Tysiąc odcieni zieleni/ A thousand shades of green

Są takie miejsca, z których nie chcę nigdzie odchodzić; miejsca w których, mogłabym zostać, być ciągle.
Jedno z takich moich miejsc jest usytuowane …w centrum wielkiego miasta!
To dziwne miejsce. Miejsce, gdzie w zaczarowany sposób znikają gdzieś dźwięki samochodów i tramwajów. Słychać tam tylko śpiew ptaków i echo dawnych, dziecięcych lat. Miejsce, do którego Staruszek Czas otwiera ciemne, żelazne bramy i unosząc delikatnie rondo kapelusza, filuternie uśmiecha się zapraszając do zielonej krainy wspomnień, kwiatów i starych drzew.

OGRÓD BOTANICZNY we Wrocławiu/ BOTANICAL GARDEN in Wrocław

Ogród Botaniczny Wrocław (4)

Ogród Botaniczny we Wrocławiu założony został w 1811 r. przez prof. Heinricha F. Linka systematyka, anatoma i fizjologa roślin oraz profesora historii naturalnej i rolnictwa F. Heydego.

Ogród zajmował początkowo 5 ha( obszar częściowo Ostrowa Tumskiego, częściowo odzyskany po zburzonych na rozkaz Napoleona fortyfikacjach miejskich i po zasypanej północnej odnodze Odry). Przez następne dziesięciolecia rozbudowano go o działy dendrologiczny, paleontologiczny, grupy fizjonomiczne i geograficzne, poszerzono też dział roślin użytkowych.

Ostatni niemiecki dyrektor Ogrodu,fizjolog roślin dr Johannes Buder (do 1945) w 1933 granice Ogrodu o ok. 1 ha o były cmentarz przy dzisiejszych ulicach Hlonda i Wyszyńskiego. W 1945, podczas oblężenia Festung Breslau przez Armię Czerwoną, całkowitemu zniszczeniu uległa kolekcja roślin szklarniowych i w 50% – drzewostan Ogrodu. W Ogrodzie Niemcy ustawili stanowiska artylerii przeciwlotniczej, przyjmowali na jego terenie lotnicze zrzuty zaopatrzenia i zbudowali liczne schrony z amunicją. Jeszcze w w latach 50. podczas gruntownego czyszczenia ogrodowego stawu, reliktu po zasypanym korycie odnogi Odry, znaleziono na dnie pokaźny arsenał z czasów wojny.
W 1958 saperzy oczyścili staw i zbudowali nad nim łukowy drewniany mostek, pozostający do dziś jednym z symboli tego Ogrodu.

Ogród Botaniczny Wrocław (15)

W 1960 przyłączono do Ogrodu kolejny hektar terenu.W 1974 został on wpisany do rejestru zabytków województwa wrocławskiego
Ogród Botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego we Wrocławiu od 1994, wraz z otaczającym go historycznym centrum Wrocławia uznany jest za pomnik historii .

Obecnie obszar Ogrodu obejmuje 7,4 ha (i 0,33 ha pod szkłem) i znajduje się w nim około 7,5 tysiąca gatunków roślin (licząc różne ich odmiany liczba ta sięga 11,5 tysiąca) szklarniowych i gruntowych.
Na terenie ogrodu, głównie w Arboretum rosną: cypryśniki błotne, mamutowce, sekwoja wieczniezielona, cedry, szydlice, kuningamie, modrzew polski metasekwoje, cyprysowce Leylanda i sośnice.
Spośród rosnących na terenie Ogrodu drzew za pomniki przyrody uznano 27 z nich: dęby, cisy, miłorzęby, buki i platany
.

Ogród Botaniczny Wrocław (12)
*
Są takie miejsca, gdzie zatrzymuję się i z których trudno mi odejść. Zostałabym w nich,na pewno na zawsze.
Miejsca, które fascynują swoją niezmiennością, płynnością.
Nieśmiertelnością..?

Ogród Botaniczny Wrocław (13)

**
Dystyngowany Starszy Pan wyłania się zza drzew i zdejmując kapelusz, kłania mi się nisko.
Oczywiście, z przyjemnością usiądę obok
. :)

Ogród Botaniczny Wrocław (11)

***

Adriatyk ;)

Kochani
melduję , że ( choć nie wiem, czy to dobrze, czy nie) :
jestem!
Nie zginęłam (ani nie zaginęłam ) w żadnej akcji.
Jak to moja, Śp. Prababcia mawiała: konsumuję czas wolny. Czas wolny -czyli staram się oddychać pełną piersią po wyjeździe Małej W. i reszty na wakacje.Młody Lew wyjechał do Wrocław City i szykuje się do wyjazdu do Londynu. Pierworodny po swej świetnej obronie pracy magisterskiej , zaplanował wyjazd z najlepszym kumplem do przyjaciół do Włoch.W ostatniej chwili Mała W., która doskonale zna Marę i Alicję zdecydowała, że też chce tam lecieć.
Nie opiszę tu całego cyrku z dołączaniem jej biletu do ich rezerwacji; wystarczy chyba to, że (po wcześniejszym uzgodnieniu w liniach właściwych! ) podczas check- in poproszono nas o zameldowanie się w okienku przewoźnika, gdzie za chwilę kazano mi okazać dowód osobisty i potwierdzić, że jestem opiekunem prawnym Małej.W i że jej straszy, pełnoletni brat, przejmuje teraz nad nią opiekę! Przyznam: jestem pełna uznania! Tak powinno być.
Wcześniej jednak odbył się cyrk. Otóż dzień przed wylotem okazało się, że najlepszy przyjaciel Pierworodnego nie może lecieć!
Pierworodny wściekł się:
miałem mieć fajne wakacje po studiach, a przyszło mi pełnić rolę niańki rozbestwionej gówniary!
Kilka wieczorów spędziłam na tłumaczeniu Pierworodnemu, że Mała W. jest młodziutką kobietą, o ( God save us! ) charakterze bardzo podobnym do jego , ale ponieważ jest ( powtórzyłam) młodą kobietą,on ma czuć się odpowiedzialnym mężczyzną.
Etc.
Strawił. Z niechęcią. ;)
Nagle pojawił się plan( nie mój! ) przebukowania biletu na mnie.
Mama, poleć z nami! Mama, przecież lubisz te Włoszki! Mama, zasiedziałaś się i nigdzie nie latasz!No chyba w końcu możesz przełamać ten lęk przed lataniem! – bombardowano mnie tymi i podobnymi argumentami.
Nie! Nie i koniec! Pomimo tego, że kroiły mi się wakacje niemal za darmo ( domek nad Adriatykiem jest własnością Mary..) , odmówiłam. Wiem, wiem, wielu z Was czytając to stuka się w głowę. Odmówiłam z pełną świadomością swych ewentualnych strat. Nienawidzę upałów,fatalnie je znoszę, wystarczą mi wspomnienia z Majorki sprzed kilku lat! Miałabym teraz siedzieć do popołudnia w domku i nudzić się? Dusić się z gorąca i nie móc ruszyć się na krok?? Czytać książki, podczas, gdy moje śniadocere, włoskie przyjaciółki prezentowałyby swe wdzięki na plaży? A potem wyleźć, lekko brzoskwiniowa tylko i pływać wśród krabów o zachodzie słońca? Brrrr!!!
Zostałam. Zostałam, by odpocząć od ciągłych kłótni Małej W. i Pierworodnego. By zamknąć wszystkie drzwi i okna, osłonić się w cieniu domu przed tym koszmarnym upałem.
Posłuchać głośno muzyki…spotkać się z…
pójść wieczorem do ogródka,zrobić jakiś przetwory, pogadać z kwiatami, drzewami…uspokoić się, obmyślić plan A. i plan B.
I miało być tak:

Niestety, life is brutal.
Nie, nie ma tak dobrze!
– Mama- dźwięk głosu Małej W. rozrywa moją komórkę ( i moje ucho)- ten CAP nie chce ze mną iść do morza teraz! Mama, weź coś zrób, ten …( tu nie zacytuję) mnie denerwuje!!! Nie chce ze mną iść do morza, a obiecał mi, że będzie ze mną chodził i pilnował mnie! A poza tym jak jest po angielsku( to i to) , bo nie wiem o czym i jak mam rozmawiać z Alicją! Źle mnie uczyli, chociaż mam piątkę! To twoja wina mama! I czemu urodziłaś takiego debila? (jej starszego brata, przyp.red.) Acha, kupiłam ci sukienkę. Taką luźną, zmieścisz się! ;)))

Kto wynalazł telefony komórkowe???
;)))
*
Pojadę nad Adriatyk.
Jak skończą się upały.

;)

10458660_661267273957664_63151352659555217_n

***

Lekcje anatomii, Mały Elf *

Z opowieści Andżeliki.

( jak korzystać z mężczyzn- geneza ” Andżeliki” )

Spotkałam go po trzydziestu latach. Czas wyrył bruzdy na jego twarzy i przerzedził kiedyś piękne, gęste blond włosy. Nadal jednak był bardzo przystojny. Mężczyźni mają tę wielką przewagę nad kobietami, że potrafią zawrzeć pakt z Czasem , który z biegiem lat czyni ich coraz bardziej atrakcyjnymi. Te wszystkie zmarszczki, te wstrętne kurze łapki, które spędzają większości kobiet sen z powiek ,które zmuszają je do pościgu za najnowszymi zdobyczami przemysłu kosmetycznego, u mężczyzn są czymś zupełnie nieszkodliwym; ba, stają wręcz ich atutem. Symbolem dojrzałości , który jest swoistym wabikiem dla większości rodu żeńskiego.
Robert był doskonałym przykładem mężczyzny, który zawarł ów pakt z Czasem( Diabłem?) . Lekki szron na jego skroniach, kilka zmarszczek na czole , bardziej mgliste spojrzenie niż wtedy, trzydzieści lat temu, dodawały mu tylko ogromnego uroku.
Poznaliśmy się pewnego lata, gdy przyjechałam do Ciotki na wakacje na wieś. Robert wrócił po udanej sesji do swego rodzinnego domu. Mieszkał tutaj, kilkanaście domów od moich krewnych. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu, Ciotka nie utrzymywała żadnych kontaktów z jego rodzicami. Robert rzadko bywał w swym domu, mieszkał w wynajętym mieszkaniu w mieście, zwykle przyjeżdżał tylko na Święta i czasem na wakacje. Tego roku postanowił wraz z kolegami spędzić sierpień w posiadłości swych rodziców.
Poznałam go, gdy wracaliśmy z paczką znajomych z jakiejś imprezy. Podszedł do nas z kolegami i spytał, czy mamy coś zapalić. Spojrzałam na niego i w jednej chwili pomyślałam, że jednak blondyni mogą być cholernie przystojni. Moim ideałem, głupiej nastolatki, był wtedy Gregory Peck i podobali mi się wyłącznie chłopcy o tym typie urody.
Robert oczarował mnie. Bujna blond czupryna, ciemna cera, niebieskie oczy i rząd białych, równych zębów, które co chwila odsłaniał jego zawadiacki uśmiech.
Gdyby dziś na niego spojrzeć, był swoistym połączeniem Roberta Redforda z Bradem Pitt’em.

– to studenciaki. Cwaniaczki głupie, a ten, który tak się do ciebie uśmiechał, to najgorsza szuja z nich. Studiuje na AWF, podobno zaliczył pół miasta już. Nawet nie startuj, on ma takie dupy, takie wiesz, co jemu podobno płacą…Żigolak! – szepnęła przyjaciółka, gdy oddaliliśmy się kawałek.
-czy ja staruję? Co ty pleciesz!
Faktycznie chyba nie miałam co ” startować”. Miałam lediwe skończone szesnaście lat , byłam, chudym,dość płaskim i w związku z tym pełnym kompleksów ,nieopierzonym stworzonkiem płci żeńskiej.
( … )
Robiliśmy z paczką ognisko, gdy znów zobaczyłam jego i jego kolegów. Studenciaki. Przysiedli się do nas. Przynieśli wódkę i fajki. Blask ognia, gitara, nasz śpiew. Noc, rozgwieżdżone, letnie niebo. I znów nic prócz tego nie było ważne; świat wokół nie istniał.
– Robert jest teraz w temacie anatomii. Gdybyście chciały dowiedzieć się czegoś, tu macie specjalistę!- spoglądając na mnie i moje koleżanki zaryczał zachwycony swym żartem, wstawiony kumpel Roberta – ktoś się pisze?
Nie wiem dlaczego wbiłam wzrok w Roberta. Nie uszło to uwadze innych.
Zapanowała kilkusekundowa cisza. Nagle wszyscy ryknęli śmiechem. Spłonęłam.

-nie przejmuj się- szepnął przysiadając się do mnie- i nie reaguj na tych idiotów.
– przecież to twoi kumple!
– ale nie zmienia to faktu, że są idiotami. Czy mogę wiedzieć, co tu robisz? Co robisz na tym zadupiu, skąd każdy o zdrowych zmysłach ucieka?
– przyjechałam do Ciotki na wakacje. Mieszkam w mieście.
– Aha. A ile masz lat?
– prawie ..osiemnaście- skłamałam- a ty?
-Ja? Dwadzieścia cztery! Co, stary jestem? – zaśmiał się
– Nie,wcale nie. Jesteś w sam raz.
Spojrzał na mnie z wyższością.
– no widzisz, ja jestem pełnoletni, ty jeszcze nie.
– za tydzień będę- znów kłamstwo.
Uśmiechnął się.
– fajna dziewczyna jesteś. Lubię Cię. Spotkamy się?
Ziemia rozsunęła się pode mną. On, Apollo zstąpił, by ze mną spotkać się! To ja, ja biedna, nieszczęśliwa w swej nieodwzajemnianej miłości patrzę teraz, jak taki facet czeka na mą odpowiedź! Moja Miłość , ta prawdziwa, ta wielka i jedyna drwi ze mnie. Moja miłość, ta jedyna, ta wyśniona, odwiedza mnie tylko gdy Rodzice wyjeżdżają; nocą, po cichu . Moja Miłość przychodzi by czasem, gdy tego chce, dać mi kilka chwil niepewnej rozkoszy! Moja Miłość pojawia się niespodziewanie i niespodziewanie znika. Moja Miłość woli kobiety, które są już kobietami, a nie niedojrzałymi nastolatkami..Moja Miłość śmieje się, że tak niewiele jeszcze umiem…Moja Miłość ciągle mnie opuszcza…
– Tak, spotkamy się.
Przyjaciółki nie kryły zdziwienia:
– zaprosił cię na spacer?? Wariatko,wiesz o co jemu chodzi!
Nie o wszystkim przecież mówi się przyjaciółkom. Nawet najlepszym przyjaciółkom. Bo są pewne sprawy, które lepiej powierzyć.. mężczyznom.
Szliśmy w stronę zachodzącego nad lasami słońca. Opowiadał mi o uczelni i medycynie, którą też chciałby studiować.O tym , jak dużo i ciągle musi uczyć się, jak podnieśli znów poziom na tych cholernych studiach. O imprezach u kumpli w akademiku i całonocnych libacjach w jego mieszkanku. I o tym, jak o nim durne plotki ,chyba ktoś zawistny ,rozpuszcza.
Zatrzymaliśmy się na pomoście.Tafla wody mieniła się odcieniami pomarańczowego słońca, które powoli skrywało się za wierzchołkami sosen nadrzecznego lasu .
Spojrzałam w te piękne, błękitne oczy. Nieśmiało dotknęłam jego policzków, potem szyi.
Pochylił się i delikatnie, najdelikatniej w świecie pocałował mnie w usta.
Byłam zdecydowana.I byłam pewna, że nie odmówi.
– nauczysz mnie …?
Spojrzał zdziwiony.
– czego niby mam cię nauczyć?
– tego…no, anatomii. I wszystkiego.
Uważnie spojrzał na mnie i po chwili zaśmiał się głośno. Odwrócił się w stronę rzeki i spytał ( chyba rzekę) :
– nie wierzę własnym uszom.. a twój chłopak? Słyszałem, że kogoś już masz.Tam, w mieście.
-po pierwsze mój chłopak..jest i go nie ma. Po drugie: co on do tego ma? Poza tym gdyby cię rzeczywiście obchodził, gdyby dla ciebie ważne choć trochę było jego istnienie, czy zaprosiłbyś mnie dziś na spacer? Mam rację? – przyciągnęłam go i pocałowałam.
Znów spojrzał uważnie mi w oczy.
– sprytna jesteś. I inteligentna.Już wcześniej zauważyłem.. Mało jest takich dziewczyn. Dlatego zaprosiłem cię na spacer. Wychodzą mi bokiem te wszystkie roześmiane kretynki i wypacykowane niunie, które myślą, że są mądre i przebiegłe, a w rzeczywistości mają rozumek dwunastoletnich dziewczynek. Znam je dobrze, zwykle chcą bawić się za dobre pieniądze; chcą forsy. Wszystko zrobią, przebiorą się w szatki szczerości, a tymczasem są tak łatwe do rozszyfrowania. Ty jesteś taka..naturalna. Dlatego chciałem pójść z tobą na spacer.
– i dlatego też pocałowałeś mnie? Bo jestem taka naturalna? Inteligentna?
Przycisnął mnie do siebie. Leciutko odgarnął z mojej twarzy niesforne me włosy.
– pocałowałem cię, bo jesteś bardzo ładna.
– a lekcje? Czy nauczysz mnie tego?
– jesteś pewna?
– najbardziej w swoim życiu.
Zeszliśmy z pomostu. Chwycił mnie za rękę i poszliśmy w stronę posiadłości jego rodziców.
*
Nie zastanawiałam się przez chwilę,co on do mnie czuje i czy ja coś do niego czuję. Wciąż rozmyślałam o swej Wielkiej Miłości i o tym, że po wakacjach spotka mnie inną: dorosłą i doświadczoną. I o tym, że to, co robię z Robertem , jest adekwatne do tego, co Moja Miłość robi z tamtymi kobietami teraz i zawsze.
Tymczasem z Robertem spędzałam niemal każdy wieczór i noc. Wracałam nad ranem,wchodziłam tak, by nie budzić Ciotki i reszty rodziny. Ciotka była pewna, że bawię się na dyskotekach z dziewczynami lub łażę z nimi na ogniska i nad jezioro . A ja w tym czasie ,po cichu odkrywałam cudowny świat erotyki. Robert odsłaniał przede mną tajniki Kamasutry i zapoznawał ze sztuką ars amandi. Był inny, niż Moja Wielka Miłość i wszyscy, których do tej pory spotkałam. Miałam szesnaście lat i już kilka doświadczeń z chłopakami.Żadnego z nich, z tych wcześniejszych doświadczeń, nie można było jednak porównać do tego, co przeżywałam będąc z Robertem. Czasem przechodziło mi przez myśl, że to nie plotki, że musi być naprawdę jakimś żigolakiem. Ale nie przeszkadzało mi to; ani też to, że moje koleżanki obraziły się na mnie:
– on bzyka cię, bo jemu tu na wsi nudno- mówiły- wszyscy tak gadają!
– tak? Ciekawe czemu bzyka mnie, a nie którąś z was?
– a my nawet byśmy go nie chciały! Rób co chcesz, twoja sprawa.
– właśnie. Moja sprawa.
Często chodziliśmy z Robertem nad jezioro i kąpaliśmy się o zachodzie słońca. Pewnego razu poszliśmy wieczorem wzdłuż jeziora. Usiedliśmy na wielkim, zwalonym przez burzę drzewie. Część drzewa leżała w wodzie. Zdjęłam sandałki i szłam po tym starym, bez życia już dębie, dokąd tylko dało się iść.
– czemu nie idziesz ze mną? Robert, chodź, chodź do mnie!- zawołałam
– nie. Wolę patrzeć stąd na Ciebie. Wiesz, w tej sukieneczce , gdy stąpasz po tym drzewie w świetle księżyca wyglądasz jak elf.
– mały elf- Emmanuelle! – zaśmiałam się.
– Emmanuelle…tak, Emmanuelle.

Przez cztery sierpniowe tygodnie , było zaledwie kilka dni, gdy nie widzieliśmy się. Dni, gdy pomagałam Ciotce robić konfitury i dżemy na zimę. Dni, gdy byłam słodką, grzeczną dziewczyną; dni, gdy dostawałam gęsiej skórki na widok kochających się par w przypadkiem włączonych przez Ciotkę filmach na tv. Wieczorami siadałam na werandzie i patrzyłam w stronę domu Roberta. I natychmiast musiałam odwracać się, by nie pobiec tam w nieumówiony dzień.
Gdy spotykaliśmy się, za każdym razem, od czasu naszej wyprawy na zwalone drzewo na jeziorze, Robert witał mnie słowami:
– jak się czuje dziś Mały Elf?
Brał mnie na ręce i niósł na łóżko. Rozbierał i po łacinie wyliczał każdą część mego ciała, której dotykał.
– czy jestem już dość dobra?- pytałam niepewnie
– Andżelika, to się albo ma, albo nie. Ty jesteś jak wulkan, ty jesteś sam sex. Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy?
– chodzi mi o technikę.
Zaśmiał się.
– ilu mężczyzn, tyle gustów. Mnie się podoba. Przecież sam ci pokazałem to i owo.
– a nie przeszkadza ci, że jestem taka…no, że nie mam wielkich piersi..?
Zaśmiał się. I śmiał się chyba całą minutę.
– taka inteligentna dziewczynka, a potrafi zadać tak głupie pytanie! Oj jakaś ty naiwna czasem Andżeliko!- mówił nadal śmiejąc się – nie, nie przeszkadza mi. Jesteś Małym Elfem, a nie dojrzałą kobietą , czy podstarzałą sex bombą. A jak już tak martwią cię te twoje piersi, to spójrz na swą ciotkę i matkę; jesteś do nich podobna i założę się, że za dwadzieścia lat, gdy urodzisz ze dwoje dzieci, będziesz taka pełna , jak one. Zadowolona?
– dwadzieścia lat to długo, strasznie długo.I żadnych dzieci nie chcę mieć! Zresztą pewnie mnie już nie będzie.
– dlaczego ma cię nie być?
– bo nie. Życie jest głupie i nie chcę tyle żyć.
Pomyślałam, że jeśli ani on, ani Moja Wielka Miłość mnie nie kocha, to chyba nie warto żyć.
– Andżelika, zaraz masz maturę, pójdziesz na studia, wtedy dopiero zaczyna się życie! Mówię ci! I nie gadaj już głupot.Mówisz jakbyś miała piętnaście lat. A właściwie- dotknął delikatnej skóry mych ud- …ile ty masz tak naprawdę lat?
– szesnaście. Miesiąc temu skończyłam…
Położył się obok i złapał za głowę.
– idiota! Kretyn!- krzyknął patrząc w sufit. Spojrzał na mnie:
– i miałaś już kilku chłopaków.Szybko zaczynasz. I nigdy ci nie było, jak ze mną…dziewczyno, wiesz, że nie zdziwiłbym się, gdyby twój ojciec strzaskał mi pysk! Dlaczego mnie oszukałaś?
– bo nie udzieliłbyś mi lekcji. Nie martw się, wszyscy się nabierają. Poza tym Małe Elfy muszą kłamać. Takie już są.
Tej nocy długo i jakby inaczej , niż zwykle kochaliśmy się.
*
Dwa dni przed moim powrotem do miasta i rozpoczęciem roku szkolnego , Robert zrobił imprezę w letnim ni to domku-ni altance swych rodziców. Altanka ta usytuowana była w ich wielkim, owocowym sadzie i faktycznie była malutkim, drewnianym domkiem z taką samą, maleńką werandą. Wszyscy jednak mówili na ów domek ” altanka”.
Robert zaprosił swych kolegów, ja koleżanki, z którymi zdążyłam już pogodzić się.
Graliśmy w karty, z radiomagnetofonu rozlegały się dźwięki Curów i Marillion, gdy nagle Beata, ta fałszywa suka, powiedziała jakby od niechcenia:
– aha, zapomniałabym: Marek przyjechał. Jakimś nowym motorem. Szukał cię Andżelika, ale powiedziałyśmy mu, że wyjechałaś z Ciotką do krewnych. Dobre, nie?
– niech spierdala- automatycznie odpowiedziałam.
Zakuło mnie serce, a Robert nagle spoważniał.
– zabawiłaś się mną, jak kotka myszą. Cwana jesteś, Bezwzględna !- powiedział, gdy wyszliśmy na zewnątrz.
– nieprawda. Nienawidzę go i nie wrócę do niego. Chyba …
– wrócisz.Powinienem teraz dać ci w twarz.
– a ja tobie.W końcu.. zdemoralizowałeś nieletnią.
– jesteś podła! Kłamliwa! Jeszcze dziecko, a tak złe!
– Lolita? Emmanuelle- powiedziałam i pocałowałam go słodko.
Piliśmy więcej, niż na każdej imprezie. Upijaliśmy się swym smutkiem ; upijaliśmy się tworząc przedziwną barierę anty -smutkową. Anty- uczuciową..?
Nie kocham go, nie!Nie kocham też już swej Wielkiej Miłości! Nie ma miłości! Żadnej!
O czym on myślał- nie wiem. Nie było to ważne; chciałam go, rozpaczliwie pożądałam i tylko to się wtedy liczyło.
Pijani , półprzytomni wynieśliśmy z altanki stary materac i ciągnąc go wgłąb sadu, pożegnaliśmy się z jego kolegami i moimi koleżankami. Ich min, ani wzroku nie muszę chyba opisywać.
Letni, nocny wiatr tulił nas, gdy kochaliśmy się wśród wysokich traw i gdy potem układaliśmy się do snu.
Rankiem obudziły nas ostre promienie sierpniowego słońca, które coraz mocniej, i coraz bardziej nachalnie muskały nasze twarze.
– może cię kocham…- szepnęłam dotykając ustami jego ud- ja już nie wiem czym jest miłość. Ale wiem, jak ją pożerać.
*
Szliśmy wśród łanów zbóż, które falując niczym wielki, złoty ocean, chwilami rozchylały się przed nami.
Nie mówiąc nic, trzymał mocno mą dłoń.
– nie wybaczę ci nigdy, że mnie okłamałaś.
– kiedy? Przecież poprosiłam, abyś nauczył mnie ” anatomii”.
– zgoda,ale oszukałaś mnie odnośnie swego wieku. Jesteś cwana. Wygrasz życie, ale możesz zgubić to najważniejsze: uczucia.
– ha! Nie ma uczuć lub są mało ważne. Sam tak mówiłeś śmiejąc się gdy czytałeś mi fragmenty Kamasutry. I pokazując te obrazki.
– chcesz być ekskluzywną dziwką?
– nie. Ale chcę poznać ten świat. I umieć się w nim znaleźć. Muszę podziękować ci. Nauczyłeś mnie wiele
Przerwał mi nagle-
-czyli to wszystko, to co robiliśmy, nie miało dla ciebie żadnego znaczenia…duchowego?
– miało i to duże. Chciałam cię kochać, ale boję się…
– czego?
– że mnie zostawisz. Jestem młoda i chcę żyć.
– niedawno mówiłaś, że nie chcesz!
– to było kilka dni temu. Czyli dawno.
Uśmiechnął się i przytulił mnie.
– jesteś okropna Andżelika! Demon jaki, czy co?
– nie demon, tylko Elf. Mały Elf.
*
Pomimo tego, że zaręczał, że chce się ze mną nadal spotykać, nie skorzystałam z tej kartki z jego adresem w mieście, którą mi wcisnął przed naszym rozstaniem.
Szłam do domu Ciotki dumna i pewna tego, że jeśli nie skończę z tym cyrkiem zwanym życiem, na pewno będę dobrą kochanką. Dla swej Wielkiej Miłości, a może i….
*
Gdy patrzyłam na niego trzydzieści lat później, w tej kawiarni, w której przypadkiem spotkałam jego i jego żonę ,widziałam tuż przy nim
ją,
dziewczęcą, dużo młodszą od niego.Śliczną, młodą kobietę. Była niemal jak ja wtedy; długie blond włosy, szczuplutka i delikatna.
Przemknęło mi przez myśl: Mały Elf? …

I patrząc w jego oczy, zobaczyłam jeszcze coś: jezioro i łany zbóż.
Wszystko nagle stało się
tak proste. Tak oczywiste,
A świat, poprzez swą powtarzalność, wydał się nagle
tak …doskonały!

 z internetu

*Bardzo ważne spotkanie*

Było letnie, upalne popołudnie.
Jeszcze dwie godziny i spotkam się z Markiem! Wreszcie! Po tylu latach mijania się, po miesiącach, gdy kontakt nasz opierał się ostatnio głównie o sprawy służbowe, rozmowy telefoniczne, smsy i e-maile , zobaczę go! Nareszcie spędzimy popołudnie i wieczór razem. Mamy spotkać się w moim ulubionym zajeździe nad wodą. Po obiedzie przejrzymy dokumenty i omówimy szczegóły objęcia przez mnie nowego stanowiska. Poważna sprawa. Trochę obawiam się, czy dam radę. Ale niech tam, jeśli się nie zaryzykuje, to się nie ma !
Już nie mogę doczekać się naszego spotkania!
Czarna czy czerwona sukienka? Czarna odpada, za gorąco na czerń dziś. Czerwona też odpada; mocno dopasowana, za seksowna na spotkanie z Przyjacielem. Wiem! Ta w kolorze czerwonego wina będzie w sam raz! Jakie buciki? Czarne szpilki, a na wieczór czarny ,ażurowy szal? Nonsens, nie mogę znów ubrać się jak na wesele! Kilka dni temu zrobiłam taki numer, całkiem przypadkiem oczywiście. Wszyscy w tej restauracji byli w letnich, jasnych ciuchach, a ja w lśniących szpilach, tamtej sukni, szalu i złotym naszyjniku niby rodem ze Starożytnego Egiptu. Dopiero po czwartym kieliszku przestałam cierpieć ze wstydu ;)
Ok, suknia w kolorze czerwonego wina może być. Do tego te moje ukochane, cudne szpilki made in Spain , w kolorze jasnej kawy z mlekiem i przezroczyste, tego samego koloru bolerko. Ślicznie! Żadnych złotych naszyjników, delikatny łańcuszek. Tylko gdzie on, cholera, jest? Zaraz poszukam, teraz muszę zlokalizować ten nowy błyszczyk( w której torebce może być?? ) .
Szybciej Angie, czas leci, już za godzinę spotkanie!
Aga, będę trochę spóźniony, przed chwilą miałem mały wypadek, czekam na policję – spokojnym głosem zakomunikował M.
– nic Ci nie jest?
-nie, wszystko w porządku,samochód tylko nieźle poturbowany.
To nawet dobrze. Tzn., źle, że ktoś go stuknął , ale dobrze,że nic mu nie jest i że trochę spóźni się; zdążę jeszcze zrobić to i owo, piętnasty raz poprawię włosy, trzydziesty ósmy spojrzę w lustro na to zjawisko w ciemnoczerwonej sukni.A może założyć chabrową? Nie, za duży dekolt, nie wypada. Poza tym nie ma już czasu na szykowanie się od nowa.
Telefon. Ki diabeł? Księżna Matka? Przecież wie, że zaraz jadę! Czemu wszyscy zawsze zawracają mi głowę, gdy się śpieszę?!
– co jest?- spytałam szybko, szukając w trzeciej torebce błyszczyku.
– Agusiu, dziecko,BB ( mój Brat, Big Brother , w skrócie BB) rozwalił Suva. Gdzieś blisko nas. Zorientuj się co się tam stało, ja nie mogę zejść z dyżuru.Jemu chyba nic nie jest, ale nie wiem, w jakim stanie jest samochód…
Przemknęło mi przez myśl, że…
nie, to niemożliwe!Prawdopodobieństwo 1: 1000000 chyba! To nie ten rejon, M. ma jechać z Warszawy, a BB wraca z pracy z pobliskiego miasta, które nie leży przy głównej drodze na Warszawę. Już dzwonię do BB sprawdzić, czy nic mu nie jest .
– żyjesz? Co się stało? Mama w stanie przedzawałowym, mówi, że rozwaliłeś SUVa , co się dzieje?
– nic takiego, stuknąłem tylko jakiegoś gościa. Wszystko z mojej winy, prędkość i wyprzedzanie w niedozwolonym miejscu. On też jechał toyotą, ale niedużą osobówką.Mój SUV ok, ma tylko zderzak zgnieciony i trochę strzaskany bok; gorzej z autem tego faceta. Ale już jest policja, spisujemy dokumenty właśnie.
– słuchaj- czułam, że mój głos zaczyna brzmieć inaczej- słuchaj, czy ten pan ..czy ten pan jest elegancki, ma siwe włosy , na imię Marek i jedzie z Warszawy?
Cisza.
– tak. Skąd wiesz?
O BOGOWIE! O Święci Anieli Pańscy!
Nogi się pode mną ugięły.
– To gratuluję! Ty durniu!- krzyknęłam do Brata- przecież to dyrektor mej firmy! Marek, którego nie widziałam od lat i z którym miałam za kwadrans być na obiedzie i podpisywać nową umowę! Dlaczego? Dlaczego stuknąłeś… akurat jego?!
– Panie Marku – słyszałam jak Brat mówi do M.- panie Marku,to Pan jest szefem mej siostry i Pan miał spotkać się nią dziś na obiedzie…?
Policjanci parsknęli śmiechem. Marek i BB też.
*
Cały wieczór , zamiast przeglądać dokumenty, rozprawialiśmy z M. o tym wydarzeniu.
Bo–
gdyby Marek pojechał przez Wrocław i potem wojewódzką 94, gdyby wujek google nie kazał mu omijać miasta i jechać tym durnym skrótem przez wioski, gdyby wyjechał wcześniej, albo później…gdyby przejazd nie był wtedy zamknięty, gdyby mój BB nie zwolnił się pół godziny z pracy…
Przypadek, czy zapisane w gwiazdach?
Ehhh,
jednak są na świecie są rzeczy, o których nie śniło się …
;)
***

* Anty-wpis * ;)

…czyli, miedzy innymi o zdjęciach, które nie wyszły ;)

Przyznam, że dopadł mnie totalny , blogowy leń. Opuszczam się okropnie w pisaniu; nie wiem nawet, czy nadążam z odwiedzinami u wszystkich , którzy mnie follow i których ja follow . Jasne, wiem, blogowanie to nie obowiązek, nie ścisłe przestrzeganie jakiegoś harmonogramu, jednak myślę, że jeśli już zaczęło się prowadzić blog( bloga?) , to trzeba, cholera, być konsekwentnym i coś czasem napisać! Tymczasem siedzę przed komputerem i czuję, jakby wena gdzieś odeszła hen, hen…Szczerze mówiąc,ostatnio rzadko siedzę przed komputerem; jeśli już, to zwykle z konieczności podyktowanej sprawami życia codziennego.
Tempo życia, samo życie. W wolnych chwilach wyjazdy tu i tam, spacery po lesie; przyjazdy dzieci i krewnych, potem wyjazdy . Powakacyjne spotkania z przyjaciółmi, różne imprezy, które też często pozostają tylko w tym , obiecanym solennie ” na pewno przyjdę!” .
Niedawno późnym popołudniem pojechałam do naszego starego, znajomego lasu. Oczywiście wzięłam nasze dwie psice; po pierwsze dlatego, że jest tam ich ulubiony,leśny staw, w którym przepadają pływać; po drugie, pomimo swej wielkiej, osławionej już odwagi, odkąd spotkałam w lesie trzech wyrostków i o mało serce nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej ze strachu, nie chodzę do lasu sama. (Szczególnie, gdy słońce chyli się ku zachodowi.) Wtedy zachowałam zimną krew; gdy podeszli zamieniałam z nimi kilka słów, choć czułam się bardzo, bardzo niepewnie. Na szczęście natychmiast zjawiła się tuż przy mej nodze Saba, która głośnym warknięciem i stanowczym spojrzeniem lekko przekrwionych oczu, skutecznie ostudziła dobry humor trzech młodzieńców. Odeszli.
Teraz byłam w lesie z dwoma psami.
Chodziłam szukając prawdziwków i napawając się pięknem lasu. Nie byłabym sobą, gdybym nie uwieńczyła fotografią tego, co zachwyciło mnie.
I…
oto, co wyszło:

201309061831
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że na zdjęciu jest coś takiego. Miałam skasować, ale ponieważ kiedyś, gdy opowiadałam Uli , jak to wystawiłam łapkę za szybę rozpędzonego samochodu , by zrobić zdjęcia gór i lasów , które po sfotografowaniu przedstawiały jakąś dziwną, zamazaną plamę i musiałam je skasować, Ula nakrzyczała ” i coś zrobiła? „, postanowiłam tym razem zostawić to coś.
I wierzcie mi: fotografowałam fascynującą, porośniętą mchem gałąź…
;)

Tu chciałam zatrzymać widok prawdziwkowego lasu późnym popołudniem. Daję słowo, nie było wtedy żadnej mgły, było nawet dość jasno i przejrzyście.
A na zdjęciu wyszło coś takiego:
201309071833
;)
Gdy wracałam, urzekł mnie wyjątkowo piękny zachód słońca nad polami. Oczywiście natychmiast stanęłam na poboczu, by zatrzymać na zawsze ten fantastyczny widok. Zrobiłam kilka zdjęć. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że.. w kadr wszedł ( czy może bardziej: wleciał) samolot! Nawet dwa samoloty. Smugi po nich zepsuły mi i cały cudny widok, i cały mój wzniosły nastrój. ;)
Bo jak teraz to wygląda?

201309071835
201309071837

Ehh, co tu dużo mówić;

naprawdę nie mam ostatnio serca do blogowania…;)

***