W królestwie róż/ In the kingdom of roses

moje róże 2016 (11)

 

moje róże 2016 (45)

W moim ogrodzie/ In my garden
:)

***

Pocztówki z Malty ..już zawsze..? / Postcards from Malta..forever?

Żabbar
I słowo stało się..
wyjechał Pierworodny, opuścił kraj, jak mówi: forever. Od czasów ogólniaka uprzedzał,że nie zostanie tutaj;  podczas studiów nadal mówił, że wyjedzie na zawsze. To na zawsze , w mej głowie przeistoczone w kiedyś tam przyszło nagle w postaci niespodziewanie bezkompromisowego  dzisiaj. Całkiem niedawnego dzisiaj…
Uroczysta kolacja dla najbliższej rodziny we wrocławskim Rynku, potem wielki samochód Księżnej zapakowany tak, że jechaliśmy z Małą Wiedźmą i  Młodym Lwem w przedziwnych pozycjach trzymając na sobie jakieś Pierworodnego egzotyczne kwiaty w doniczkach. Przeprowadzka- część rzeczy z wrocławskiego mieszkania Pierworodnego do nas, reszta samolotem do jego nowego Homeland…
Lotnisko, odprawa bagażowa.Jesteśmy o czasie, ale Mama mielismy być wcześniej, dlaczego Mama nie wyjechaliście wszyscy pół godziny wcześniej?  Wszystko ok, ale czemu my wszyscy tak sobie siedzimy zamiast pilnować czasu no i przecież pękła mu podręczna torba! leci kupić nową.To pewnie znów nasza wina, nie uprzedziliśmy go! ;)
Godzina do odlotu. Czas iść..
Młody Lew przytulił brata.Nie przypuszczałem, że będzie mi tak bardzo smutno…
Dawno, bardzo dawno już nie widziałam ICH TAKICH…
To ja już Mama pożegnam się, pójdę…
Tylko nie pływaj sam w morzu, proszę!
Dobrze, nie będę pływać sam..I MACIE DO MNIE PRZYJECHAĆ! Będę tęsknić!
Odwrócił się  i do wszystkich ze łzami w oczach powtórzył to. Głośno: Macie przyjechać! 
Nie płakałam,ale coś ścisnęło mnie tak mocno, że nie mogłam wydusić już z siebie słowa.Odprowdzałam go wzrokiem, wszyscy odprowadzaliśmy go  do momentu gdy wsiadł do samolotu.A potem patrzyliśmy na startujący samolot…

Niby wszystko znajome-wszak latorośle  wciąż gdzieś latają; znajome więc i te odprawy, i nasze małe kłótnie na lotnisku, i widok odlatujących samolotów z nimi na pokładzie; a jednak teraz było naprawdę inaczej.
To :
NA ZAWSZE. Ehhhh…
Bo, wiecie- co innego gdy dziecko, które bywa nawet tylko raz na pół roku w domu czasem podróżuje, ale na stałe jest o te 50 km od Was, co innego, cholera, gdy jest probably forever prawie 3000 km stąd!

Ehhhhhhhhhhhh…..

Longing….

Są takie piosenki, które nagle wpadają w ucho i ” chodzą, chodzą” za człowiekiem, nie chcąc za nic odczepić sie. Są takie piosenki z gatunku muzyki, której raczej nie słuchamy/ bo już trochę za starzy, bo przecież mamy swoje, sprawdzone, ukochane dźwięki/. Są takie piosenki, które, nie dość, że wpadły na dobre w ucho, to wzbudzają różne,często całkiem niespodziewane emocje.
Gdy słucham tego, gdy patrzę na pierwsze video…
myślę natychmiast o mojej Małej Wiedźmie. Jest niemal identyczna, jak te śliczne dziewczęta z teledysku.Wiem, wiem- matki zawsze chwalą, matki nie mogą być obiektywne. Ale wierzcie mi: wyrosła na tak piękną,zgrabną ,od dawna już wyższą ode mnie dziewczynę,że czasem zastanawiam się, jak ja /160 cm.wzrostu Kurczaczek– jak pieszczotliwie nazywa mnie mój Pan B./ mogłam być współautorką tego Chodzącego Cudu. Cudu o niesłychanie skomplikowanym i niespecjalnie dobrym charakterze, ale o tym nie absolutnie tu nie będę mówić; albo udźwignę dorastanie Cudu, albo..zobaczyny ;)
Cud Mój chgyba zabiłby mnie, gdyby wiedział, że ” znów coś tam o niej mówię obcym” .A już na pewno za to, że utożsamiam ją z tymi” głupimi debilkami z płaskich clipów” .Przecież ona nie słucha takiego szajsu, przecież ona nie chodzi na takie imprezy, przecież : wtedy, za Twoich Mamo, młodych lat, była lepsza moda, lepsze fryzury, ubrania, ach!
Za moich młodych lat… Dziecko Moje Drogie…ehhh, nie ma co mówić, było inaczej, nie było tego… wdzięku!
Gdy patrzę na ten teledysk , widzę moją Małą W. Ma piękne, gęste, długie, jasnobrązowe włosy,ślicznie wyrzeźbione usta, zielono- niebieskie oczy, ciemną karnację,zgrabne, długie nogi, nosi bardzo dopasowne dżinsy i krótkie kurteczki, a stroje kąpielowe wybiera sobie godzinami, bo mają być ” nie jak wszystkie” …
Nic nie mówię, staram sie być li tylko obserwatorem i cichym doradcą, a w rzeczywistości -niewidzialnym body guard, który , przede wzystkim jednak ufając/ i w nią, i jej/ , stara się, nie wchodząc jej w drogę, roztaczać na nią opiekę i strzec w miarę swoich , gaszonych ciągle ” nie jestem jak te inne! ” matczynych możliwości.
Nie wiem czy uspokoję się. Może, gdy naprawdę dorośnie…?

*

Poniższy film, clip do tej samej piosenki też coś przywodzi mi na myśl…
nie, o tym nie powiem.

Top secret! ;)

***

I’m cool , czyli oswajanie smoka itd. ;)

Dwa lata temu temu, gdy słyszałam galeria handlowa, wzdrygało mną. Nie cierpię, nie pojadę! Nie znoszę hałasu, tłumów, bijących po oczach kolorowych szyldów i reklam. Mam swoje ulubione sklepy z odzieżą ( najbardziej lubię malutki „artystyczny sklep” w pobliskim miasteczku , gdzie można kupić rzeczy niepospolite, sprzedawane po jednym, dwa egzemplarze w danym rozmiarze) .Poza tym jestem zatwardziałym chomikiem i kolekcjonuję sukienki, bluzeczki i różne fatałaszki , które po prostu lubię i co może nie do wiary, nawet po kilkunastu latach noszę! Co ciekawsze: gdy zrobię czasem( raz na rok, dwa lata) segregację, remanent, czystkę /czy jak to zwał/ i wyrzucę w końcu jakiś ciuch, po jakimś czasie szukam go znów w szafie, bo… akurat dziś przydałby się! :)
Nie lubiłam galerii handlowych i szlag mnie trafiał, gdy musiałam w nich bywać. Musiałam bywać, albowiem( i ponieważ) gdy się ma w domu nastoletnie latorośle , szczególnie te płci żeńskiej…nie zawsze uda mi się wrobić w dyżur nad nimi i ich przyjaciółkami, gdy te są na zakupach rodziców tych drugich, jej starszych braci, wujka itd.
Najpierw oswoiłam schody ruchome. Nie tylko dlatego,że słyszałam od swych latorośli płci obojga mama,nie możesz jeździć tylko windą, nie bój się schodów, robisz wieś! . Ogólnie takie argumenty nie ruszają starego. Oswoiłam, ponieważ postanowiłam przełamać swój lęk, swoistą traumę, której nabawiałam się w dzieciństwie na Okęciu. Otóż gdy byłam tam z moim szanownym Ojcem , gdy weszliśmy na ruchome schody, by przemieścić się niżej, źle stanęłam na schodku i nie dość, że straciłam równowagę, przewróciłam się, to przewróciłam osobę przede mną, ta następną…jak klocuszki domino! Nie lubiłam ruchomych schodów i później nawet moje częste pobyty na lotniskach nie zmieniły tego. Zawsze przecież jest winda! ;)
Postanowiłam jednak przełamać ten lęk, tę dziwną fobię i udało mi się. Pewnego razu mój Młody Lew chwycił mnie za rękę i weszłam z nim na te cholerne schody. Gdy stwierdziłam, że smok pokonany, przestałam na nie zwracać uwagę. Nawet polubiłam je ( może za bardzo, bo kiedyś tak zamyśliłam się, że jadąc z piętra na piętro, znalazłam się nagle na samym szczycie i musiałam potem szukać właściwego piętra, na którym umówiłam się z Małą W….) ;)
Polubiłam w galeriach…możliwość odcięcia się od zakupów (!) mych latorośli ( kontrola z bliska-daleka). Znalazłam miłe kawiarenki, gdzie zamawiałam sobie pyszne desery lodowe i bez nasłuchu i podsłuchu mogłam gadać przez telefon.
Aż w końcu pewnego razu przykuł moją uwagę wielki szyld nad jednym ze sklepów: PROMOCJA! A obok inny: SALE:50%. A tuż obok, nad innym: -40%!
Musiałabym chyba nie być kobietą, nie być sobą, by tam nie wejść. I weszłam….
Przecież te koraliki pasują do tej mojej ulubionej sukieneczki! O! Jaka ładna, w kwiaty, taką zawsze chciałam mieć! A ta? Muszę przymierzyć! Tylko nie daj się ponieść Angie!A jak już, to tylko tak troszkę, w granicach rozsądku! ;)))
W przymierzalniach modliłam się, by nie było telefonu: mama, gdzie jesteś??
A jednak:
– mama, gdzie jesteś?
– w przymierzalni. Zaraz idę do was!
Śpieszę się, ale na drodze pojawia się kolejny kusiciel z napisem minus ileś tam…
– mama, czekamy na Ciebie na dole, tam gdzie mamy coś zjeść, coś się stało?
– cholera jasna, dziecko, dzwonisz, gdy ja stoję nago w przymierzalni! Zaraz będę!
Dzwoni A. Nie, nie teraz! Nie mogę teraz odebrać, kurczę, zadzwonię potem! ;)
Jest straszny upał i cudowne jest to, że w tych galeriach jest klima! Ale przymierzanie tych kiecek to i tak jednak ciężka sprawa dziś. I czasochłonna. Czy tylko dziś ja tak muszę się męczyć?
Nie, chyba nie tylko ja. W przymierzalni jest kilka boksów i tam też dzwonią komórki:
– jestem w toalecie serce. Już, już, czekaj na przystanku , najwyżej pojedziemy następnym!
Z innego boksu słyszę:
– na przystanku..tak stoję, czekam, niedługo będę w domu, pa!
Pewna dziewczyna ma mniej szczęścia.On nie czeka gdzieś tam, on jest tutaj!
– już?
– jeszcze chwilka. Mierzę tę ostatnią.
– kochanie, jesteśmy w TYM JEDNYM SKLEPIE już godzinę!
– niemożliwe! Przecież dopiero weszliśmy
!

*
Droga powrotna to wyścig z czasem. Nad Wrocławiem burza, pędzimy na dworzec. Przed nawałnicą zdążyłam zrobić kilka zdjęć:

W domu słyszę:
-O, mama, C & A , Reserved!
itd.
A co? Czy ja nie mogę też być
COOL?!

;)))
***

Mara, ja i Marco ;)

Goście z Włoch opuścili dziś zamek. Przyznam, że choć rzadko w zamku cicho, po wyjeździe Mary i Alice ( pomimo tego , że dziś mieszkańców prawie tyle samo, co zwykle) zrobiło się dziwnie i nieswojo. I jakoś tak smutno.
Czas spędzony z nimi był chyba najwspanialszym czasem od wielu, wielu dni. Z różnych przyczyn nie mogłam przez wszystkie dni towarzyszyć im w zwiedzaniu Dolnego Śląska( kurka, ktoś w końcu musiał stać w kuchni i sporządzać tradycyjne polskie dania! ! ), ale mój Pierworodny doskonale wcielił się po raz kolejny rolę przewodnika i stanął ( jak zwykle) na wysokości zadania. Włoszki zachwyciły się Polską! :) Polską kuchnią również- specjalnie , podczas wycieczek nie objadały się w restauracjach, by zjeść wieczorem dobry, polski dinner, który przygotowała Agnieszka. :)
Mara, matka Alice dopiero zaczyna uczyć się j.angielskiego. Alice mówi płynnie po angielsku. Nikt z naszej rodziny nie zna włoskiego, więc gdy mówiliśmy coś do Mary, tłumaczyła z angielskiego na włoski Alice.
W przedostatni dzień ich pobytu udałam się wraz z nimi i niemal połową rodziny na wycieczkę do Książa. Jechaliśmy w dwa vany .
Księżna zdecydowała, że Mara jedzie ze mną i z nią.
– Mamo, ale jak my będziemy rozmawiać z Marą? Przecież ona ani w ząb angielskiego, tylko jakieś pojedyncze słowa..a my włoskiego ani w ząb!
– ja pamiętam jeszcze trochę łacinę – przerwała Księżna- poza tym byłam przecież u nich we Włoszech i jakoś dogadałam się. Nawet bez Piotra i Alicji! Nie martw się, bierzemy Marę!
Ponieważ niedomagałam i nie mogłam prowadzić, a Pani Matka strzeże swego Vana jak rzadko czego na świecie, a i ja nie chcę mieć zbyt wiele do czynienia z nie swoim automobilem , 95% rozmów ( przecież trzeba mieć kontakt wzrokowy z rozmówcą! ) z Marą spoczęło na mnie. Ale jak tu rozmawiać z Włoszką, gdy ja nie znam włoskiego, a ona tylko kilka angielskich słów??
Księżna jednak potrafi być przebiegła; wrobiła mnie jak nic! ;)))
Mimo wszystko-
Rozmawiałyśmy całą drogę! Nie wiem jak to zrobiłyśmy, ale Mara zrozumiała niemal wszystko, co chciałyśmy jej przekazać.
Był to jakiś cudowny polsko- angielsko- włosko- łaciński mix . Oraz wyższej szkoły pantomima , of course! :)
Ci z drugiego vana oraz ci , którzy nie mogli z nami pojechać, co chwila dzwonili ( złośliwcy!) i ze śmiechem dopytywali się ” co tam słychać”. Tymczasem głowiłam się jak np. powiedzieć Marze, że właśnie widzimy za mgłą góry.
Małe góry za mgłą.
Hills nie przeszło..Ani little mountains, nie mówiąc już o fog lub mist…Pozostały ——ręce własne.
Doszłyśmy:
collina po włosku! A mgła to nebbia.
Po wykrztuszeniu „clouds”i pokazaniu ciemnych chmur oraz collin, wszystko było ok.
Nie będę już opisywać jak opowiadałam Marze o polach, lasach i jeziorkach, które mijałyśmy. ” Look at this lake Mara!” to było za ostre. Trzeba było wtrącić” aqua” .
Mimo wszystko, Mara łapała w mig.
Przegięciem mojej Księżnej jednak było to, gdy postanowiła opowiedzieć (moimi ustami i głosem- wszak prowadziła… ) Marze historię Księżnej Daisy! Pani Matka zna na pamięć, ze szczegółami( których ,tym razem mi na szczęście oszczędziła) losy Daisy i zamka Książ.
Doprawdy nie wiem jakim cudem udało mi się przekazać Włoszce opowieść o pięknej Daisy.
Biedny mój mózg/ my poor brain!/ chyba dosłownie był przegrzany. Nie mogłam mówić nawet swoją średnią ( może raczej „pseudo-” ) angielszczyzną, bo im bardziej złożone zdanie angielskie, tym mniej Mara rozumie… Pozostały tylko gesty, mnóstwo słów z różnych języków świata i…
gdy Mara weszła na Książ, znała już niemal całą historię Księżnej Daisy! Powiedziała córce, gdy ta tłumaczyła jej angielski tekst z przewodnika: ale ja już to wiem od Agnes i Joany !
Nagle, gdy zwiedzałyśmy zamek Alice spytała Marę, jak to możliwe,że my tak dobrze się porozumiałyśmy w samochodzie.
Mara odpowiedziała Alice/ po włosku , of course/
– ja rozumiem wszystko, co Agnieszka do mnie mówi, bo …my jesteśmy bardzo podobne do siebie!
:)))))))))))
Swoją drogą to już chyba znamienne, że My, ci urodzeni na początku lat siedemdziesiątych zawsze ( i pomimo) , potrafimy się jakoś porozumieć!
*
O Książu napiszę następnym razem.

Tymczasem słucham włoskich piosenek, które dostałam od Mary i Alice.
Successi Italiani :)))
*
Oczywiście
nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła podczas ich pobytu tego / nawet nie tak starego/ dinozaura.

(…)
Tą dziecięcą świeżością
tą niespotykaną urodą [wyglądem obcokrajowca]
sprawiłaś, że zakochałem się w Tobie
ale moja gwiazda zaświeci…

Granica – wróg miłości
granica istnieje granica
nie istnieje żadna flaga, miłość w wolności
Nikt nas już nigdy nie rozdzieli
będę Cię kochał bezgranicznie
będę podążał Twoją ścieżką

(…)
Byłam nieupierzonym podlotkiem, gdy ta piosenka była tak popularna. Zapamiętałam ją, potem odnalazłam w sieci.
DZIŚ
wzruszyliśmy się. Wszyscy, trzy pokolenia. Naprawdę.

***

/Cholera jasna, że też człowiek jest uwarunkowany tym pędzącym czasem, pieniędzmi, że to życie coraz częściej się wydaje tak krótkie, zbyt krótkie, by zrealizować różne marzenia, osiągnąć pewne cele! Ehhh…../

Nie wykpię się już niczym i pojadę do Włoch do nich, na pewno. Nie w lecie , of course, wiedzą, że przy 22 stopniach C. już umieram ;)!

Słucham, słucham tej włosko- polskiej piosenki sprzed lat i coraz częściej wydaje mi się naprawdę śliczna! Kicz kiczem, ale uroda i głos tego Włocha…ehhhh!
;)

***

Forever young, czyli..

czyli o spędzaniu urlopu z rodziną ……..;)

Kilka ( dobrych) lat temu udaliśmy się z Panią Matką, moimi latoroślami oraz psicą Sabą na letni wypoczynek do Jastarni.
Nie będę opisywać tego już, jak to Księżna pojechała tam wcześniej z młodszymi mymi dziećmi oraz psem, a ja musiałam jechać do nich przez cały kraj sama. Po drodze musiałam jeszcze odebrać Pierworodnego z lotniska w Poznaniu!
Nie będę pisać o remontach dróg krajowych, ani o objazdach. Nie będę również opisywać tego, jak spędziłam wcześniej cały wieczór z moim wirtualnym przyjacielem Sergiejem na skype, sącząc koniak z barku Pani Matki( jak można pić , będąc niedoświadczonym kierowcą przed jazdą? Jak w ogóle można pić cokolwiek dzień przed?? O głupoto!!!) .
Nie napiszę też o tym,że próbowałam uczyć Sergieja j.polskiego, tłumacząc różne jego angielskie teksty na nasz język ( chwała Bogu, że moi znajomi angliści nie widzieli tego!:))). Ani też tego, że Sergiej- choć śniady ,czarnooki, czarnowłosy i znad Morza Czarnego – był dla mnie moim
„Bratem Słowianinem”;) ( Żenujące– to mało…) ;)) . Przepadałam za nim, ponieważ mówił do mnie ” bejjjbi” ( to ciekawe, bo każdego innego zabiłabym!) . Słuchaliśmy czasem Doorsów i Metallicii , czasem together improve English. Nie wspomnę też o tym, że kiedyś, gdy zadzwonił do mnie, poprosiłam, aby mówił po rosyjsku, ponieważ przecież uczyłam się tego języka w dzieciństwie..
Porażka na całej linii!
” Speak English or try to speak Polish Sergiej, i can’t speak Russian, because , because…I..I don’t remember anything!”
:)
Wracając do mego wyjazdu: trochę bałam się. Prowadzić auto około 500 km , to dla świeżaka dość duże wyzwanie.
Myśl, że Pani Matka monitorowała( przez komórkę) i kontrolowała całą drogę, średnio uspokajała.
” Agusiu, już wyjechałaś? Gdzie jesteś? Pamiętaj, by TAM skręcić w lewo, a TAM nie patrzeć na znaki, tylko jechać, jak ci powiem!”
Zabłądziłam. I to wcale nie w obcych rejonach! Zabłądziłam w naszych lasach! Na szczęście moja niebywała zdolność szybkiego wyciągania się z tarapatów ,pozwoliła na błyskawiczne odnalezienie właściwej trasy:)
Nie będę pisać o tym, jak Pierworodny doprowadził mnie do szału już na lotnisku , kilkanaście minut po swym przylocie ze Szkocji. Nie posiadał jeszcze prawa jazdy i zamiast pilotować, cholera,i pomóc mi przejechać przez obce, rozkopane miasto , ze stoickim spokojem raczył mnie swymi opowieściami ze szkockich ziem! Chyba Anioł Stróż czuwał nad nim, bo myślałam, że wyrzucę go z auta przy pierwszej, lepszej okazji!
Nie napiszę też o tym, jak nam zgasł i nie chciał odpalić samochód na dużym skrzyżowaniu w Bydgoszczy. Ani o tym, że wpadłam na genialną myśl, by zatankować do pełna, bo pewnie biedak opel skacze jak żabka przez chrzczone paliwo, które zatankowałam wcześniej na znajomej stacji…
Nie napiszę też o doskonałej drodze Gdańsk- Władysławowo, gdzie pędziłam moim oplem ,tym trzecim, zewnętrznym, lewym pasem prawie 200 km/ godz! Cudne, choć było efektem kolejnego wkurzenia na Pierworodnego, który nie pozwolił mi zapalić w moim własnym samochodzie! ;)
*
Kiedyś może o tym napiszę. Dziś , w ten piekielny upał, skupię się na naszym pobycie w Jastarni.
Gdy ( w końcu) wszyscy dojechaliśmy tam i spotkaliśmy się w wyznaczonym( przez Panią Matkę, rzecz jasna!) miejscu, usłyszałam z ust Księżnej:
– Rudera! Mieszkamy w ruderze! Oszukano nas!
” Rudera” , to domek a la wielka przyczepa, pomieszczenie z dwoma pokojami , malutką kuchenką, ubikacją i czymś jak weranda, wyposażonym w grilla i komplet mebli ogrodowych.
” Rudera” była naszą ” winą”. Za późno zdecydowaliśmy się czy i gdzie jedziemy nad morze, a Pani Matka źle zrozumiała zasady urlopowania tam.
Pomimo tego, że Księżna i tak otrzymała wielkie łóżko, właściwie łoże do własnej dyspozycji, nie była zadowolona.
– a wam wygodnie?
– mamo/ babciu/ wygodnie!!
Tak czy inaczej, urok miejscowości i czar wakacji nad morzem szybko zwyciężył. Chyba byłam jedyną osobą, której nie przeszkadzał ten niby przyczepo- domek. Było mi niemal ( NIEMAL;))zupełnie obojętne, gdzie i jak śpię. Jak co roku cieszyłam się morzem, zapachem i smakiem świeżych , smażonych ryb, szumem wiatru i fal.
Pewnego razu , wracając z wieczornego spaceru , zorientowaliśmy się, że blisko naszego domku jest ogromna, nietypowa knajpa. Otóż na zewnątrz stały stoliki i krzesła z wikliny, wokół było mnóstwo wiklinowych ozdób , wiszących złoto- różowych lampek, a tuż przy ogrodzeniu stała wielka, sztuczna palma. Totalny kicz, ale zważywszy na panujący wówczas potworny gorąc , było to niejako na miejscu. Poza tym, na wakacjach kicz ogólnie chyba jest na miejscu! Weszliśmy tam wszyscy ( z psem) i bardzo nam spodobało się. Pyszne jedzenie, dobre drinki i- przede wszystkim- miseczka z wodą dla pieska, gratis! .
Ponieważ wieczorem miały odbyć się występy muzyków z Ameryki Południowej,
postanowiłam tam wrócić później, sama.
Pani Matka była niezadowolona. Rozumiałam to, że chciała po raz n-ty rozprawiać z nami o Półwyspie Helskim i historii polskiego wybrzeża; ja jednak, ponieważ po pierwsze czułam, że jestem na wakacjach, po drugie i tak byłam zawsze czarną owcą w rodzinie, wolałam wieczorem bawić się. Wzrok Pani Matki mówił wszystko.
Nie wytrzymałam:
– tak Mamo, jak pójdę, nie wrócę! Z pewnością znajdą moje ciało na wydmach jutro. Albo w morzu za parę dni. Będę pić do upadłego, po czym pójdę z obcym człowiekiem! Czy nie rozumiesz, że dawno skończyłam , cholera, 30 lat?! Mamy niecałe 100 metrów od tej knajpy, tam chodzą nawet dzieci, do cholery, to kurort!A ja nie jestem w końcu jakimś cudem, na który rzucą się wszystkie okoliczne samce!
Księżna z kamienną twarzą pogrążyła się w lekturze.
*
Oczywiście usiadłam przy barze, oczywiście też natychmiast poznałam szefa knajpy.
(Tak na wszelki wypadek. Warto wiedzieć, które drzwi otworzyć ;) )
To była bardzo duża knajpa; właściwie ogromna restauracja, z miejscami wyłącznie na zewnątrz, częściowo pod uroczą strzechą, częściowo pod wielkimi namiotami. I ogromną palmą;)
Poznałam fajnych ludzi z Wrocławia( jak to miło spotkać gdzieś w Polsce ziomali!), świetnie bawiłam się, gdy nagle tłum najpierw ucichł, potem zaszemrał:
POLICJA!
Odruchowo odwróciłam się. Nie, nie żebym się bała; nigdy nie spożywałam, ,ani nie paliłam nic nielegalnego. Do dobrej zabawy wystarczała mi moja energia wewnętrzna i dobre, zimne piwko.
Dlatego też spojrzałam śmiało na tych dwóch z psem. I …
nogi się pode mną ugięły!
Moje rodzone , nastoletnie dzieci płci męskiej ,odziane w wojskowe spodnie i żółte, odblaskowe kamizelki, szły moją stronę, trzymając na smyczy naszego labradora!!!

– kiedy wracasz? Babcia przez ciebie nie może spać!
:)))
*
cdn.

Pani Rózia, straszna piwnica, szafirki i róże*

Zawsze, gdy widzę szafirki, przypomina mi się…

20130505710

Mieszkaliśmy w zielonej, spokojnej dzielnicy Wrocławia. Nasz dom, szara, spora willa, był moim ukochanym miejscem na Ziemi.
Znałam wiele pięknych miejsc, każde letnie wakacje i ferie zimowe spędzaliśmy z Rodzicami w różnych kurortach, w bajecznych morskich i górskich okolicach; nic jednak nie było tak kochane, jak nasza stara willa z dużym, straszącym holem i jeszcze bardziej straszącą piwnicą. I tajemniczym Gabinetem Dziadka, gdzie ze ścian spoglądali na nas uwiecznieni na płótnach pędzlem różnych artystów, nasi przodkowie.
Gabinet Dziadka sąsiadował w Pokojem Fortepianowym. Pokoje dzieliła szklana, nieprzezroczysta ściana. W ścianie tej były takie same, szklane i nieprzezroczyste drzwi, przez które można było wejść z Pokoju Fortepianowego ( który w rzeczywistości był dużym salonem z pięknym czarnym fortepianem przy długich, białych zasłonach okiennych) do straszącego Gabinetu z portretami.
Pokój Dziadka był fascynujący nie tylko dlatego, że przodkowie z obrazów zerkali na nas, ani, że nie wolno nam było bez obecności starszych, zaglądać do księgozbiorów Dziadków; z Gabinetu można było wyjść przez podwójne, szklane drzwi do najcudowniejszego miejsca na świecie- do naszego ogrodu.
Droga do ogrodu wiodła też przez piwnicę, a raczej trzy piwnice, do których trzeba było zejść po krętych schodach. Najpierw trafialiśmy na przedsionek małej kotłowni, potem, gdy już przemknęliśmy obok starego pieca, był kolejny przedsionek trzech pomieszczeń: garażu, spiżarni i pralni. Do spiżarni nigdy nie chodziliśmy; było to zbyt ciemne i straszne miejsce.
Poza tym przez nią nie można było dojść do celu, czyli do naszego ogrodu. Drzwi od garażu były zamknięte przez Ojca na klucz i nigdy nie wchodziliśmy tam. Jedyną drogą do ogrodu , było przejście przez starą, nieużywaną od lat pralnię. Pralnia była bardzo dużym i dość jasnym pomieszczeniem; miała dwa zakratowane okienka, przez które, gdy wspięliśmy się na starą balię, widać było krzak bzu i irysy w ogrodzie. Wystarczyło już tylko zeskoczyć z balii, pokonać kilka schodków w górę, otworzyć zamknięte na duży klucz drzwi, pokonać kolejne kilka schodków i nagle byliśmy już pod starym ,wielkim orzechem w ogrodzie.
Często chodziliśmy przez piwnice do ogrodu.Ponieważ jednak przejście przez nie było zawsze wyprawą z dreszczem,
( szczególnie odkąd pewna starowinka opowiedziała nam o duchu złej kobiety wałęsającym się w podziemiach naszego domu) , najbardziej lubiliśmy schodzić do ogrodu z tarasu Dziadka Gabinetu. Mimo wszystko oczy przodków były mniej straszące, niż jakiś piwniczny duch!
Niestety ogromne , szklane drzwi tarasu otwierane były głównie w wolne dni, gdy Dziadek i Rodzice byli w domu.
Wtedy, w ciepłe, wiosenne i letnie dni, otwierano też szeroko okna salonu, a ja siedząc na schodkach do ogrodu, wsłuchiwałam się w dźwięki chopinowskich etiud, sonat, ballad i preludiów, z wielkim kunsztem wydobywanych z fortepianu przez mego Ojca. Patrzyłam wtedy na ogromny,wiekowy dąb, gdzie pląsały wiewiórki i wtórując Chopinowi, śpiewały ptaki. Nie myślałam wtedy ani o duchu z piwnicy, ani o złych rzeczach, wyczytanych po cichu w książkach Dziadków; myślałam o tym, ze świat może być naprawdę piękny.
(…)
Na co dzień opiekowały się nami dwie Babcie- jedna rodzona, druga siostra Mamy naszej Mamy, nasza Ciocio- Babcia. Byliśmy jednak tak pełni energii i niemal nie do upilnowania, kłóciliśmy się i biliśmy bez przerwy, że Babcie, wolały zamykać na klucz piękne, szklane drzwi salonu i Gabinetu Dziadka;) Pozostawała nam droga do ogrodu przez straszne piwnice.
Nic to, nic! ;) Ogród był najważniejszy!
Wielki, stary dąb rósł w ogrodzie sąsiadów. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie u nas. Marzyłam, by wspinać się na niego hen, hen wysoko , usiąść w jego potężnych konarach i choć raz zobaczyć z bliska wiewiórki i mieszkające tam ptaki:)
Dąb dawał ogromny cień na ogródek sąsiadów i częściowo zacieniał inne ogródki. Pisano petycje do władz, by wyciąć go. Na szczęście nigdy nikt nie wydał zgody. Chyba moje dziecięce łzy miały taką moc.
Kochałam to olbrzymie, stare drzewo. Sąsiedni ogród, przez nie był inny ,niż wszystkie. Nic nie mogło tam rosnąć, z wyjątkiem kilku owocowych drzew, krzewów porzeczek, irysów, róż i mnóstwa paproci.
Podziwiałam je i śnieżnobiałe konwalie, które wiosną nieśmiało wychylały swe kwiaty spod cienia dorodnych ,paprociowych pióropuszy. A te rosły coraz bardziej z dnia na dzień, budząc coraz większy mój zachwyt.Czasem, gdy w czerwcu Dziadek zakładał swój elegancki garnitur i szedł na koniaczek i brydża , chowałam głęboko pod poduszkę klucz od tarasu i w nocy, nie patrząc na ściany i oczy przodków, biegłam do ogrodu sprawdzić, czy nie ma czasem gdzieś pod dębem kwiatu paproci :)))
Przepadałam za starym dębem i ogrodem sąsiadów.
Nasz ogród był inny. Ponieważ było nas troje, Dziadkowie postanowili zrobić z ogrodu miejsce tylko dla nas.
Mieliśmy swoją huśtawkę- łódkę, w miejsce fontanny brodzik i swój własny, drewniany , mały domek, nazwany natychmiast
” Domkiem dla Lalek” . Dziadkowie zostawili tylko krzew bzu, trochę irysów i róż. Reszta- jabłoń, morela, śliwa, grusza i połacie trawnika, były dla nas. I jeszcze śliczny świerk, tuż obok Domku dla Lalek:)
Szaleliśmy w naszym ogrodzie, biliśmy się i godziliśmy i tak prawie bez przerwy. Prawie, bo..
Bo od wschodniej strony graniczył z nami pewien przepiękny ogród.
*

Pani Rózia
Pani Rózia była gospodynią w domu naszego sąsiada, pana docenta S., starszego, dystyngowanego pana. Pan doc.S. był wdowcem, jego dzieci,młodzi ludzie oddani nauce, szybko uciekły z PRL( u) . Podobno gdzieś daleko, za ocean.
Pan docent S. mieszkał sam w dużej willi i czasem tylko w ciepłe dni wychodził na taras pooddychać świeżym powietrzem i delektować się widokiem i zapachem róż. Róż, które od lat pieściła Pani Rózia.
W ogrodzie docenta S. nie było ani huśtawki, ani paproci, ani cudownego dębu. Słońce, słońce tańczyło wśród pięknych, ozdobnych traw, jasnych ścieżek i nawet gęstych gałęzi owocowych drzew. Była tam czereśnia, której gałęzie opadały na nasz Domek dla Lalek. W lipcu właziliśmy na dach domku i niczym pazerne stado szpaków wyżeraliśmy czereśnie;)
Ale najpiękniej było wczesną wiosną.
Gdy jabłoń i grusza budziły się z zimowego snu, a bez próbował zakwitać, u Pani Rózi , pod naszym płotem, pojawiały się różnokolorowe tulipany i cudnie pachnące, niebieskie kwiatuszki.
Uwielbiałam je. Szafirki. Zastanawiając się , czy to grzech , sięgałam małą rączką za ogrodzenie i zrywałam je.
Grzech? Zaniosę Babci, Ona wytłumaczy wszystko.
-nieładnie zrywać kwiatki z obcego ogródka!
– ale my mamy tylko róże i kilka irysów Babciu…
-nie mamy innych kwiatków, bo zdeptalibyście wszystkie. Nie wolno rwać z ogródka sąsiadów!
– a jeśli przez kratkę rosną już prawie u nas?
– to nic. Nie należy rwać!
Pamiętam Ją siedzącą w jasnym, wiklinowym, bujanym fotelu. Czytała nam Mickiewicza, Słowackiego , potem Sienkiewicza i Norwida i w końcu Witkacego. I wciąż powtarzała zasady pisowni w j. polskim. Czasem mieliśmy dość tej gramatyki i literatury ,ale Babcia i tak zawsze przemycała swoje ;)
( …)
Zerwałam dla Babci bukiet szafirków.I tulipana..tak przy okazji. Ale gdy powiedziałam, Babci, że spytałam Panią Rózię, czy
pozwoli mi zerwać dla mojej Babci kwiatków wiosennych zza płotu, bo my nie mamy
Babunia nie była zachwycona.
Ale w końcu uśmiała się :)
Latem ogródek Pani Rózi kwitł. Dosłownie.
Lubiłam patrzeć na ten ogród. Czasem, gdy budziłam się rano, przed wyjściem do szkoły, musiałam zerknąć na wschód. Tam, gdzie słońce budząc się , delikatnie dotykało różnokolorowych róż. Bo w ogrodzie Pani Rózi było sto róż.
Różowe, herbaciane, żółte, białe i czerwone. Tych najwięcej; ogrodowe, parkowe i pnące.A Pani Rózia co dzień rano przychodziła, by je podlać.
Nasze róże nigdy nie były tak piękne , choć też były dumne i pyszne, jak to róże.
Pani Rózi dorodne róże ozdabiały alejki w głębi ogrodu docenta S.
(Dlatego łatwiej było mi przynieść Babci czerwoną różę spod Salki Katechetycznej ;)
Wiem, że Babcia , mimo wszystko, cieszyła się. )
*
Ogródek Pani Rózi był dla mnie czymś niezwykłym. Choć kochałam całym sercem stary dąb, przy nim paprocie, nasz ogród i Domek dla Lalek, to słoneczny i różany ogródek Pani Rózi był miejscem cudownym.
*
Gdy odszedł docent S., pani Rózia wyjechała w swe rodzinne strony, chyba w centrum Polski. Podobno niedługo potem umarła.
Dawno temu opuściłam mój Rodzinny Dom. Z tym straszącym holem, piwnicą i Gabinetem Dziadka.
W starym domu mieszkają moi Bliscy.
Ale…
Dziś już nie ma róż Pani Rózi. W domu docenta S. jest jakaś znana kancelaria,
a ogród otoczony nowoczesną zeribą.
Wewnątrz ” bezkresna zieleń traw” .
Nie ma róż.
*
Może kiedyś dowiem się , gdzie śpi Pani Rózia i zaniosę jej róże.
Te ogrodowe, czerwone.
cdn.
z internetu

O radości ( życia) ;)

czyli niedzielne pieprzenie o niczym;)

Jak ja lubię te spontaniczne imprezy, jak to cudnie, gdy zjeżdżają ziomale z różnych stron Europe do rodzinnej Polszy!
(I tradycyjnie już, stacjonują u mego szanownego Brata. Dobrze, jeśli zjawiają się w piątek lub sobotę; nie trzeba wtedy nazajutrz brać urlopu N/Ż;))
Przybywają z nowymi / lub starymi/ dziewczynami lub żonami, czasem z młodszymi kumplami. Często z kameralnego spotkania kilkorga przyjaciół, powstaje duża, wielopokoleniowa impreza. Impreza, gdzie nikt nie przychodzi w codziennej szacie
pani dyrektor, pana informatyka, pana polonisty, pani inspektor itd. Wszyscy wracają nie tylko do rodzinnych domów, ale przede wszystkim , do młodości. Nagle człowiek cofa się *naście lub *dzieścia lat, dziecinnieje, świadomie odrzuca to , co słuszne, wskazane, wyuczone. Nie ma konwenansów, nie ma lepszych i gorszych; praca, problemy, nawet choroby, zostają za drzwiami.
Jest śmiech i muzyka. Jeśli chodzi o tę drugą- dla każdego coś dobrego. Zasada od dawna jest taka, że każdy może włączyć swoje ulubione dźwięki. A inni słuchając, czekają na swoją kolejkę. Albo po prostu się bawią.
Nie wiem czemu tak jest, że od pewnego czasu, rola DJ przypada mojej szanownej osobie.
Może dlatego,że potrafię poruszać się dość sprawnie w większości gatunków?
Taak, gdy nasi młodzi koledzy siedzieli na nocniczkach, szalało się przy różnych kawałkach Ironów i pląsało przy C.C.Catch ;)
*
Ostatnio słuchaliśmy głównie hard rocka i metalu. To ukłon w stronę P., naszego przyjaciela z Anglii, starego metala.
Ponieważ P., choć jest już w Wielkiej Brytanii dobre kilka lat, nie może za nic nauczyć się angielskiego,
należało włączyć piosenkę z łatwym do zrozumienia angielskim. A najlepiej już taką ” z naszych czasów”.
Czego nie zrobi się dla ziomali!
Especially for P.
(i oczywiście wszystkich wyznawców heavy metalu) :

:)))

P. nie tylko nie zabił mnie, ale nawet zatańczył solo kawałek.
(Teraz już, w obawie o swe życie, nie napiszę nic;))

Na osłodę drogiemu P. i wszystkim metalom dedykuję moje ostatnie odkrycie;
finalista MBTM , naprawdę metalowa i naprawdę świetna
MATERIA:

*
Nie wiem, czy wariactwo i muzyka stanowią panaceum na życiowe kopniaki ;
na pewno jednak rozpalają radość życia, łagodzą i pozwalają nabrać dystansu, przede wszystkim do siebie.
Czego wszystkim moim Gościom ( tym oficjalnym i tym cichym) z całego serca życzę.
:)
*