Pocztówki z Malty ..już zawsze..? / Postcards from Malta..forever?

Żabbar
I słowo stało się..
wyjechał Pierworodny, opuścił kraj, jak mówi: forever. Od czasów ogólniaka uprzedzał,że nie zostanie tutaj;  podczas studiów nadal mówił, że wyjedzie na zawsze. To na zawsze , w mej głowie przeistoczone w kiedyś tam przyszło nagle w postaci niespodziewanie bezkompromisowego  dzisiaj. Całkiem niedawnego dzisiaj…
Uroczysta kolacja dla najbliższej rodziny we wrocławskim Rynku, potem wielki samochód Księżnej zapakowany tak, że jechaliśmy z Małą Wiedźmą i  Młodym Lwem w przedziwnych pozycjach trzymając na sobie jakieś Pierworodnego egzotyczne kwiaty w doniczkach. Przeprowadzka- część rzeczy z wrocławskiego mieszkania Pierworodnego do nas, reszta samolotem do jego nowego Homeland…
Lotnisko, odprawa bagażowa.Jesteśmy o czasie, ale Mama mielismy być wcześniej, dlaczego Mama nie wyjechaliście wszyscy pół godziny wcześniej?  Wszystko ok, ale czemu my wszyscy tak sobie siedzimy zamiast pilnować czasu no i przecież pękła mu podręczna torba! leci kupić nową.To pewnie znów nasza wina, nie uprzedziliśmy go! ;)
Godzina do odlotu. Czas iść..
Młody Lew przytulił brata.Nie przypuszczałem, że będzie mi tak bardzo smutno…
Dawno, bardzo dawno już nie widziałam ICH TAKICH…
To ja już Mama pożegnam się, pójdę…
Tylko nie pływaj sam w morzu, proszę!
Dobrze, nie będę pływać sam..I MACIE DO MNIE PRZYJECHAĆ! Będę tęsknić!
Odwrócił się  i do wszystkich ze łzami w oczach powtórzył to. Głośno: Macie przyjechać! 
Nie płakałam,ale coś ścisnęło mnie tak mocno, że nie mogłam wydusić już z siebie słowa.Odprowdzałam go wzrokiem, wszyscy odprowadzaliśmy go  do momentu gdy wsiadł do samolotu.A potem patrzyliśmy na startujący samolot…

Niby wszystko znajome-wszak latorośle  wciąż gdzieś latają; znajome więc i te odprawy, i nasze małe kłótnie na lotnisku, i widok odlatujących samolotów z nimi na pokładzie; a jednak teraz było naprawdę inaczej.
To :
NA ZAWSZE. Ehhhh…
Bo, wiecie- co innego gdy dziecko, które bywa nawet tylko raz na pół roku w domu czasem podróżuje, ale na stałe jest o te 50 km od Was, co innego, cholera, gdy jest probably forever prawie 3000 km stąd!

Ehhhhhhhhhhhh…..

Longing….

Są takie piosenki, które nagle wpadają w ucho i ” chodzą, chodzą” za człowiekiem, nie chcąc za nic odczepić sie. Są takie piosenki z gatunku muzyki, której raczej nie słuchamy/ bo już trochę za starzy, bo przecież mamy swoje, sprawdzone, ukochane dźwięki/. Są takie piosenki, które, nie dość, że wpadły na dobre w ucho, to wzbudzają różne,często całkiem niespodziewane emocje.
Gdy słucham tego, gdy patrzę na pierwsze video…
myślę natychmiast o mojej Małej Wiedźmie. Jest niemal identyczna, jak te śliczne dziewczęta z teledysku.Wiem, wiem- matki zawsze chwalą, matki nie mogą być obiektywne. Ale wierzcie mi: wyrosła na tak piękną,zgrabną ,od dawna już wyższą ode mnie dziewczynę,że czasem zastanawiam się, jak ja /160 cm.wzrostu Kurczaczek– jak pieszczotliwie nazywa mnie mój Pan B./ mogłam być współautorką tego Chodzącego Cudu. Cudu o niesłychanie skomplikowanym i niespecjalnie dobrym charakterze, ale o tym nie absolutnie tu nie będę mówić; albo udźwignę dorastanie Cudu, albo..zobaczyny ;)
Cud Mój chgyba zabiłby mnie, gdyby wiedział, że ” znów coś tam o niej mówię obcym” .A już na pewno za to, że utożsamiam ją z tymi” głupimi debilkami z płaskich clipów” .Przecież ona nie słucha takiego szajsu, przecież ona nie chodzi na takie imprezy, przecież : wtedy, za Twoich Mamo, młodych lat, była lepsza moda, lepsze fryzury, ubrania, ach!
Za moich młodych lat… Dziecko Moje Drogie…ehhh, nie ma co mówić, było inaczej, nie było tego… wdzięku!
Gdy patrzę na ten teledysk , widzę moją Małą W. Ma piękne, gęste, długie, jasnobrązowe włosy,ślicznie wyrzeźbione usta, zielono- niebieskie oczy, ciemną karnację,zgrabne, długie nogi, nosi bardzo dopasowne dżinsy i krótkie kurteczki, a stroje kąpielowe wybiera sobie godzinami, bo mają być ” nie jak wszystkie” …
Nic nie mówię, staram sie być li tylko obserwatorem i cichym doradcą, a w rzeczywistości -niewidzialnym body guard, który , przede wzystkim jednak ufając/ i w nią, i jej/ , stara się, nie wchodząc jej w drogę, roztaczać na nią opiekę i strzec w miarę swoich , gaszonych ciągle ” nie jestem jak te inne! ” matczynych możliwości.
Nie wiem czy uspokoję się. Może, gdy naprawdę dorośnie…?

*

Poniższy film, clip do tej samej piosenki też coś przywodzi mi na myśl…
nie, o tym nie powiem.

Top secret! ;)

***

I’m cool , czyli oswajanie smoka itd. ;)

Dwa lata temu temu, gdy słyszałam galeria handlowa, wzdrygało mną. Nie cierpię, nie pojadę! Nie znoszę hałasu, tłumów, bijących po oczach kolorowych szyldów i reklam. Mam swoje ulubione sklepy z odzieżą ( najbardziej lubię malutki „artystyczny sklep” w pobliskim miasteczku , gdzie można kupić rzeczy niepospolite, sprzedawane po jednym, dwa egzemplarze w danym rozmiarze) .Poza tym jestem zatwardziałym chomikiem i kolekcjonuję sukienki, bluzeczki i różne fatałaszki , które po prostu lubię i co może nie do wiary, nawet po kilkunastu latach noszę! Co ciekawsze: gdy zrobię czasem( raz na rok, dwa lata) segregację, remanent, czystkę /czy jak to zwał/ i wyrzucę w końcu jakiś ciuch, po jakimś czasie szukam go znów w szafie, bo… akurat dziś przydałby się! :)
Nie lubiłam galerii handlowych i szlag mnie trafiał, gdy musiałam w nich bywać. Musiałam bywać, albowiem( i ponieważ) gdy się ma w domu nastoletnie latorośle , szczególnie te płci żeńskiej…nie zawsze uda mi się wrobić w dyżur nad nimi i ich przyjaciółkami, gdy te są na zakupach rodziców tych drugich, jej starszych braci, wujka itd.
Najpierw oswoiłam schody ruchome. Nie tylko dlatego,że słyszałam od swych latorośli płci obojga mama,nie możesz jeździć tylko windą, nie bój się schodów, robisz wieś! . Ogólnie takie argumenty nie ruszają starego. Oswoiłam, ponieważ postanowiłam przełamać swój lęk, swoistą traumę, której nabawiałam się w dzieciństwie na Okęciu. Otóż gdy byłam tam z moim szanownym Ojcem , gdy weszliśmy na ruchome schody, by przemieścić się niżej, źle stanęłam na schodku i nie dość, że straciłam równowagę, przewróciłam się, to przewróciłam osobę przede mną, ta następną…jak klocuszki domino! Nie lubiłam ruchomych schodów i później nawet moje częste pobyty na lotniskach nie zmieniły tego. Zawsze przecież jest winda! ;)
Postanowiłam jednak przełamać ten lęk, tę dziwną fobię i udało mi się. Pewnego razu mój Młody Lew chwycił mnie za rękę i weszłam z nim na te cholerne schody. Gdy stwierdziłam, że smok pokonany, przestałam na nie zwracać uwagę. Nawet polubiłam je ( może za bardzo, bo kiedyś tak zamyśliłam się, że jadąc z piętra na piętro, znalazłam się nagle na samym szczycie i musiałam potem szukać właściwego piętra, na którym umówiłam się z Małą W….) ;)
Polubiłam w galeriach…możliwość odcięcia się od zakupów (!) mych latorośli ( kontrola z bliska-daleka). Znalazłam miłe kawiarenki, gdzie zamawiałam sobie pyszne desery lodowe i bez nasłuchu i podsłuchu mogłam gadać przez telefon.
Aż w końcu pewnego razu przykuł moją uwagę wielki szyld nad jednym ze sklepów: PROMOCJA! A obok inny: SALE:50%. A tuż obok, nad innym: -40%!
Musiałabym chyba nie być kobietą, nie być sobą, by tam nie wejść. I weszłam….
Przecież te koraliki pasują do tej mojej ulubionej sukieneczki! O! Jaka ładna, w kwiaty, taką zawsze chciałam mieć! A ta? Muszę przymierzyć! Tylko nie daj się ponieść Angie!A jak już, to tylko tak troszkę, w granicach rozsądku! ;)))
W przymierzalniach modliłam się, by nie było telefonu: mama, gdzie jesteś??
A jednak:
– mama, gdzie jesteś?
– w przymierzalni. Zaraz idę do was!
Śpieszę się, ale na drodze pojawia się kolejny kusiciel z napisem minus ileś tam…
– mama, czekamy na Ciebie na dole, tam gdzie mamy coś zjeść, coś się stało?
– cholera jasna, dziecko, dzwonisz, gdy ja stoję nago w przymierzalni! Zaraz będę!
Dzwoni A. Nie, nie teraz! Nie mogę teraz odebrać, kurczę, zadzwonię potem! ;)
Jest straszny upał i cudowne jest to, że w tych galeriach jest klima! Ale przymierzanie tych kiecek to i tak jednak ciężka sprawa dziś. I czasochłonna. Czy tylko dziś ja tak muszę się męczyć?
Nie, chyba nie tylko ja. W przymierzalni jest kilka boksów i tam też dzwonią komórki:
– jestem w toalecie serce. Już, już, czekaj na przystanku , najwyżej pojedziemy następnym!
Z innego boksu słyszę:
– na przystanku..tak stoję, czekam, niedługo będę w domu, pa!
Pewna dziewczyna ma mniej szczęścia.On nie czeka gdzieś tam, on jest tutaj!
– już?
– jeszcze chwilka. Mierzę tę ostatnią.
– kochanie, jesteśmy w TYM JEDNYM SKLEPIE już godzinę!
– niemożliwe! Przecież dopiero weszliśmy
!

*
Droga powrotna to wyścig z czasem. Nad Wrocławiem burza, pędzimy na dworzec. Przed nawałnicą zdążyłam zrobić kilka zdjęć:

W domu słyszę:
-O, mama, C & A , Reserved!
itd.
A co? Czy ja nie mogę też być
COOL?!

;)))
***

Mara, ja i Marco ;)

Goście z Włoch opuścili dziś zamek. Przyznam, że choć rzadko w zamku cicho, po wyjeździe Mary i Alice ( pomimo tego , że dziś mieszkańców prawie tyle samo, co zwykle) zrobiło się dziwnie i nieswojo. I jakoś tak smutno.
Czas spędzony z nimi był chyba najwspanialszym czasem od wielu, wielu dni. Z różnych przyczyn nie mogłam przez wszystkie dni towarzyszyć im w zwiedzaniu Dolnego Śląska( kurka, ktoś w końcu musiał stać w kuchni i sporządzać tradycyjne polskie dania! ! ), ale mój Pierworodny doskonale wcielił się po raz kolejny rolę przewodnika i stanął ( jak zwykle) na wysokości zadania. Włoszki zachwyciły się Polską! :) Polską kuchnią również- specjalnie , podczas wycieczek nie objadały się w restauracjach, by zjeść wieczorem dobry, polski dinner, który przygotowała Agnieszka. :)
Mara, matka Alice dopiero zaczyna uczyć się j.angielskiego. Alice mówi płynnie po angielsku. Nikt z naszej rodziny nie zna włoskiego, więc gdy mówiliśmy coś do Mary, tłumaczyła z angielskiego na włoski Alice.
W przedostatni dzień ich pobytu udałam się wraz z nimi i niemal połową rodziny na wycieczkę do Książa. Jechaliśmy w dwa vany .
Księżna zdecydowała, że Mara jedzie ze mną i z nią.
– Mamo, ale jak my będziemy rozmawiać z Marą? Przecież ona ani w ząb angielskiego, tylko jakieś pojedyncze słowa..a my włoskiego ani w ząb!
– ja pamiętam jeszcze trochę łacinę – przerwała Księżna- poza tym byłam przecież u nich we Włoszech i jakoś dogadałam się. Nawet bez Piotra i Alicji! Nie martw się, bierzemy Marę!
Ponieważ niedomagałam i nie mogłam prowadzić, a Pani Matka strzeże swego Vana jak rzadko czego na świecie, a i ja nie chcę mieć zbyt wiele do czynienia z nie swoim automobilem , 95% rozmów ( przecież trzeba mieć kontakt wzrokowy z rozmówcą! ) z Marą spoczęło na mnie. Ale jak tu rozmawiać z Włoszką, gdy ja nie znam włoskiego, a ona tylko kilka angielskich słów??
Księżna jednak potrafi być przebiegła; wrobiła mnie jak nic! ;)))
Mimo wszystko-
Rozmawiałyśmy całą drogę! Nie wiem jak to zrobiłyśmy, ale Mara zrozumiała niemal wszystko, co chciałyśmy jej przekazać.
Był to jakiś cudowny polsko- angielsko- włosko- łaciński mix . Oraz wyższej szkoły pantomima , of course! :)
Ci z drugiego vana oraz ci , którzy nie mogli z nami pojechać, co chwila dzwonili ( złośliwcy!) i ze śmiechem dopytywali się ” co tam słychać”. Tymczasem głowiłam się jak np. powiedzieć Marze, że właśnie widzimy za mgłą góry.
Małe góry za mgłą.
Hills nie przeszło..Ani little mountains, nie mówiąc już o fog lub mist…Pozostały ——ręce własne.
Doszłyśmy:
collina po włosku! A mgła to nebbia.
Po wykrztuszeniu „clouds”i pokazaniu ciemnych chmur oraz collin, wszystko było ok.
Nie będę już opisywać jak opowiadałam Marze o polach, lasach i jeziorkach, które mijałyśmy. ” Look at this lake Mara!” to było za ostre. Trzeba było wtrącić” aqua” .
Mimo wszystko, Mara łapała w mig.
Przegięciem mojej Księżnej jednak było to, gdy postanowiła opowiedzieć (moimi ustami i głosem- wszak prowadziła… ) Marze historię Księżnej Daisy! Pani Matka zna na pamięć, ze szczegółami( których ,tym razem mi na szczęście oszczędziła) losy Daisy i zamka Książ.
Doprawdy nie wiem jakim cudem udało mi się przekazać Włoszce opowieść o pięknej Daisy.
Biedny mój mózg/ my poor brain!/ chyba dosłownie był przegrzany. Nie mogłam mówić nawet swoją średnią ( może raczej „pseudo-” ) angielszczyzną, bo im bardziej złożone zdanie angielskie, tym mniej Mara rozumie… Pozostały tylko gesty, mnóstwo słów z różnych języków świata i…
gdy Mara weszła na Książ, znała już niemal całą historię Księżnej Daisy! Powiedziała córce, gdy ta tłumaczyła jej angielski tekst z przewodnika: ale ja już to wiem od Agnes i Joany !
Nagle, gdy zwiedzałyśmy zamek Alice spytała Marę, jak to możliwe,że my tak dobrze się porozumiałyśmy w samochodzie.
Mara odpowiedziała Alice/ po włosku , of course/
– ja rozumiem wszystko, co Agnieszka do mnie mówi, bo …my jesteśmy bardzo podobne do siebie!
:)))))))))))
Swoją drogą to już chyba znamienne, że My, ci urodzeni na początku lat siedemdziesiątych zawsze ( i pomimo) , potrafimy się jakoś porozumieć!
*
O Książu napiszę następnym razem.

Tymczasem słucham włoskich piosenek, które dostałam od Mary i Alice.
Successi Italiani :)))
*
Oczywiście
nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła podczas ich pobytu tego / nawet nie tak starego/ dinozaura.

(…)
Tą dziecięcą świeżością
tą niespotykaną urodą [wyglądem obcokrajowca]
sprawiłaś, że zakochałem się w Tobie
ale moja gwiazda zaświeci…

Granica – wróg miłości
granica istnieje granica
nie istnieje żadna flaga, miłość w wolności
Nikt nas już nigdy nie rozdzieli
będę Cię kochał bezgranicznie
będę podążał Twoją ścieżką

(…)
Byłam nieupierzonym podlotkiem, gdy ta piosenka była tak popularna. Zapamiętałam ją, potem odnalazłam w sieci.
DZIŚ
wzruszyliśmy się. Wszyscy, trzy pokolenia. Naprawdę.

***

/Cholera jasna, że też człowiek jest uwarunkowany tym pędzącym czasem, pieniędzmi, że to życie coraz częściej się wydaje tak krótkie, zbyt krótkie, by zrealizować różne marzenia, osiągnąć pewne cele! Ehhh…../

Nie wykpię się już niczym i pojadę do Włoch do nich, na pewno. Nie w lecie , of course, wiedzą, że przy 22 stopniach C. już umieram ;)!

Słucham, słucham tej włosko- polskiej piosenki sprzed lat i coraz częściej wydaje mi się naprawdę śliczna! Kicz kiczem, ale uroda i głos tego Włocha…ehhhh!
;)

***