*ach Hanka,Hanka, powiedzże Hania, co będzie z nami….*

Idę do domu- wymamrotał Antek wstając, a raczej zsuwając się z barowego stołka .
Od kilku godzin zabawiał w starej, znajomej knajpie w towarzystwie najlepszych na świecie kumpli, funfli, takich chłopaków do wypitki i wybitki. Gdyby nie oni, gdyby nie ci najlepsi z najlepszych, Antek nie wie, co począłby w tej wrocławskiej, podłej dżungli. Antek lubił dobrze zabawić się i porządnie wypić i często oddawał się tej przyjemności; tym razem – nie wiedzieć czemu- nie szło mu jak zwykle. Ostatnio Coś go wytrąciło z równowagi. Nie, nie to, że znowu stracił całą wypłatę na hulanki; to nic nowego, nieraz tak było, a zresztą po co się żyje? A na domiar złego żyje się tylko raz! Nie ma co się oszczędzać. Poza tym Józek wisiał mu parę groszy, a Zenek przecież od lat mu siedzi w kieszeni, nie jest źle, do końca miesiąca się jakoś przeżyje.
Nie, to nie to. Ani nie to, że majster znów za nic opieprzył go przy innych. Czasem tak robi, rzuca się do każdego, gdy mu baba wyjeżdża na dłużej, Antek przywykł już.
Co więc może być przyczyną jego podłego humoru ?
Hanka? Nie, niemożliwe. Nie cierpi tej zadufanej w sobie dziewuchy, tej, co myśli, że wszystkie rozumy pojadła! Tej pustej latawicy, co znów łaziła z innym. Łazi z innymi, a gdy spotkają się sam na sam, mówi mu , że czeka,aż on się uspokoi.Co to znaczy uspokoi? Czeka? A co ona do mnie ma? Co, ona se, kurwa myśli? Że jak czasem przychodzę nocą, to to już mam się żenić z nią? Niedoczekanie! Powinna dostać w pysk za to wszystko, ale bab nie będę prać, nie godzi się. A i ręki szkoda.
– co , do Hanki ciągniesz?- nagle Romka głos wyrwał Antka z rozmyślań .
Antek odruchowo zamachnął się. W ostatniej chwili zorientował się, kto do niego mówi.
– Romek..Romuś, ty jesteś mój funfel. Żyjemy w zgodzie i niech tak, kurwa, zostanie. Temat Hanki nie istnieje.Nie zadaję się z takimi. Rozumiesz?
Antek wyszedł z baru. Gdy zapalał papierosa, nie słyszał śmiechu swych funfli. Ani tego: ” zaiwania do Hanki, zakład?”
*
Hanka była dziewczyną znaną w okolicy. I to nie tyle, przez swe różne dziwactwa i występki, ale przez to głównie, że pochodziła z bardzo mądrej i zamożnej rodziny. A także przez to, że nikt,kto znał ją i Antka nie mógł pojąć , co ona widzi w tym chłopaku z nizin społecznych. Niektórzy jej znajomość i zażyłość z Antkiem traktowali jak fanaberię dziewczyny z dobrego domu. Przejdzie jej, jak dorośnie i jak Antek da jej popalić- mawiali starzy ludzie w dzielnicy. Bo Antek to niezłe ziółko. Przystojny,ma wzięcie, zarabia, ale przepieprza wszystko na imprezy i kolegów.Głupi jest, a jak popatrzeć na jego ojca, to pewnie taki już pozostanie.
Hanka była nieczuła na opinię innych i wszystkie plotki dotyczące jej życia. Zwykle robiła to co chciała i jak chciała. W Antku zakochała się gdy miała zaledwie 14 lat i powiedziała sobie: będzie mój! Pierwsza miłość nie kieruje się niczym, z wyjątkiem tego niesamowitego łomotu serca na myśl o ukochanym człowieku. A Hance, na sam dźwięk słowa Antek serce przyspieszało jak nigdy dotąd. Zupełnie nieważne było to, że jest z innej sfery , że ona kończy ogólniak, a on kiedyś zawalił ostatni rok technikum i do dziś nie może go skończyć. On był jej marzeniem, które miała zamiar zrealizować. Choćby po trupach.
Trupami byli chyba jej kolejni chłopcy i kochankowie.Jak braku rozwagi można było odmówić Hance, tak nigdy jednak silnego charakteru.I niespotykanego uporu.
– on mnie robi w ch…, to i jak tak będę!- mawiała do koleżanek, gdy te donosiły jej o kolejnej eskapadzie Antka.- Ale i tak będzie mój na zawsze. I ja go zmienię, ja odkryję to, co w nim dobre! Bo to dobry chłopak, ale poddaje się wpływom tych degeneratów- spokojnie mówiła Hanka.
Miała zaledwie 17 lat i już swoją stałą koncepcję przyszłości. A był nią, oczywiście, Antek.
*
Przeklinając cały świat, Antek szedł przez zamglone uliczki miasta. Nagle zza rogu wyłoniła się jakaś postać.
” Chyba Rudy”- pomyślał Antek.
-Czee stary! Kopę lat!
– a kopę! Kobznij szluga, bo wkurwiony jestem- odpowiedział Antek
– masz funfel! A nie wkurwiaj się, siedzi z dziewczynami u siebie. Pono skończyła z tym Picuś- Glancuś, śmiało zasuwaj!
W dzielnicy było tak, że każdy, kto chciał wiedzieć wiedział, czy Hanka jest w domu. Okno jej pokoju w piętrowym domu jej rodziców, wychodziło na ulicę. Miało nad sobą maleńki daszek, może jakieś widzimisię architekta; w każdym razie uroczy i odróżniający okno pokoju Hanki od reszty okien w okolicy.
Antek i jego koledzy doskonale znali to okno. Ileż razy wystawali tam , czasem godzinę i nawet dłużej, w nadziei, że skoro Hanki starzy wyjechali , Hanka znów zrobi imprezę! Będzie znów gdzie posiedzieć, posłuchać jakiejś muzy, a może będzie traf i się zaliczy którąś z koleżanek Hanki?
Bo Hanki to absolutnie nie, nie wolno! Hanka należy do Antka, choćby nie wiadomo co oboje wygadywali na siebie! I tak się pogodzą, ja zawsze, jak odkąd się poznali. Ciągle odchodzą i wracają do siebie, zdradzają się, potem leją po pyskach, a potem ryczą i wracają. Dziwna para. Chyba dobrali się jak w korcu maku.
*
To ” śmiało zasuwaj” podziałało na Antka jak płachta na byka.
– ja ci, kurwa, dam!- Antek złapał Rudego za kurtkę – co się wpierdalasz?
– spoko, spoko funfel! Nie wpierdalam się, ch** mi do tego, ale żem myślał, że idziesz do Hanki, bo jej starzy znów wyjechali….
– dobra, spoko. Wkurwiony jestem ostatnio. Piącha na zgodę.
Antek szedł znów zamgloną drogą. Tą, którą miesiąc temu szedł z Hanką. Tą, na której Hanka roześmiała się patrząc mu prosto w oczy i stwierdziła :
– wyciągnę cie z tego gówna! Kocham Cię idioto!
Kocha mnie. Kocha? To dlaczego łazi z innymi? To się nie zgadza!
Antek nie wiedział czemu znalazł się znów pod innym niż wszystkie okienkiem . A już zupełnie nie był świadom tego, że z jego ust wydobyło się głośne:
– Hanka! Jesteś?
Przemknęło mu przez myśl, że chyba jest mocno pijany. Po co tu przyszedłem?- jakiś głos krzyczał w jego duszy.
Ale znów:
Hanka! Haniu- teraz jakby ciszej wymówił imię tej, której przecież nie cierpiał.
– Haneczko!- jego głos był nie jego głosem.” Co się, kurwa, ze mną dzieje?” spytał swych myśli .
*
W tym czasie Hanka wraz z koleżankami omawiała bardzo poważne życiowe problemy.
Dlaczego Andrzej, pomimo, że zainteresowany Andżeliką , zerka na Hankę? Dlaczego ten nowo poznany przystojniak , patrzy ciągle na Irkę, która jest przecież starsza i ma / przecież/ męża i dwoje dzieci? Czy lepiej może w końcu przemóc się dać mu inaczej, tak,no,no- analnie , żeby wreszcie był spokój, czy może dać mu zielone światło do dziwek? I dlaczego ta turkusowa sukienka lepiej leży na Hance, niż na każdej z nas. A ten, no, no Antek- weź Hanka daj Se spokój!
– nie mówmy o tym- stanowczo, ale z jakimś smutkiem powiedziała Hanka .
– Hanka, ON TU JEST! Nie słyszysz?
– i co z tego? Zerwałam z nim. Albo się zmieni, albo niech spada. Nie chcę o nim słyszeć już! Nie wychylę się- ostro powiedziała Hanka.
– wynoś się, bo znów pożałujesz!- krzyknęła zdenerwowana Hanka. A jako dziewczyna z dobrego domu, po cichu dodała- rozwalę ci znów doniczkę na łbie albo chlusnę wodą z wiadra, gnoju!
-Jesteś pewna?- pytały koleżanki- my zaraz idziemy!
– nie! Bądźcie tu!- Hanka była stanowcza.
Za chwilę ucichł głos z zewnątrz.
Hanka pożegnała koleżanki; była jednak pewna, że on tam ciągle jest .
Próbowała usnąć..nie, nieprawda, wcale nie chciała usnąć, czekała, aż usłyszała znów :
– Hanka!
W swej ulubionej, czarnej koszulce nocnej zbiegła na dół . Stał tam, w czarnej skórze z ćwiekami.
Popatrzył na nią i chłonąc każdy fragment jej ciała ,każdy cień i zarys jej kształtów przebijający przez przezroczysty materiał koszulki nocnej, głośno powiedział:
… nie jestem pijany. I nie słuchaj ludzi.
Po czym wtulił się w Hankę, chwytając mocno jej jędrne piersi , całując jej szyję, dotykając jej łona i żebrząc:
-wybacz mi! Tęskniłem z tobą. Zmienię się, obiecuję!
– nienawidzę cię!- szepnęła Hanka, po czym ścisnęła z całych sił pośladki Antka.
Niemal w tej chwili klęczała przed nim, robiąc rzeczy, o których Antek tylko kiedyś słyszał od kolegów lub które przypadkiem widział w niektórych filmach.
” To dziwka jednak”
– nie panując już zupełnie nad sobą pomyślał. Zanurzył dłonie w jej czarnych, długich włosach, przyciągając jej twarz nachalnie do siebie- to to tego uczą u tych Urszulanek? – spytał swych myśli.
I nagle,gdy już prawie wyrzucił z siebie w jej gardło to, co ciążyło mu od tylu dni, o czym marzył pijąc z najlepszymi kumplami świata, o cieple tej, jak to zwą: muszelki?, różyczki?; a niech będzie cipki,kurwa, cipeczki, ale mając poza zasięgiem wyobraźni Hanki usta ,
zupełnie niespodziewanie odwróciła się . Podciągnęła koszulkę nocną, oparła się łokciami o parapet okienny i ze zwierzęcym błyskiem w oczach , szepnęła dziko:
-weź mnie! Tutaj, już! I bądź ze mną! Ożeń się ze mną!
Dobra,jak tak ma być, ożenię się z tobą!
*
Głupstwem, kompletnie niewyważonym i nierozsądnym pomysłem była kolejna ucieczka od Hanki.
Antek jednak , choć pragnął Hanki jak niczego w świecie, tak żądny był przygód, a może i tak niepewny jej uczuć, że znów pojechał tu i tam i bawił się z tamtymi dziewczynami. A Hanka, ocierając/ wściekła!/ łzy ,znów poznała kogoś innego i znów oszalała ze złości, postanowiła poznać kolejny, nowy smak życia.
Aż znów Antek nie poszedł do knajpy. I znów coś wcześniej nie wytrąciło go z równowagi .
I aż znów nie pomyślał, jak bardzo nienawidzi Hanki. ;)))

Epilog:

Przez to staranie nicem nie zyskał,

anim się najadł, anim się wyspał,

tylkom na ciebie pieniądze stracił,

wódkę fundował, muzykę płacił!

Ach, Franka, Franka, powiedzże, Frania,

co z nami będzie względem kochania?

Pobrali się. Ku rozpaczy jej rodziców i dezaprobacie całego otoczenia.
Co było potem….
nie zdradzę; dopowiedzcie sobie ;)

Reklamy

Lekcje anatomii, Mały Elf *

Z opowieści Andżeliki.

( jak korzystać z mężczyzn- geneza ” Andżeliki” )

Spotkałam go po trzydziestu latach. Czas wyrył bruzdy na jego twarzy i przerzedził kiedyś piękne, gęste blond włosy. Nadal jednak był bardzo przystojny. Mężczyźni mają tę wielką przewagę nad kobietami, że potrafią zawrzeć pakt z Czasem , który z biegiem lat czyni ich coraz bardziej atrakcyjnymi. Te wszystkie zmarszczki, te wstrętne kurze łapki, które spędzają większości kobiet sen z powiek ,które zmuszają je do pościgu za najnowszymi zdobyczami przemysłu kosmetycznego, u mężczyzn są czymś zupełnie nieszkodliwym; ba, stają wręcz ich atutem. Symbolem dojrzałości , który jest swoistym wabikiem dla większości rodu żeńskiego.
Robert był doskonałym przykładem mężczyzny, który zawarł ów pakt z Czasem( Diabłem?) . Lekki szron na jego skroniach, kilka zmarszczek na czole , bardziej mgliste spojrzenie niż wtedy, trzydzieści lat temu, dodawały mu tylko ogromnego uroku.
Poznaliśmy się pewnego lata, gdy przyjechałam do Ciotki na wakacje na wieś. Robert wrócił po udanej sesji do swego rodzinnego domu. Mieszkał tutaj, kilkanaście domów od moich krewnych. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, Ciotka nie utrzymywała żadnych kontaktów z jego rodzicami. Robert rzadko bywał w swym domu, mieszkał w wynajętym mieszkaniu w mieście, zwykle przyjeżdżał tylko na Święta i czasem na wakacje. Tego roku postanowił wraz z kolegami spędzić sierpień w posiadłości swych rodziców.
Poznałam go, gdy wracaliśmy z paczką znajomych z jakiejś imprezy. Podszedł do nas z kolegami i spytał, czy mamy coś zapalić. Spojrzałam na niego i w jednej chwili pomyślałam, że jednak blondyni mogą być cholernie przystojni. Moim ideałem, głupiej nastolatki, był wtedy Gregory Peck i podobali mi się wyłącznie chłopcy o tym typie urody.
Robert oczarował mnie. Bujna blond czupryna, ciemna cera, niebieskie oczy i rząd białych, równych zębów, które co chwila odsłaniał jego zawadiacki uśmiech.
Gdyby dziś na niego spojrzeć, był swoistym połączeniem Roberta Redforda z Bradem Pitt’em.

– to studenciaki. Cwaniaczki głupie, a ten, który tak się do ciebie uśmiechał, to najgorsza szuja z nich. Studiuje na AWF, podobno zaliczył pół miasta już. Nawet nie startuj, on ma takie dupy, takie wiesz, co jemu podobno płacą…Żigolak! – szepnęła przyjaciółka, gdy oddaliliśmy się kawałek.
-czy ja staruję? Co ty pleciesz!
Faktycznie chyba nie miałam co ” startować”. Miałam lediwe skończone szesnaście lat , byłam, chudym,dość płaskim i w związku z tym pełnym kompleksów ,nieopierzonym stworzonkiem płci żeńskiej.
( … )
Robiliśmy z paczką ognisko, gdy znów zobaczyłam jego i jego kolegów. Studenciaki. Przysiedli się do nas. Przynieśli wódkę i fajki. Blask ognia, gitara, nasz śpiew. Noc, rozgwieżdżone, letnie niebo. I znów nic prócz tego nie było ważne; świat wokół nie istniał.
– Robert jest teraz w temacie anatomii. Gdybyście chciały dowiedzieć się czegoś, tu macie specjalistę!- spoglądając na mnie i moje koleżanki zaryczał zachwycony swym żartem, wstawiony kumpel Roberta – ktoś się pisze?
Nie wiem dlaczego wbiłam wzrok w Roberta. Nie uszło to uwadze innych.
Zapanowała kilkusekundowa cisza. Nagle wszyscy ryknęli śmiechem. Spłonęłam.

-nie przejmuj się- szepnął przysiadając się do mnie- i nie reaguj na tych idiotów.
– przecież to twoi kumple!
– ale nie zmienia to faktu, że są idiotami. Czy mogę wiedzieć, co tu robisz? Co robisz na tym zadupiu, skąd każdy o zdrowych zmysłach ucieka?
– przyjechałam do Ciotki na wakacje. Mieszkam w mieście.
– Aha. A ile masz lat?
– prawie ..osiemnaście- skłamałam- a ty?
-Ja? Dwadzieścia cztery! Co, stary jestem? – zaśmiał się
– Nie,wcale nie. Jesteś w sam raz.
Spojrzał na mnie z wyższością.
– no widzisz, ja jestem pełnoletni, ty jeszcze nie.
– za tydzień będę- znów kłamstwo.
Uśmiechnął się.
– fajna dziewczyna jesteś. Lubię Cię. Spotkamy się?
Ziemia rozsunęła się pode mną. On, Apollo zstąpił, by ze mną spotkać się! To ja, ja biedna, nieszczęśliwa w swej nieodwzajemnianej miłości patrzę teraz, jak taki facet czeka na mą odpowiedź! Moja Miłość , ta prawdziwa, ta wielka i jedyna drwi ze mnie. Moja miłość, ta jedyna, ta wyśniona, odwiedza mnie tylko gdy Rodzice wyjeżdżają; nocą, po cichu . Moja Miłość przychodzi by czasem, gdy tego chce, dać mi kilka chwil niepewnej rozkoszy! Moja Miłość pojawia się niespodziewanie i niespodziewanie znika. Moja Miłość woli kobiety, które są już kobietami, a nie niedojrzałymi nastolatkami..Moja Miłość śmieje się, że tak niewiele jeszcze umiem…Moja Miłość ciągle mnie opuszcza…
– Tak, spotkamy się.
Przyjaciółki nie kryły zdziwienia:
– zaprosił cię na spacer?? Wariatko,wiesz o co jemu chodzi!
Nie o wszystkim przecież mówi się przyjaciółkom. Nawet najlepszym przyjaciółkom. Bo są pewne sprawy, które lepiej powierzyć.. mężczyznom.
Szliśmy w stronę zachodzącego nad lasami słońca. Opowiadał mi o uczelni i medycynie, którą też chciałby studiować.O tym , jak dużo i ciągle musi uczyć się, jak podnieśli znów poziom na tych cholernych studiach. O imprezach u kumpli w akademiku i całonocnych libacjach w jego mieszkanku. I o tym, jak o nim durne plotki ,chyba ktoś zawistny ,rozpuszcza.
Zatrzymaliśmy się na pomoście.Tafla wody mieniła się odcieniami pomarańczowego słońca, które powoli skrywało się za wierzchołkami sosen nadrzecznego lasu .
Spojrzałam w te piękne, błękitne oczy. Nieśmiało dotknęłam jego policzków, potem szyi.
Pochylił się i delikatnie, najdelikatniej w świecie pocałował mnie w usta.
Byłam zdecydowana.I byłam pewna, że nie odmówi.
– nauczysz mnie …?
Spojrzał zdziwiony.
– czego niby mam cię nauczyć?
– tego…no, anatomii. I wszystkiego.
Uważnie spojrzał na mnie i po chwili zaśmiał się głośno. Odwrócił się w stronę rzeki i spytał ( chyba rzekę) :
– nie wierzę własnym uszom.. a twój chłopak? Słyszałem, że kogoś już masz.Tam, w mieście.
-po pierwsze mój chłopak..jest i go nie ma. Po drugie: co on do tego ma? Poza tym gdyby cię rzeczywiście obchodził, gdyby dla ciebie ważne choć trochę było jego istnienie, czy zaprosiłbyś mnie dziś na spacer? Mam rację? – przyciągnęłam go i pocałowałam.
Znów spojrzał uważnie mi w oczy.
– sprytna jesteś. I inteligentna.Już wcześniej zauważyłem.. Mało jest takich dziewczyn. Dlatego zaprosiłem cię na spacer. Wychodzą mi bokiem te wszystkie roześmiane kretynki i wypacykowane niunie, które myślą, że są mądre i przebiegłe, a w rzeczywistości mają rozumek dwunastoletnich dziewczynek. Znam je dobrze, zwykle chcą bawić się za dobre pieniądze; chcą forsy. Wszystko zrobią, przebiorą się w szatki szczerości, a tymczasem są tak łatwe do rozszyfrowania. Ty jesteś taka..naturalna. Dlatego chciałem pójść z tobą na spacer.
– i dlatego też pocałowałeś mnie? Bo jestem taka naturalna? Inteligentna?
Przycisnął mnie do siebie. Leciutko odgarnął z mojej twarzy niesforne me włosy.
– pocałowałem cię, bo jesteś bardzo ładna.
– a lekcje? Czy nauczysz mnie tego?
– jesteś pewna?
– najbardziej w swoim życiu.
Zeszliśmy z pomostu. Chwycił mnie za rękę i poszliśmy w stronę posiadłości jego rodziców.
*
Nie zastanawiałam się przez chwilę,co on do mnie czuje i czy ja coś do niego czuję. Wciąż rozmyślałam o swej Wielkiej Miłości i o tym, że po wakacjach spotka mnie inną: dorosłą i doświadczoną. I o tym, że to, co robię z Robertem , jest adekwatne do tego, co Moja Miłość robi z tamtymi kobietami teraz i zawsze.
Tymczasem z Robertem spędzałam niemal każdy wieczór i noc. Wracałam nad ranem,wchodziłam tak, by nie budzić Ciotki i reszty rodziny. Ciotka była pewna, że bawię się na dyskotekach z dziewczynami lub łażę z nimi na ogniska i nad jezioro . A ja w tym czasie ,po cichu odkrywałam cudowny świat erotyki. Robert odsłaniał przede mną tajniki Kamasutry i zapoznawał ze sztuką ars amandi. Był inny, niż Moja Wielka Miłość i wszyscy, których do tej pory spotkałam. Miałam szesnaście lat i już kilka doświadczeń z chłopakami.Żadnego z nich, z tych wcześniejszych doświadczeń, nie można było jednak porównać do tego, co przeżywałam będąc z Robertem. Czasem przechodziło mi przez myśl, że to nie plotki, że musi być naprawdę jakimś żigolakiem. Ale nie przeszkadzało mi to; ani też to, że moje koleżanki obraziły się na mnie:
– on bzyka cię, bo jemu tu na wsi nudno- mówiły- wszyscy tak gadają!
– tak? Ciekawe czemu bzyka mnie, a nie którąś z was?
– a my nawet byśmy go nie chciały! Rób co chcesz, twoja sprawa.
– właśnie. Moja sprawa.
Często chodziliśmy z Robertem nad jezioro i kąpaliśmy się o zachodzie słońca. Pewnego razu poszliśmy wieczorem wzdłuż jeziora. Usiedliśmy na wielkim, zwalonym przez burzę drzewie. Część drzewa leżała w wodzie. Zdjęłam sandałki i szłam po tym starym, bez życia już dębie, dokąd tylko dało się iść.
– czemu nie idziesz ze mną? Robert, chodź, chodź do mnie!- zawołałam
– nie. Wolę patrzeć stąd na Ciebie. Wiesz, w tej sukieneczce , gdy stąpasz po tym drzewie w świetle księżyca wyglądasz jak elf.
– mały elf- Emmanuelle! – zaśmiałam się.
– Emmanuelle…tak, Emmanuelle.

Przez cztery sierpniowe tygodnie , było zaledwie kilka dni, gdy nie widzieliśmy się. Dni, gdy pomagałam Ciotce robić konfitury i dżemy na zimę. Dni, gdy byłam słodką, grzeczną dziewczyną; dni, gdy dostawałam gęsiej skórki na widok kochających się par w przypadkiem włączonych przez Ciotkę filmach na tv. Wieczorami siadałam na werandzie i patrzyłam w stronę domu Roberta. I natychmiast musiałam odwracać się, by nie pobiec tam w nieumówiony dzień.
Gdy spotykaliśmy się, za każdym razem, od czasu naszej wyprawy na zwalone drzewo na jeziorze, Robert witał mnie słowami:
– jak się czuje dziś Mały Elf?
Brał mnie na ręce i niósł na łóżko. Rozbierał i po łacinie wyliczał każdą część mego ciała, której dotykał.
– czy jestem już dość dobra?- pytałam niepewnie
– Andżelika, to się albo ma, albo nie. Ty jesteś jak wulkan, ty jesteś sam sex. Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy?
– chodzi mi o technikę.
Zaśmiał się.
– ilu mężczyzn, tyle gustów. Mnie się podoba. Przecież sam ci pokazałem to i owo.
– a nie przeszkadza ci, że jestem taka…no, że nie mam wielkich piersi..?
Zaśmiał się. I śmiał się chyba całą minutę.
– taka inteligentna dziewczynka, a potrafi zadać tak głupie pytanie! Oj jakaś ty naiwna czasem Andżeliko!- mówił nadal śmiejąc się – nie, nie przeszkadza mi. Jesteś Małym Elfem, a nie dojrzałą kobietą , czy podstarzałą sex bombą. A jak już tak martwią cię te twoje piersi, to spójrz na swą ciotkę i matkę; jesteś do nich podobna i założę się, że za dwadzieścia lat, gdy urodzisz ze dwoje dzieci, będziesz taka pełna , jak one. Zadowolona?
– dwadzieścia lat to długo, strasznie długo.I żadnych dzieci nie chcę mieć! Zresztą pewnie mnie już nie będzie.
– dlaczego ma cię nie być?
– bo nie. Życie jest głupie i nie chcę tyle żyć.
Pomyślałam, że jeśli ani on, ani Moja Wielka Miłość mnie nie kocha, to chyba nie warto żyć.
– Andżelika, zaraz masz maturę, pójdziesz na studia, wtedy dopiero zaczyna się życie! Mówię ci! I nie gadaj już głupot.Mówisz jakbyś miała piętnaście lat. A właściwie- dotknął delikatnej skóry mych ud- …ile ty masz tak naprawdę lat?
– szesnaście. Miesiąc temu skończyłam…
Położył się obok i złapał za głowę.
– idiota! Kretyn!- krzyknął patrząc w sufit. Spojrzał na mnie:
– i miałaś już kilku chłopaków.Szybko zaczynasz. I nigdy ci nie było, jak ze mną…dziewczyno, wiesz, że nie zdziwiłbym się, gdyby twój ojciec strzaskał mi pysk! Dlaczego mnie oszukałaś?
– bo nie udzieliłbyś mi lekcji. Nie martw się, wszyscy się nabierają. Poza tym Małe Elfy muszą kłamać. Takie już są.
Tej nocy długo i jakby inaczej , niż zwykle kochaliśmy się.
*
Dwa dni przed moim powrotem do miasta i rozpoczęciem roku szkolnego , Robert zrobił imprezę w letnim ni to domku-ni altance swych rodziców. Altanka ta usytuowana była w ich wielkim, owocowym sadzie i faktycznie była malutkim, drewnianym domkiem z taką samą, maleńką werandą. Wszyscy jednak mówili na ów domek ” altanka”.
Robert zaprosił swych kolegów, ja koleżanki, z którymi zdążyłam już pogodzić się.
Graliśmy w karty, z radiomagnetofonu rozlegały się dźwięki Curów i Marillion, gdy nagle Beata, ta fałszywa suka, powiedziała jakby od niechcenia:
– aha, zapomniałabym: Marek przyjechał. Jakimś nowym motorem. Szukał cię Andżelika, ale powiedziałyśmy mu, że wyjechałaś z Ciotką do krewnych. Dobre, nie?
– niech spierdala- automatycznie odpowiedziałam.
Zakuło mnie serce, a Robert nagle spoważniał.
– zabawiłaś się mną, jak kotka myszą. Cwana jesteś, Bezwzględna !- powiedział, gdy wyszliśmy na zewnątrz.
– nieprawda. Nienawidzę go i nie wrócę do niego. Chyba …
– wrócisz.Powinienem teraz dać ci w twarz.
– a ja tobie.W końcu.. zdemoralizowałeś nieletnią.
– jesteś podła! Kłamliwa! Jeszcze dziecko, a tak złe!
– Lolita? Emmanuelle- powiedziałam i pocałowałam go słodko.
Piliśmy więcej, niż na każdej imprezie. Upijaliśmy się swym smutkiem ; upijaliśmy się tworząc przedziwną barierę anty -smutkową. Anty- uczuciową..?
Nie kocham go, nie!Nie kocham też już swej Wielkiej Miłości! Nie ma miłości! Żadnej!
O czym on myślał- nie wiem. Nie było to ważne; chciałam go, rozpaczliwie pożądałam i tylko to się wtedy liczyło.
Pijani , półprzytomni wynieśliśmy z altanki stary materac i ciągnąc go wgłąb sadu, pożegnaliśmy się z jego kolegami i moimi koleżankami. Ich min, ani wzroku nie muszę chyba opisywać.
Letni, nocny wiatr tulił nas, gdy kochaliśmy się wśród wysokich traw i gdy potem układaliśmy się do snu.
Rankiem obudziły nas ostre promienie sierpniowego słońca, które coraz mocniej, i coraz bardziej nachalnie muskały nasze twarze.
– może cię kocham…- szepnęłam dotykając ustami jego ud- ja już nie wiem czym jest miłość. Ale wiem, jak ją pożerać.
*
Szliśmy wśród łanów zbóż, które falując niczym wielki, złoty ocean, chwilami rozchylały się przed nami.
Nie mówiąc nic, trzymał mocno mą dłoń.
– nie wybaczę ci nigdy, że mnie okłamałaś.
– kiedy? Przecież poprosiłam, abyś nauczył mnie ” anatomii”.
– zgoda,ale oszukałaś mnie odnośnie swego wieku. Jesteś cwana. Wygrasz życie, ale możesz zgubić to najważniejsze: uczucia.
– ha! Nie ma uczuć lub są mało ważne. Sam tak mówiłeś śmiejąc się gdy czytałeś mi fragmenty Kamasutry. I pokazując te obrazki.
– chcesz być ekskluzywną dziwką?
– nie. Ale chcę poznać ten świat. I umieć się w nim znaleźć. Muszę podziękować ci. Nauczyłeś mnie wiele
Przerwał mi nagle-
-czyli to wszystko, to co robiliśmy, nie miało dla ciebie żadnego znaczenia…duchowego?
– miało i to duże. Chciałam cię kochać, ale boję się…
– czego?
– że mnie zostawisz. Jestem młoda i chcę żyć.
– niedawno mówiłaś, że nie chcesz!
– to było kilka dni temu. Czyli dawno.
Uśmiechnął się i przytulił mnie.
– jesteś okropna Andżelika! Demon jaki, czy co?
– nie demon, tylko Elf. Mały Elf.
*
Pomimo tego, że zaręczał, że chce się ze mną nadal spotykać, nie skorzystałam z tej kartki z jego adresem w mieście, którą mi wcisnął przed naszym rozstaniem.
Szłam do domu Ciotki dumna i pewna tego, że jeśli nie skończę z tym cyrkiem zwanym życiem, na pewno będę dobrą kochanką. Dla swej Wielkiej Miłości, a może i….
*
Gdy patrzyłam na niego trzydzieści lat później, w tej kawiarni, w której przypadkiem spotkałam jego i jego żonę ,widziałam tuż przy nim
ją,
dziewczęcą, dużo młodszą od niego.Śliczną, młodą kobietę. Była niemal jak ja wtedy; długie blond włosy, szczuplutka i delikatna.
Przemknęło mi przez myśl: Mały Elf? …

I patrząc w jego oczy, zobaczyłam jeszcze coś: jezioro i łany zbóż.
Wszystko nagle stało się
tak proste. Tak oczywiste,
A świat, poprzez swą powtarzalność, wydał się nagle
tak …doskonały!

 z internetu

Ostatni autobus*, czyli te cudowne lata osiemdziesiąte.

Ponury, listopadowy dzień. Od rana deszcz, potem mgły, potem szaruga i za chwilę ciemno. I znowu mgły.
Pomimo tego lubię listopad; szczególnie wtedy, gdy wspominam listopadowe historie sprzed lat.

Z serii:
Z pamiętnika Angie, czyli gdyby głupota miała skrzydła…

Był któryś z listopadów drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Piątek, pogoda taka sama jak dziś : ponuro, mgły rano i wieczorem. Wysiedzieć na zajęciach w ogólniaku graniczyło z cudem i naprawdę wymagało wielkiej siły / woli/. Teoretycznie, można było znów połazić po miasteczku zamiast udawać , że się uważa na lekcjach. I pewnie tak zrobiłabym gdyby nie Grazia, moja przyjaciółka, która miała dziś ważny sprawdzian i której musiałam pomóc. Musiałam, ponieważ tak postanowiłam. Od początku roztoczyłam nad nią opiekuńcze swe skrzydła i przyrzekłam jej ( oraz sobie) , że ona da radę.Najpierw pisałam jej wypracowania z j.polskiego i z historii, ale ponieważ nauczycielki szybko zorientowały się co do istnienia tego procederu, po otrzymaniu ostrej reprymendy, postanowiłam inaczej pomóc Grazi. Jedynym sposobem było poprawiać to, co sama próbowała płodzić. Było ciężko, ale z czasem Grazia nauczyła się pisać z sensem i niemal bez błędów. Gdy jednak nadchodził jakiś ważny dla Grazi dzień, moja pomoc / duchowa/ była niezbędna. Tak było i tamtego listopadowego dnia.
Musiałam być w szkole. Ponieważ posiadam wybitną umiejętność wyłączania się, jakoś zniosłam te wszystkie nudne godziny lekcji. Otuchy dodawała mi myśl, że po południu idziemy z Grazią do naszej ulubionej knajpy na oblewanie Grazi sprawdzianu. Niezależnie od jego wyniku, of course!
Ulubiona knajpa była oficjalnie kawiarnią i mieściła się w podziemiach ratusza. Oficjalnie, ponieważ w rzeczywistości była zwykłą knajpą, gdzie z wyjątkiem flaków, tatara i śledzika, piwa, wina i wódki nic nie można było dostać. W przeciwieństwie jednak do większości okolicznych knajp ,nie była typową mordownią. Było to miejsce na tyle przyjemne i dość spokojne, że gromadziła się tam zwykle młodzież z różnych szkół średnich. Często ci, którzy dojeżdżali z okolicznych miejscowości do tutejszych szkół ,miast marznąć na dworcu PKS w oczekiwaniu na godzinę odjazdu danego autobusu, czekali w naszej Ratuszowej.
Ponieważ los sprawił,  że zamieszkałam znów z Panią Matką na jej ukochanej prowincji, przez ostatni rok liceum musiałam wraz z innymi dojeżdżać do tego miasteczka. Oczywiście, jak pewnie domyślacie się, nie zawsze moja poranna jazda autobusem kończyła się posłusznym pójściem do szkoły. Ale to już zupełnie inna historia, którą może kiedyś opowiem.
Nasza Ratuszowa musiała mieć  w sobie przedziwny magnes , ponieważ nie było dnia, abyśmy po lekcjach nie zachodzili tam. Czasem zostawało się dłużej i wracało się jakimś wieczornym autobusem. Bywalcy knajpy tworzyli skupisko różnych ludzi; od młodzieży szkolnej począwszy, na starych, zaprawionych w knajpowych bojach wygach  skończywszy. Swoista zbieranina, mieszanina lub, jak ktoś woli mieszanka wybuchowa. I to niemal dosłownie, ponieważ czasem późnym wieczorem latały po knajpie krzesła i stoły i nasza ulubiona kelnerka, ciągle wściekła na cały świat pani Marysia ,przeklinając wszystkich pijaków na Ziemi telefonowała po milicję. Oczywiście znam to tylko z opowieści znajomych ;)
Ze względu na złą sławę Ratuszowej, koleżanka Grazia konsekwentnie unikała tego miejsca. Ale tylko początkowo tzn. dopóki nie wyjaśniłam jej, że mordobicia odbywają się tam po dwudziestej drugiej i absolutnie nie ma potrzeby się bać niczego , gdy się idzie tam o przyzwoitej porze. Poza tym zdążyłam poznać tam kilka ciekawych osób,przy których można czuć się bezpiecznie, z jedną z nich zaprzyjaźnić, w innej nawet lekko zakochać i nie ma powodu, by Grazia również ich nie poznała   ;)
W końcu Grazia przełamała niechęć do zapachu ( oraz smaku) piwa, wina i nawet wódki, kłębów dymu tytoniowego i widoku niekoniecznie subtelnych starych bywalców knajpy. Po lekcjach chodziła tam ze mną. Z biegiem dni tak się nawet rozkręciła, że czasem zamiast do szkoły szła do Ratuszowej i osobiście musiałam ją stamtąd wyciągać. Cóż,  prawda w porzekadle:
uczeń przewyższa mistrza. ;)
Tamtego piątkowego, listopadowego popołudnia poszłyśmy opijać, jak się okazało, udany sprawdzian Grazi. Uprzedziłyśmy Rodziców, że po szkole idziemy z ludźmi na imprezę i wrócimy tym ostatnim autobusem, po dwudziestej drugiej . Gdy weszłyśmy do knajpy, czekał na nas zarezerwowany przez naszą paczkę stolik.
Bawiłyśmy się jak zwykle wyśmienicie; jakiś stary, podpity marynarz klękając przede mną śpiewał na całą knajpę
” Czy te oczy mogą kłamać?” . Ubaw po pachy; musiałam jakoś znieść te wygłupy starego pijaka, ponieważ był potencjalnym sponsorem naszej imprezy.Nie dziwcie się, to lata osiemdziesiąte, inne realia. Żadnych bankomatów, żadnych kart kredytowych, jedynie kieszonkowe od rodziców, które nie obejmowało raczej imprez „z rozmachem”. Właściwie żadnych imprez w żadnych knajpach..;) Miałam zawsze jakieś niesamowite szczęście przyciągać swoją skromną osobą „dzianych” degeneratów różnej maści.Ponieważ nie sposób było w takich knajpach  od nich  się opędzić, trzeba było jakoś wykorzystać ich obecność. Zawsze więc Grazia była moją młodszą siostrą, mój chłopak Michał chłopakiem Grazi, kolega Bogdan moim kuzynem, kolega Krzysiek starszym bratem, koleżanka Daria narzeczoną kolegi Krzysztofa itd. Oczarowany mną delikwent, jeśli chciał się do nas przysiąść, nie miał innego wyjścia,jak tylko sponsorować nam imprezę.
W  tamten piątek kilkakrotnie próbowałam  wyciągnąć Grazię z knajpy, widząc jak nieuchronnie i coraz prędzej zbliża się czas odjazdu naszego autobusu. Ostatniego autobusu do naszej miejscowości.Przed 10 pożegnałyśmy się z resztą paczki, która rozeszła się do swych domów i zdyszane wbiegłyśmy na dworzec PKS.

Za późno. Ostatni autobus odjechał.
Grazia, osóbka bardzo wrażliwa i trzymana raczej krótko, rozpłakała się.
– muszę wrócić do domu, starzy mnie zabiją!
Ja mogłam zostać u którejś z koleżanek w tym miasteczku; miałam układ z Panią Matką taki, że
jeśli chcę się wściekać poza domem , mam koniecznie dać znać Pani Matce przez telefon gdzie nocuję.
Moim młodym czytelnikom przypomnę, że w latach osiemdziesiątych nie było przecież telefonów komórkowych. Nie mogli więc „starzy szpiegować” , wydzwaniać co pięć minut i sprawdzać „czy żyję i gdzie jestem”. Wszystko, każde wyjście, każdy nasz wyjazd podparty był zaufaniem Rodziców do nas. I za żadne skarby świata, ze względu na SIEBIE i swój własny interes, nie wolno było stracić tego zaufania!
– nie starzy, a chyba ja Cię zabiję!- warknęłam do Grazi- nie dość, że cały wieczór muszę robić za Twego Anioła Stróża, bo Ty , głupia, ufnie gadasz z tamtymi napalonymi półgłówkami, co już na sam widok twoich nóg ślinią się po pas, to teraz nie wiem jak dostać się z Tobą do domu!
Nie było innego wyjścia, jak zdając się na łut szczęścia lub cud w postaci np. jakiegoś spóźnionego autobusu do naszej miejscowości, zebrać się na odwagę i ruszyć przed siebie. W ciemną, mglistą, listopadową noc.
Miasteczko, w którym znajdował się nasz ogólniak( i Ratuszowa) dzieliło od naszej miejscowości , bagatela, 20 kilometrów.
20 km , przetkane kilkoma rozrzuconymi między polami i lasami wsiami.
Gdy tylko znalazłyśmy się poza zasięgiem świateł ostatnich domów i miejskich latarni , Grazia znów rozpłakała się.
– boję się! Zrób coś, zawróćmy!
– cicho bądź! Nie zawracamy, idziemy przed siebie, a jak się boisz, to śpiewaj!
– śpiewaj…?
– tak, durna. To pomaga, a poza tym odstraszy w razie czego jakieś leśne zwierzaki.
Niepotrzebnie wspomniałam o leśnych zwierzętach, bo Grazia znów rozpłakała się.
– nie wyj, tylko śpiewaj!- rozkazałam.
Nie mogę powiedzieć,że się nie bałam. Rozglądałam się co jakiś czas niepewnie; wokół las, przed nami i za nami pusta szosa. I ciemność. Bałam się, jednak nie mogłam pokazać tego Grazi. Musiałam grać twardą i hardą, musiałam taką się w końcu stać na tej ciemnej drodze, bo wiedziałam, że musimy iść. Bo nie ma nic gorszego, niż bezczynność. A poza tym miałam przecież gaz!
Gaz, mała buteleczka- spray,był prezentem od pewnego chłopaka, który podkochiwał się we mnie. Ów młodzieniec był synem milicjanta i w dowód swego uczucia do mnie, zdobył gaz. Od tamtej pory nigdy nie poruszałam się bez gazu. Wtedy leżał gdzieś między książkami i zeszytami w mej torbie. Przełożyłam go do kieszeni;  Grazia wyraźnie uspokoiła się. :)
Gdy szłyśmy śpiewając, nagle zza zakrętu wyłonił się autobus. Jechał w kierunku, w którym podążałyśmy. Kierowca widząc dwie dziewczyny idące dziarsko przed siebie, zatrzymał wóz obok nas. Okazało się, że w następnej wsi kończy kurs i może nas podrzucić te parę kilometrów.
– głupi ciul! – stwierdziła Grazia, gdy wysiadłyśmy- mógł nas zawieźć do końca!
Niestety Grazia chyba nie miała racji; ” do końca” oznaczało bowiem około 15 km dalej.
Gdy znalazłyśmy się na szosie w szczerym polu, Grazia znów trysnęła łzami.
– nie damy rady! To tak daleko!
jeszcze jedno słowo, a naprawdę zabiję Cię! Pomyśl o tym, że czasem trafia się szczęście. Może i nam się trafi. Przecież spotkałyśmy już autobus, może coś jeszcze będzie jechać…..
Ledwo wypowiedziałam te słowa, na horyzoncie pojawiła się taksówka. Jechała wprawdzie z naprzeciwka, czyli jakby od strony naszej miejscowości, ale czy to miało jakieś znaczenie?! Zatrzymujemy ją i koniec!
– a kasa?- spytała zaniepokojona Grazia- przecież nie mamy ani grosza, a taksówki są takie drogie…
– cicho! Ważne, by dojechać do domu! Potem powiem Mamie co i jak i zapłacimy.
Mój genialny plan nie do końca powiódł się. Na miejscu stwierdziłam brak Pani Matki w domu. Taaaak, ma przecież dyżur! Co robić? Taksiarz nie będzie czekał,aż polecę do szpitala i z powrotem; poza tym nie wypada mi się pokazać w zakładzie pracy Pani Matki rozsiewając woń piwska…Wiem! Już wiem!
Zapukałam do sąsiadów. Otworzyła zaspana żona sąsiada. Nie widziałam jej chyba pół roku, była w Stanach. Szybko przedstawiłam swoją paskudną sytuację i poprosiłam o pieniądze na taksówkę .Sąsiadka popatrzyła na mnie i jąkając się powiedziała cicho:
– tak, już pani pożyczam,tylko..tylko proszę powiedzieć mi …pani godność? Nie wiem z kim mam do czynienia…
Jasny gwint! Tego jeszcze mi brakowało!
– to ja! JA! ANGIE! Sąsiadka!
Kobieta spojrzała na mnie uważnie.
– ach tak! Już poznaję ! Jak ty się zmieniłaś przez te parę miesięcy! Jak schudłaś! I te blond włosy, i ten makijaż! Przepraszam, już daję ci kasę!
*
Pani Matka nie chciała słuchać do końca opowieści z poprzedniego dnia. Dała mi pieniądze, które natychmiast oddałam sąsiadce.
Powiedziała tylko:
– ja naprawdę nie wiem, po kim ty taka jesteś. Wdałaś się chyba w swą prababkę i innych naszych, awanturniczych przodków.   Dlaczego twoje rodzeństwo jest takie… spokojne, takie normalne?
:)))

***
Opowiadanie to dedykuję oczywiście Grazi, którą spotkałam rok temu po wielu, wielu latach i która pozwoliła mi opisać tę naszą  wędrówkę po pustych szosach w dawną, listopadową noc.
A co śpiewałyśmy wtedy?
Chyba to:


***

Rozgrzeszenie ;)

Na Waszą prośbę znów o miłości.

Dedykując mojej drogiej Andżelice;
Jeśli uważacie , że to to Harlequin, to bądźcie pewni,że spisany dokładnie z jej opowieści.
Z życia.
Bo ————-
może też trafi nam się w życiu kiedyś totalnie cudowny, kiczowaty ” harlequin”
;)

Nie śpię dzisiaj
Może nigdy nie będę.
Winy z przeszłości przyszły
Zobacz jak zbierają się razem.

Za oknem
Za drzwiami
I znam powody,
dla których wszystkie tutaj przyszły.

 

 

Przypadkiem wpadła mi w ręce. Moja stara,jedwabna, ciemnoczerwona torebeczka. A właściwie sakiewka, rodzaj woreczka z czarnymi sznureczkami- wstążeczkami, które zawiązane w śmieszną kokardę mocno ściskały jego końce. Wiedziałam co jest w środku tego połyskującego ciemną czerwienią woreczka. Przeszłość. Dni i noce, o których nie chciałam myśleć, które upchnęłam w najdalszą część swej duszy i tej starej komody. Wspomnienia, które czasem wracały w snach, brutalnie pieszcząc moje śpiące ciało. Wspomnienia, które musiałam odganiać gdy nachalnie próbowały wkraść się we mnie kiedy byłam z nim.
Nie wiem dlaczego czarne wstążeczki znalazły się znów w moich dłoniach. Nieposłuszne , te moje nieposłuszne palce jednym, sprawnym ruchem rozwiązały kokardę. Znów,jak przed dwoma laty trzymałam ją w rękach. Znów przeszedł mnie ten sam, ten doskonale znany dreszcz.
Moja czarna, jedwabna koszulka. Właściwie koszulinka, haleczka, która nie była ani koszulką, ani halką. Króciutka, na ramiączkach, pod biustem rozcięta. Dwa kawałki czarnego jedwabiu połączone w górnej części czarną koronką, która pajęczynką splotów delikatnych nici łączących porozrzucane gdzie nie gdzie czarne różyczki, niby zakrywając, w rzeczywistości poprzez dwa duże otwory cudownie odsłaniała moje jędrne piersi. Przy każdym moim kroku dwie czarne poły jedwabiu niżej,rozchylały się ukazując moje biodra i brzuch. I czarne, koronkowe majteczki.
Nie pamiętam już, który z nich mi ją podarował.Zresztą- czy to ważne? Nie,nigdy nie było to istotne. Byli moim dużymi, żywymi zabawkami; sympatycznymi stworzonkami, z których jedno, co mogłam z wzajemnością czerpać bez końca, to rozkosz. Mogłam pieprzyć się z nimi, pieprzyć ich, a potem pijąc wino z przyjaciółkami śmiać się z ich potknięć, gaf; z nich. I opowiadać o tych wszystkich drogich hotelach i wypasionych imprezach, na które mnie zapraszali. I chwalić się nowymi kieckami, torebeczkami, majteczkami, maskotkami od nich. Tak, mężczyźni to dość pożyteczne i nawet urocze stworzenia.
(…)
Adama poznałam na jednej z tych sztucznych, obrzydliwych imprez organizowanych przez Firmę. Miało nie być mnie tam, miałam znów jechać do Berlina. Życie plecie się jednak dziwnie; w ostatniej chwili nasz wyjazd został odwołany, w ostatniej chwili zdecydowałam się pójść na tę imprezę.
Jeśli istnieje coś takiego jak coup de fudre, to nagłe uderzenie pioruna nazywane zwykle i przez zwykłych ludzi miłością od pierwszego wejrzenia, to właśnie tego doświadczyłam w tamten piątkowy wieczór. Adam w swojej śmiesznej , niedbale włożonej w spodnie koszuli, grzecznej, ale stanowczo niemodnej fryzurze nie pasował do tych picusiów , tych wypacykowanych kretynów w nowych, drogich garniturach i pachnących najnowszym krzykiem mody perfumowej. Poznałam go, gdy podpita tańczyłam ze swoją potencjalną , kolejną ofiarą, napalonym, przystojnym, tępym skurwysynem. Niechcący wpadłam na Adama, któremu również niechcący wylało się białe wino na moją nową, piękną, oblepiającą me ciało niczym druga skóra, bardzo seksowną sukieneczkę w czarno- złote wzory. Spojrzałam w jego niebieskie oczy i po sekundzie wiedziałam już, że nie będzie moją dużą zabawką. Dwa dni później , ku zdziwieniu wszystkich znajomych, wprawiając w osłupienie swe przyjaciółki, zdecydowałam się być z nim. Tylko z nim.  Na zawsze..
(…)
Przez te kilkadziesiąt miesięcy naszego związku , często zastanawiałam się, czy on wie, czy zdaje sobie sprawę z tego , jaka byłam kiedyś. A może jaka nadal jestem wewnątrz…? I czy człowiek jest w stanie tak naprawdę zmienić swoją duszę?
Czy zna, czy chce znać mnie tamtą? Tę drugą mnie..?
Tego wieczora czułam się dziwnie zakładając znów tę jedwabną, obszytą na górze koronką z dwoma pustymi miejscami wyciętymi specjalnie na piersi haleczkę- nie haleczkę. Pończochy, czarne szpilki, niedbale upięte włosy. Ostry makijaż i mocne perfumy. Taką mnie ubóstwiali, taką siebie, świadomie zepsutą, rozkosznie wyuzdaną samiczkę homo sapiens ,kochałam.
Podeszłam do niego cicho. Czytał coś, na stole stało otwarte czerwone wino i nasze kieliszki. Zerknął na mnie nieśmiało zsuwając okulary. Lekki podmuch odkładanej na stół gazety, a może delikatny, czerwcowy wiatr, który dyskretnie  wdarł się do pokoju przez uchylone okno,  rozchylił poły mojego czarnego wdzianka, odsłaniając me czarne , koronkowe majtki, pełne biodra i wąską talię. Patrzyłam bez mrugnięcia, bez uśmiechu; patrzyłam uważnie na jego twarz. Oplótł mnie wzrokiem. Powoli, z góry na dół.
Delikatnie dotknął mych piersi, brzucha i łona. Wstał i z wprawą, do jakiej doszedł kochając się ze mną godzinami, zdjął ze mnie śliczne, koronkowe majtki. Nagle gwałtownie chwycił wpół i odwrócił od siebie. Jego ręka zatopiła się w moich włosach, druga z całych sił rozchyliła me uda. Zabolało, gdy poczułam go w sobie. Nie zwrócił na to uwagi ; a może zwrócił właśnie, może tego chciał.
-przestań, nie tak!
Nie słuchał. Chwytając mocno me włosy ,splatając je jakby bez czucia w dłoni , raz po raz wbijał się we mnie nie dotykając, nie całując mnie. I nie mówiąc nic.
Nagle spytał:
– tego chciałaś?
Nie odpowiedziałam. Poczułam na swych dłoniach trzymających  z całych sił wystający brzeg komody dziwne ciepło.Łzy. Moje zatrute łzy. W tej chwili obrócił mnie znów do siebie i położył na naszym ulubionym, miękkim dywanie. Patrząc zachłannie na moje piersi jednym, gwałtownym ruchem rozerwał to cudne, koronkowo- jedwabne wdzianko, które z kurewskim wdziękiem opatulało me ciało. Czarna koronka , która zamiast zasłaniać nie zasłaniała nic, leżała obok mnie na dywanie w postaci dziwnych, niezgrabnych skrawków pajęczyn. Dwie połowy jedwabnej halki- nie halki leżały osobno pode mną. Zamknęłam oczy.
Poczułam jego usta na swoich. Delikatnie całował mnie w szyję, dekolt, delikatnie dotykał językiem mych nabrzmiałych sutków i tak samo delikatnie je ssał. Pieścił mnie znów doskonale. Jak zawsze.
Nie rżnął już mnie ; kochał mnie jak zwykle, kochaliśmy się jak zawsze,teraz nie zwracając uwagi na kapiące na nas ze stołu z przewróconych wcześniej kieliszków , czerwone wino.
*
Leżeliśmy na miękkim dywanie obok siebie. Mokrzy.
Od potu i czerwonego wina.
– przepraszam- szepnął patrząc przed siebie.
– nie musisz.
– nie; przepraszam za to, że zniszczyłem Twoją …pamiątkę.
– nie szkodzi . Nie miała dla mnie żadnej wartości ..emocjonalnej.
Patrząc wciąż gdzieś w przestrzeń, chwycił mą rękę i uśmiechnął się.
– czy podobam ci się też taka? Czy możesz zaakceptować mnie też taką? Tę..drugą?
Milczał.
Oparł głowę na dłoni. Spojrzał na mnie , przycisnął moją otwartą dłoń do swych ust.

-Kocham Cię. Każdą.

***