Pani Rózia, straszna piwnica, szafirki i róże*

Zawsze, gdy widzę szafirki, przypomina mi się…

20130505710

Mieszkaliśmy w zielonej, spokojnej dzielnicy Wrocławia. Nasz dom, szara, spora willa, był moim ukochanym miejscem na Ziemi.
Znałam wiele pięknych miejsc, każde letnie wakacje i ferie zimowe spędzaliśmy z Rodzicami w różnych kurortach, w bajecznych morskich i górskich okolicach; nic jednak nie było tak kochane, jak nasza stara willa z dużym, straszącym holem i jeszcze bardziej straszącą piwnicą. I tajemniczym Gabinetem Dziadka, gdzie ze ścian spoglądali na nas uwiecznieni na płótnach pędzlem różnych artystów, nasi przodkowie.
Gabinet Dziadka sąsiadował w Pokojem Fortepianowym. Pokoje dzieliła szklana, nieprzezroczysta ściana. W ścianie tej były takie same, szklane i nieprzezroczyste drzwi, przez które można było wejść z Pokoju Fortepianowego ( który w rzeczywistości był dużym salonem z pięknym czarnym fortepianem przy długich, białych zasłonach okiennych) do straszącego Gabinetu z portretami.
Pokój Dziadka był fascynujący nie tylko dlatego, że przodkowie z obrazów zerkali na nas, ani, że nie wolno nam było bez obecności starszych, zaglądać do księgozbiorów Dziadków; z Gabinetu można było wyjść przez podwójne, szklane drzwi do najcudowniejszego miejsca na świecie- do naszego ogrodu.
Droga do ogrodu wiodła też przez piwnicę, a raczej trzy piwnice, do których trzeba było zejść po krętych schodach. Najpierw trafialiśmy na przedsionek małej kotłowni, potem, gdy już przemknęliśmy obok starego pieca, był kolejny przedsionek trzech pomieszczeń: garażu, spiżarni i pralni. Do spiżarni nigdy nie chodziliśmy; było to zbyt ciemne i straszne miejsce.
Poza tym przez nią nie można było dojść do celu, czyli do naszego ogrodu. Drzwi od garażu były zamknięte przez Ojca na klucz i nigdy nie wchodziliśmy tam. Jedyną drogą do ogrodu , było przejście przez starą, nieużywaną od lat pralnię. Pralnia była bardzo dużym i dość jasnym pomieszczeniem; miała dwa zakratowane okienka, przez które, gdy wspięliśmy się na starą balię, widać było krzak bzu i irysy w ogrodzie. Wystarczyło już tylko zeskoczyć z balii, pokonać kilka schodków w górę, otworzyć zamknięte na duży klucz drzwi, pokonać kolejne kilka schodków i nagle byliśmy już pod starym ,wielkim orzechem w ogrodzie.
Często chodziliśmy przez piwnice do ogrodu.Ponieważ jednak przejście przez nie było zawsze wyprawą z dreszczem,
( szczególnie odkąd pewna starowinka opowiedziała nam o duchu złej kobiety wałęsającym się w podziemiach naszego domu) , najbardziej lubiliśmy schodzić do ogrodu z tarasu Dziadka Gabinetu. Mimo wszystko oczy przodków były mniej straszące, niż jakiś piwniczny duch!
Niestety ogromne , szklane drzwi tarasu otwierane były głównie w wolne dni, gdy Dziadek i Rodzice byli w domu.
Wtedy, w ciepłe, wiosenne i letnie dni, otwierano też szeroko okna salonu, a ja siedząc na schodkach do ogrodu, wsłuchiwałam się w dźwięki chopinowskich etiud, sonat, ballad i preludiów, z wielkim kunsztem wydobywanych z fortepianu przez mego Ojca. Patrzyłam wtedy na ogromny,wiekowy dąb, gdzie pląsały wiewiórki i wtórując Chopinowi, śpiewały ptaki. Nie myślałam wtedy ani o duchu z piwnicy, ani o złych rzeczach, wyczytanych po cichu w książkach Dziadków; myślałam o tym, ze świat może być naprawdę piękny.
(…)
Na co dzień opiekowały się nami dwie Babcie- jedna rodzona, druga siostra Mamy naszej Mamy, nasza Ciocio- Babcia. Byliśmy jednak tak pełni energii i niemal nie do upilnowania, kłóciliśmy się i biliśmy bez przerwy, że Babcie, wolały zamykać na klucz piękne, szklane drzwi salonu i Gabinetu Dziadka;) Pozostawała nam droga do ogrodu przez straszne piwnice.
Nic to, nic! ;) Ogród był najważniejszy!
Wielki, stary dąb rósł w ogrodzie sąsiadów. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie u nas. Marzyłam, by wspinać się na niego hen, hen wysoko , usiąść w jego potężnych konarach i choć raz zobaczyć z bliska wiewiórki i mieszkające tam ptaki:)
Dąb dawał ogromny cień na ogródek sąsiadów i częściowo zacieniał inne ogródki. Pisano petycje do władz, by wyciąć go. Na szczęście nigdy nikt nie wydał zgody. Chyba moje dziecięce łzy miały taką moc.
Kochałam to olbrzymie, stare drzewo. Sąsiedni ogród, przez nie był inny ,niż wszystkie. Nic nie mogło tam rosnąć, z wyjątkiem kilku owocowych drzew, krzewów porzeczek, irysów, róż i mnóstwa paproci.
Podziwiałam je i śnieżnobiałe konwalie, które wiosną nieśmiało wychylały swe kwiaty spod cienia dorodnych ,paprociowych pióropuszy. A te rosły coraz bardziej z dnia na dzień, budząc coraz większy mój zachwyt.Czasem, gdy w czerwcu Dziadek zakładał swój elegancki garnitur i szedł na koniaczek i brydża , chowałam głęboko pod poduszkę klucz od tarasu i w nocy, nie patrząc na ściany i oczy przodków, biegłam do ogrodu sprawdzić, czy nie ma czasem gdzieś pod dębem kwiatu paproci :)))
Przepadałam za starym dębem i ogrodem sąsiadów.
Nasz ogród był inny. Ponieważ było nas troje, Dziadkowie postanowili zrobić z ogrodu miejsce tylko dla nas.
Mieliśmy swoją huśtawkę- łódkę, w miejsce fontanny brodzik i swój własny, drewniany , mały domek, nazwany natychmiast
” Domkiem dla Lalek” . Dziadkowie zostawili tylko krzew bzu, trochę irysów i róż. Reszta- jabłoń, morela, śliwa, grusza i połacie trawnika, były dla nas. I jeszcze śliczny świerk, tuż obok Domku dla Lalek:)
Szaleliśmy w naszym ogrodzie, biliśmy się i godziliśmy i tak prawie bez przerwy. Prawie, bo..
Bo od wschodniej strony graniczył z nami pewien przepiękny ogród.
*

Pani Rózia
Pani Rózia była gospodynią w domu naszego sąsiada, pana docenta S., starszego, dystyngowanego pana. Pan doc.S. był wdowcem, jego dzieci,młodzi ludzie oddani nauce, szybko uciekły z PRL( u) . Podobno gdzieś daleko, za ocean.
Pan docent S. mieszkał sam w dużej willi i czasem tylko w ciepłe dni wychodził na taras pooddychać świeżym powietrzem i delektować się widokiem i zapachem róż. Róż, które od lat pieściła Pani Rózia.
W ogrodzie docenta S. nie było ani huśtawki, ani paproci, ani cudownego dębu. Słońce, słońce tańczyło wśród pięknych, ozdobnych traw, jasnych ścieżek i nawet gęstych gałęzi owocowych drzew. Była tam czereśnia, której gałęzie opadały na nasz Domek dla Lalek. W lipcu właziliśmy na dach domku i niczym pazerne stado szpaków wyżeraliśmy czereśnie;)
Ale najpiękniej było wczesną wiosną.
Gdy jabłoń i grusza budziły się z zimowego snu, a bez próbował zakwitać, u Pani Rózi , pod naszym płotem, pojawiały się różnokolorowe tulipany i cudnie pachnące, niebieskie kwiatuszki.
Uwielbiałam je. Szafirki. Zastanawiając się , czy to grzech , sięgałam małą rączką za ogrodzenie i zrywałam je.
Grzech? Zaniosę Babci, Ona wytłumaczy wszystko.
-nieładnie zrywać kwiatki z obcego ogródka!
– ale my mamy tylko róże i kilka irysów Babciu…
-nie mamy innych kwiatków, bo zdeptalibyście wszystkie. Nie wolno rwać z ogródka sąsiadów!
– a jeśli przez kratkę rosną już prawie u nas?
– to nic. Nie należy rwać!
Pamiętam Ją siedzącą w jasnym, wiklinowym, bujanym fotelu. Czytała nam Mickiewicza, Słowackiego , potem Sienkiewicza i Norwida i w końcu Witkacego. I wciąż powtarzała zasady pisowni w j. polskim. Czasem mieliśmy dość tej gramatyki i literatury ,ale Babcia i tak zawsze przemycała swoje ;)
( …)
Zerwałam dla Babci bukiet szafirków.I tulipana..tak przy okazji. Ale gdy powiedziałam, Babci, że spytałam Panią Rózię, czy
pozwoli mi zerwać dla mojej Babci kwiatków wiosennych zza płotu, bo my nie mamy
Babunia nie była zachwycona.
Ale w końcu uśmiała się :)
Latem ogródek Pani Rózi kwitł. Dosłownie.
Lubiłam patrzeć na ten ogród. Czasem, gdy budziłam się rano, przed wyjściem do szkoły, musiałam zerknąć na wschód. Tam, gdzie słońce budząc się , delikatnie dotykało różnokolorowych róż. Bo w ogrodzie Pani Rózi było sto róż.
Różowe, herbaciane, żółte, białe i czerwone. Tych najwięcej; ogrodowe, parkowe i pnące.A Pani Rózia co dzień rano przychodziła, by je podlać.
Nasze róże nigdy nie były tak piękne , choć też były dumne i pyszne, jak to róże.
Pani Rózi dorodne róże ozdabiały alejki w głębi ogrodu docenta S.
(Dlatego łatwiej było mi przynieść Babci czerwoną różę spod Salki Katechetycznej ;)
Wiem, że Babcia , mimo wszystko, cieszyła się. )
*
Ogródek Pani Rózi był dla mnie czymś niezwykłym. Choć kochałam całym sercem stary dąb, przy nim paprocie, nasz ogród i Domek dla Lalek, to słoneczny i różany ogródek Pani Rózi był miejscem cudownym.
*
Gdy odszedł docent S., pani Rózia wyjechała w swe rodzinne strony, chyba w centrum Polski. Podobno niedługo potem umarła.
Dawno temu opuściłam mój Rodzinny Dom. Z tym straszącym holem, piwnicą i Gabinetem Dziadka.
W starym domu mieszkają moi Bliscy.
Ale…
Dziś już nie ma róż Pani Rózi. W domu docenta S. jest jakaś znana kancelaria,
a ogród otoczony nowoczesną zeribą.
Wewnątrz ” bezkresna zieleń traw” .
Nie ma róż.
*
Może kiedyś dowiem się , gdzie śpi Pani Rózia i zaniosę jej róże.
Te ogrodowe, czerwone.
cdn.
z internetu

45 comments on “Pani Rózia, straszna piwnica, szafirki i róże*

  1. Oj wspomnienia i podróż emocjonalna po zakamarkach pamięci. Nostalgia za tym, co już było i…. nadal JEST w nas. To trzyma nas w całości, bo bez wspomnień nie jesteśmy sobą i tak najzwyczajniej nie ma nas.

  2. elatroska1 pisze:

    Lubię te twoje opowieści!A wspomnienia i szczególnie te z dzieciństwa sa balsamem na to nasze dorosłe życie.

    buziaki dla ciebie z samego rana::)))

  3. Kowaloova pisze:

    Miałaś tak bajkowe dzieciństwo… zresztą tego nie wiem. Ale to miejsce – ogród, piwnica, fortepian i obrazy. Jestem zaczarowana ;)
    Jakby scenografia do filmu… ach :)

  4. even21 pisze:

    Angie, piękna opowieść w tym niepowtarzalnym klimacie dzieciństwa!:)

    • Angie pisze:

      Dziękuję Ev:)))
      Wiesz jak to z tym pisaniem jest—czas, czas ogranicza! Kiedyś próbowałam spisać wszystkie wspomnienia z dzieciństwa, zostały jakieś fragmenty, coś zaczęłam i nie skończyłam itd
      Może kiedyś uda mi się napisać do końca :)

      • even21 pisze:

        Angie, życzę, by się kiedyś udało:) warto!
        świat pędzi w oszalałym tempie, dzisiejsze dzieci może będą mieć bardziej nowoczesne dzieciństwo, ale nie będzie już chyba nigdy takie sielskie i spokojne (pomijając nasze wybryki i „genialne” pomysły) jak nasze…

  5. foxiii04 pisze:

    bardzo mi sie podoba sposob w jaki piszesz, w wyobrazni juz widzaialam ta straszna piewnice…

  6. Pisz, póki pamiętasz, póki chce Ci się zapisywac wspomnienia:) Są balsamem dla duszy i ogrzewają, gdy trzeba. I tak myślę, że Twoje dzieci będą miały też ciepłe wspomnienia domu rodzinnego.. Tradycja nie zaginie..:)

    • Angie pisze:

      Goldi ,masz rację, chyba muszę spisać, póki jeszcze me zwoje mózgowe we względnym stanie ;)))
      A co dzieci..hmm, to już inne czasy, inne realia, inne wartości, inni ludzie….

  7. fotografka90 pisze:

    Lubię czytać Twoje wpisy… i nieświadomie u mnie też dziś Szafirki ;)

  8. Justyna pisze:

    Twój opis domu z dzieciństwa przypomniał mi jak żywo , dom mojej Cioci . Poniemiecki dom z pięknym ogrodem , do którego też były dwa wejścia jedno od ulicy zamykane , ze względu na bezpieczeństwo i drugie właśnie piwnicą . Też jako dziecko bałam się krętych schodów , kilku pomieszczeń , które dzieliły mnie od drzwi do ogrodu. Kiedy jednak pokonało się ten „tor przeszkód” wchodziło się do tajemniczego ogrodu . Tajemniczego bo pełnego różnych zakamarków . Po środku była nieczynna fontanna z figurka baletnicy a wokół tej fontanny rosły dywanem szafirki. Była tez tam mała ławeczka , na której Ciocia stawiała kompot z truskawek i drożdżówkę z dużą ilością rodzynek i kruszonki. Razem z moja siostra i kuzynkami bawiłyśmy się w królowe :)
    Tak sobie myślę ,że w tym byle jakim świecie nic innego mądrym ludziom nie pozostaje,
    jak sięgać do swej bogatej duchowej przeszłości.
    Ktoś ( wiadomo kto) napisała ” piszę jak lump albo inna agniewisia)
    otóż nie piszesz i nigdy nie będziesz tak pisała . Piszesz beztreściowa papkę i pewnie chciałabyś napisać tak by miało to treść , prawdziwe emocje , coś co wiele osób czytając będzie się uśmiechać a później zamknie oczy i „powróci” myślami to pięknych miejsc , lat , chwil . Ty nawet jak piszesz o Grecji to odechciewa się tam jechać . Suche , spalone słońcem nudy . Zazdrość Cię zżera jak czytasz notki Agnieszki .
    Agnieszko Twoje notki w odróżnieniu od niektórych ( wiemy których) są bogate i tego bogactwa nie da się wyliczyć materialnie.Dziękuję za wspomnienia.

    • Angie pisze:

      Justyno, wzruszyłam się. Naprawdę.
      Dziękuję! :)))
      PS.
      A co do tych przytoczonych ” lumpów i innych …” –
      pamiętajmy, że mowy nienawiści nie można nigdy brać sobie do serca;)

      • Justyna pisze:

        :)) Aguś przecież wiesz ,że ja jestem z klubu brudasów i niechlujów do tego” fasolkożerców ”
        a tacy maja co do serca przytulać w odróżnieniu od tych czystych i sterylnych :)
        Zapachu napalmu tez się nie boję w końcu jestem chemikiem ;)
        a na dobry dzień mój ukochany SR :) Rudzielec ;)

      • wg108 pisze:

        A ja w klubie brudasów, niechlujów i fasolkożerców mam składki opłacone na trzy lata do przodu

      • filemonka pisze:

        :))) Angie, jaka tam mowa nienawiści, toż to tęsknota za byciem w centrum uwagi. Wszystko jedno jakiej, byleby wciąż i nieustannie.

    • Angie pisze:

      Just, jak ja dawno nie słyszałam tego!
      Dzięki! :)))

      • Justyna pisze:

        Byłam na jego koncercie po którym wyszłam oczarowana …i zakochana;)))

      • justyna pisze:

        Wg tylko na trzy lata ?:)) ja mam kartę stałego klienta , złotą kartę na drinki i 30 % rabatu za każdego zwierzyńca ;)

  9. Cane pisze:

    No Angie, czerwiec blisko. Przygotuj się na polowanie na kwiat paproci. ;)
    Buźka!
    P.S. Może już pora finalizować książkę?

  10. maszynagocha pisze:

    Piękne wspomnienia. Też mam w pamięci dom moich dziadków i cudowne dzieciństwo. Piszesz sercem i dlatego tak poruszasz wyobraźnię. Czekam na wydane przez ciebie pamiętniki. :-)

  11. Navia pisze:

    Pomysł z książką Twojego autorstwa też uważam za bardzo trafny.
    A Kwiaty Paproci niedługo będą u mnie w galerii :) Buziaki

    • Angie pisze:

      Dziękuję Navia, tyle miłych słów dzisiaj, tyle zachęty, że muszę chyba coś napisać;)
      A kwiaty Twoje z przyjemnością ( jak wszystkie Twe dzieła) obejrzę. I pogadamy o słonecznikach! :)))

  12. wg108 pisze:

    Angie, toż to magiczna opowieść! Nasze dzieciństwo to już świat utracony, ale cieszy, że tak wiele pamiętamy. Zapach ciasta w kuchni babci, zupa pomidorowa mamy, ogród dziadków w którym rozgrywałem mecze godne Ligi Mistrzów. Czasem stare zdjęcia potrafią cieszyć do łez, niekiedy do łez żalu, kiedy widzimy na nich ludzi, którzy odeszli.

    • Angie pisze:

      Wugusiu, cały dzień żem czekała na Ciebie! :)))
      To prawda; cieszy, że tak wiele ( jeszcze, zanim spierniczejemy całkiem;)) pamiętamy!
      A magia, hmm, to magia dzieciństwa!
      :***

  13. mamjakty pisze:

    Niesamowite są Twoje opowieści! Nie dość, że czuję się jakbym tam była, to jeszcze zazdrość się włącza o takie wspomnienia…

  14. Rena Starska pisze:

    Obiecuję, że jeszcze znajdę się w ogrodzie Twojego dzieciństwa.
    Teraz powiem… dobranoc :)

  15. anythinglady pisze:

    Rozumiem Twoje zachwyty szafirkami;) !
    Obraz,który kreślisz słowami jest tak bardzo przyjemny,magiczny, niczym Narnia… Każdy z Nas wszystko co przeżył magicznego- przeżywał zazwyczaj w dzieciństwie. Wprowadziłaś mnie w eteryczny błogostan :)

    • Angie pisze:

      Bardzo się cieszę:) Dzięki za ciepłe słowa!
      A pisanie, to jakby malowanie słowem.
      Hmm, przypomniałaś mi niechcący, że kiedyś naprawdę malowałam! Może jeszcze wrócę do pędzla. kto wie..

  16. filemonka pisze:

    Ha, co jak co, Angie, ale Ty potrafisz pobudzić do pracy moją wyobraźnię :))) Rzeczywiście mogłabyś napisać książkę, byłaby to świetna literatura familijna – dla wszystkich. Perełka!

  17. violamalecka pisze:

    Piękny wpis Angie….
    U mnie było podobnie, najcudowniejsze wakacje
    to czas, który spędzałam u swojej Lawendowej Babci.
    Miała piękny dom z ogromnym, nieco dzikim ogrodem.
    Moim ulubionym miejscem zabaw, gdy padał deszcz
    był strych. Tyle tam było interesujących rzeczy.
    Krople deszczu bębniły miarowo o dach a ja zapominałam
    o bożym świecie, przeglądając kartki, bibeloty, fotografie.
    W ogrodzie była studnia, fascynowało mnie echo,
    które odbijało słowa mojego dziecięcego monologu.
    I jeszcze maliny pod płotem… pachnące, przesłodkie…
    Pomimo zadrapań na dłoniach i gołych kolanach
    nie mogłam się powstrzymać, by się nimi nasycić.

    • Angie pisze:

      Ha, strych to całkiem ” inna sprawa”. Nigdy nie chodziliśmy tam sami, nie było do niego schodków i gdy ktoś chciał wejść, trzeba było przynosić wielką drabinę ;)

  18. krakowianka pisze:

    pięknie wspominasz dzieciństwo,czuję emocje…one są w nas uśpione,ale czasem…wyłażą…i jest super!

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s