi
jest w niej życia sens
zapach kobiety to narkotyk
mój narkotyk

Chyba już kiedyś mówiłam, że , gdybym była dziennikarzem radiowym ,prezenterem  muzycznych audycji, albo szybko zwolniliby mnie, albo zyskałabym /malutkie/ grono wiernych słuchaczy i miałabym jakąś swoją quasi- autorską audycję( oczywiście z akcentem na quasi! :)) . Jestem bowiem wierna niektórym piosenkom, wciąż w nich zakochana, nimi odurzona i gdy nadchodzi odpowiedni moment, ta właściwa, jakaś nieodgadniona , zaczarowana chwila, zaczynam słuchać, słuchać ich wciąż od nowa. I od nowa z rozkoszą zanurzać się w tej magii pragnień, marzeń, wspomnień i wspomnień marzeń; w tych cudownych dreszczach chwil przeszłych i tych, które za chwilę, przywołane niechcący znów nadejdą ;)
Uwielbiam piosenkę, którą zaraz zapodam ;)
Wiem, mówiłam już o tym przynajmniej dwa razy w ciągu tych kilkudziesięciu miesięcy, odkąd mam swego Angie’s Diary. Wiem, że przynudzam znów, że wolelibyście wreszcie coś nowego( Caddi- zaraz, zaraz coś napiszę…! ) , a nie w kółko ostatnio jak nie relacje z wycieczek, tak zdjęcia ciwetuszków lub/ i jakaś muzyka.
Ale cóż poradzę na to, że znów wiosną jest lato, a latem zawsze coś się dzieje..? ;)
i że latem zawsze przychodzi do mnie …
ta piosenka?
Gdybym była poetką( lub choćby połetką albo poetkom ;)) napisałabym teraz pewnie coś w stylu:
te słowa wryły się w moją pamięć ,
wciąż dźgają mą duszę i serce
pragnienie przepełnia me ciało
i znów chcę Cię
znów mocniej
i więcej…

Niestety( a może i chwała Bogu! ) nie jestem poetką , ani na szczęście nie mam żadnych aspiracji do tego ( moim skromnym zdaniem, wbrew pozorom to właśnie- o ironio!- mężczyźni najpiękniej piszą… wiersze też.) .
Ponieważ muszę, ale to muszę znów publicznie dać upust swej miłości do muzyki( i sentymentom do zaraz zaprezentowanej) , powiem teraz językiem zrozumiałym dla obecnych młodych:
słuchajcie ziomy! To naprawdę jest cool, wciąż , a nawet i still present ,czyli everlasting i jeśli masz heart, zajarzysz ziom o czym mowa!

Chyba aż tak nie przynudziłam ,
prawda , że wciąż cool…?
;)))

Wycieczka do Złotoryi( czyli o „strasznej” wieży, wesołym miasteczku i złocie w potoku;))

Znów pada. Pewnie wściekłabym się na tę aurę, gdyby nie to, że gdy buro i deszczowo, można na chwilę zwolnić. Usiąść, zasiąść i .. coś napisać ;)
Ostatni weekend spędziliśmy pod znakiem obchodów Dnia Dziecka. Piękna, słoneczna pogoda tylko ugruntowała podjętą już wcześniej decyzję:
JEDZIEMY!
Zgodnie z planem, udaliśmy się na coroczne, Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w Płukaniu Złota do Złotoryi.
Złotoryja , prześliczna miejscowość usytuowana na Pogórzu Kaczawskim , leży zaledwie 50 km od naszej mieściny. Od lat przejeżdżamy przez to urocze miasteczko będąc w drodze gdzieś tam dalej i -jak w przypadku Bolkowa i wielu ciekawych, mijanych w trasie miejsc- obiecujemy sobie, że zatrzymamy się tutaj następnym razem. Teraz postanowiliśmy Złotoryję obrać za cel i główne miejsce naszego weekendowego balowania.;) Młody Lew, zmęczony tempem ostatnich dni, raczył poinformować mnie, że Dzień Dziecka uczci tylko naszym wspólnym niedzielnym obiadem w zajeździe nad wodą, na płukanie złota natomiast nie jedzie. Trudno, jego strata; i bez niego będziemy bawić się doskonale!
W Złotoryi mieszkają nasi serdeczni przyjaciele, którzy w sobotę pełnili honory gospodarzy i naszych przewodników po najciekawszych miejscach okolicy. Ponieważ mieliśmy trochę czasu do zawodów w płukaniu złota, postanowiłam zwiedzić złotoryjski rynek.
Śliczne, stare, średniowieczne miasteczko od razu zrobiło na mnie duże wrażenie.

Ponieważ było gorąco( tak,tak; dla mnie 22 stopnie C. i słońce to już upał!) , wiedząc, że nasza wycieczka będzie mieć charakter raczej parkowo- miejski , założyłam na się leciutką, czarną sukieneczkę na ramiączkach, taką ciut za kolanka oraz swe ulubione, bardzo wygodne/ choć dość wysokie, bo na sporym koturnie/ klapki. W razie czego lekki sweterek /w ręku/ i szal /na ramiona/:) Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że młodzi wpadli na pomysł, by zwiedzić kościelną wieżę.
Wieża ta ma, bagatela! , 63 m.wysokości, niesamowicie strome, wąskie, kręte, ostro spiralą pnące się na sam szczyt schody. Jest tak wąsko, że nie ma poręczy. Zamiast nich jest przymocowany hakami do wewnętrznej, okrągłej ściany sznur. Żeby jako tako utrzymać równowagę trzeba chwytać się go, na zmianę prawą i lewą ręką, czasem lewą opierać się o drugą ścianę,by, gdy się zakręci w głowie od tych stromych, krętych stopni, nie runąć w dół.
Nie zdając sobie sprawy, że tak się wchodzi niemal na sam szczyt (dopiero tuż przed nim są szersze schody i po obu stronach poręcze! ) , dziarsko weszłam na pierwsze stopnie schodków. Po chwili wspinaczki, gdy było coraz bardziej duszno i stromo, a mokra od potu sukieneczka coraz wyraźniej i bezlitośnie podkreślała me kształty, wydawało mi się, że jesteśmy co najmniej w połowie drogi.
Niestety, spotkany na pierwszym postoju przy wejściu do lochu głodowego, turysta rozwiał moje nadzieje.
– jeszcze kawał drogi przed nami- rzekł- po czym dołączył się do naszej, wspinającej się coraz wyżej grupki.
Gdy szedł tuż za mną ,uświadomiłam sobie, że, cholera, nie mam na sobie spodni i adidasów, a swoją , śliczną, czarną, małą sukieneczkę! I wysokie klapki! Trzymając się mocno sznura, postanowiłam maksymalnie przyspieszyć. Pogorszyło to tylko sprawę; twarz turysty znalazła się, mniej więcej, na wysokości moich łydek. Patrzy w górę, czy nie patrzy?– nerwowo oglądałam się za siebie. Trzymając się z całych sił sznura, rzecz jasna. Chyba , jeśli nie umrę z wysiłku, to zaraz spłonę tutaj! Słyszę za sobą ciężkie oddechy mojej ekipy, ale najbliżej oddech tego pana! Nie wytrzymałam:
-przepraszam, czy pan jest w odpowiedniej …odległości?
;)))
Tak, powiedział, że wszystko jest ok. Mimo wszystko, nie wiem skąd wzięłam tyle sił, by na szczycie zameldować się pierwsza!
Widoki z wieży na Karkonosze , Pogórze Kaczawskie i całą okolicę, wynagrodziły mi cały trud wspinaczki ( oraz obecności tego pana tuz za mną;))

Gdy schodziliśmy, zrobiliśmy przystanek w założonej w wieży na przełomie XV i XVI w. biblioteki łańcuchowej.
Tu: replika biblioteki.

Ale przedtem spotkały nas inne atrakcje. Gdy szliśmy w stronę lochu głodowego, w jednej ze ścian wieży ukazała się postać z zaświatów, a z głębi lochu poczęły wydobywać się straszne jęki umierających. ;)

Kto kiedykolwiek wspinał się, wie że zwykle zejść jest dużo trudniej, niż wejść. Nie można było iść inaczej, jak ciągnąć nogę za nogą, czyli: najpierw na schodek prawa, potem dostawiamy lewą. Aby nie spaść i nie wyrżnąć się przypadkiem….
Gdy wyszłam z wieży, byłam naprawdę bardzo, bardzo szczęśliwa! ;)
Jeśli nie wierzycie jak tam wąsko, stromo i wysoko, spójrzcie:

Po takim wysiłku należał się nam odpoczynek w rynku i małe uzupełnienie spalonych kalorii ;)

Wracając do samochodu, przechodziliśmy obok naszej Wieży Wschodniej. Panie kasjerki ( serdeczne pozdrowienia dla Pań, jeśli trafiłyście na ten blog! ;)))powiedziały,że widząc nas znów tutaj, pomyślały, że może chcemy jeszcze raz zaliczyć wieżę
i patrząc na mnie wrzasnęły:
-dla pani wejście gratis!
O nie kochani, nawet gdyby mieli mi zapłacić, chyba już wtedy nie weszłabym tam! Zdobyłam chyba wszystkie latarnie morskie na naszym wybrzeżu, wiele baszt i wież zamkowych na moim ukochanym Dolnym Śląsku i innych rejonach kraju, niedawno wdrapałam się w środku zimy na skocznię narciarską w Harrachowie, ale czegoś tak stromego, wąskiego i wysokiego jak ta wieża w Złotoryi do dziś nie przeszłam! Pomyślałabym, że to proces starzenia robi ze mnie taką niezdarę; może pomyślałabym tak, gdyby nie to, że przecież wciąż na różne sposoby wyginam się , pracuję w ogródku i ogólnie mam jeszcze dużo energii i sił.I przede wszystkim, gdyby nie to, że moja młoda, silna i sprawna ekipa zeszła z wieży wykończona! :)))
*

Na płuczki złota nad zalewem z Złotoryi przyjechaliśmy troszkę spóźnieni. Skończyła się część zawodów dla dorosłych, zaczynała dla dzieci. Pomimo tego, fantastycznie spędziliśmy czas w prześlicznym parku nad wodą:

…i w wesołym miasteczku:

Tak moi Drodzy: tradycyjnie już,
jeździłam z Małą W. na/ w …łabędziu! :)
Zawsze z nią jeżdżę (i ciągle cieszę się, że jeszcze chce ze mną jeździć..) .
Gdy zerkaliśmy na przygotowania do kolejnego konkursu płukania złota, spotkaliśmy nagle naszego znajomego ( z wieży) turystę.
Miło pogawędziliśmy i umówiliśmy się/ jeśli trzeci raz przypadkiem na siebie wpadniemy/ na kawę i czekoladę :)
Przy okazji moi kochani złotoryjanie zdradzili mi, że oni raczej nigdy nie wchodzą na tę wieżę. Jest… za wysoko.
Kocham ich! ;)))
Po kilku godzinach spędzonych nad zalewem na płuczkach złota i wesołym miasteczku, pojechaliśmy nad małe jeziorko na późny( i bardzo smaczny!) obiad.
Uwielbiam takie miejsca:

*
Do domu dotarliśmy wieczorem. Zmęczeni i bardzo, bardzo zadowoleni z całego dnia. Z obietnicą złożenia nam wizyty przez naszych Przyjaciół oraz zamiarem ponownej wyprawy do Złotoryi, tym razem w celu zwiedzenia kopalni złota.
W niedzielę wieża wschodnia przypomniała o sobie. Gdy opuszczaliśmy nasz zamek w celu wyjazdu nad wodę, po przemierzeniu dwóch schodków w dół , poczułam okropny ból w lewym udzie. Czując, że tracę równowagę syknęłam jękliwie i w ostatniej chwili chwyciłam się z całych sił poręczy. Młody Lew ,wystraszony podbiegł w moją stronę:
– co ci jest Mama?? Słabo ci??
– gdzie tam słabo! Mnie słabo?? kurrr, Młody Człowieku, cholera jasna, nie mogę dziś po prostu chodzić! Moje mięśnie…! Wszystko przez Twego Brata, Szymka i… tę wieżę!!!
;)))

***

Buszując w sieci w poszukiwaniu materiałów na temat Złotoryi, trafiłam na wyjątkowy obraz mojej wieży:

434925
(malarska wizja Kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Złotoryi w XVIII w., według C. Hentschela z 1911r.)
http://dolny-slask.org.pl/968284,foto.html?idEntity=550475

Ciekawym historii miasteczka i jego zabytków polecam:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82otoryja
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_Narodzenia_Naj%C5%9Bwi%C4%99tszej_Maryi_Panny_w_Z%C5%82otoryi
http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/6291,zlotoryja-biblioteka-lancuchowa.html
***

Gonić?… Hmm, w tym rzecz! ;)

Jakieś przekleństwo, czy co….?

;)))

Out off my way I’m running
I’m gonna catch you if I can
Out off my way I’m comming
I’m gonna catch you if I can

Out off my way I’m running
I’m gonna catch you if I can
Out off my way start running
I’m gonna catch you

It’s your day believe it
It’s your date with destiny
It’s to late to leave it
After all it’s your it’s your party
Call it luck, call it faith, call me beautiful to my face
Call it out to my to suprise
It’s just how you make it

Włączcie głośno, tego trzeba słuchać na max! ;)

***