* Co Krzysiu,masz dyżur..? * ;)))

Zanim zaprowadzę Was do Zamku Królewny Marianny, mając wreszcie wolną chwilę po zabójczym dla mnie wiosennym segregowaniu odzieży Małej W. , napiszę coś /chyba/ dość śmiesznego.( muszę odreagować ;)
Właściwie to znów niechcący ” podpuściła” mnie dziś Sitelola swoimi historiami z życia zawodowego

http://lekarskie.wordpress.com/2012/03/22/pani-wie-kim-jest-moj-maz/#comment-138

Dawno temu( dawno? hmm, teoretycznie tylko 22 lata wstecz) powiłam swego Pierworodnego. Oczywiście w drodze do szpitala nie towarzyszył mi nikt inny, jak moja Szanowna Pani Matka, lekarz pediatra.

Wtedy, wczesnym czerwcowym rankiem 1990r. wiozła mnie, swą Pierworodną do szpitala, w którym jeszcze akurat nie miała specjalnie wielu kolegów. Sytuacja wyglądała całkiem niepewnie, ponieważ pędziła na dyżur i nie mogła ze mną zostać. Zresztą…wcale nie chciałam Jej obecności wtedy. I myślę, że Ona wtedy też nie była gotowa na asystowanie mi przy porodzie.
– nic się nie martw dziecko, zaraz zaczyna dyżur Ciocia .Będzie dobrze!

Ciocia, lekarz ginekolog, kobieta piękna i o nieprzeciętnym temperamencie, wzbudzała tak podziw, jak lęk współpracowników. I otoczenia ogólnie. Krążyły legendy, że rzuciła się z pazurami na swego przełożonego, gdy ten podważył jej opinię ( w jakiej sprawie..? tego nie wie nikt ;))
Niektórzy uważają, że mam temperament podobny do ciotki; jest w tym chyba wiele przesady; faktem jednak było to, że raczej wolałyśmy nie wchodzić sobie w drogę …. ;)))
*
Po szybkim badaniu, lekarz położnik stwierdził, że ” to potrwa, OJJ, potrwa” . Jak już zasygnalizowałam wcześniej, w szpitalu znalazłam się jako zupełnie obca, nieznana kobieta; ot kolejne „babsko do porodu” .
Mój lekarz, przystojny, młodziutki doktorant był bardziej zainteresowany nowym rzutem piguł niż mną. ( dla tych co nie wiedzą: młodych pielęgniarek, praktykantek) . Polecił mi leżeć na sali porodowej i czekać . Nie wiedziałam tylko na co: na niego, czy na poród..?
Leżałam więc dość cierpliwie, okryta jakąś białą płachtą, licząc po cichu czas między bólami. Nie będę opisywać jak to cholernie bolało, bo każda matka to wie.
Z kanciapki obok dobiegały rozbawione głosy mojego położnika i kilku ślicznych praktykantek.
– kurde, jak Apollo z Nimfami- myślałam sobie tak dla poprawienia humoru, jednocześnie zaciskając pięści z bólu.
Nagle za szybą oddzielającą porodówkę od małego korytarzyka, zobaczyłam czarnowłosą, smukłą postać.
Ciocia !!! – po raz pierwszy w życiu aż tak ucieszyłam się na Jej widok.
Pomachała mi najpierw, po czym weszła po cichutku na moją salę.
– rodzisz …- szepnęła
Jeszcze ciszej niż na porodówkę, wsunęła się do kanciapki obok.
– co Krzysiu, masz dyżur? – spytała słodko, swym melodyjnym głosem
W pokoiku Apolla zapadła grobowa cisza. KAŻDY ZNAŁ CIOTKĘ! Nasłuchiwałam tak intensywnie, że aż miałam wrażenie, że na chwilę bóle ustały. Ciocia nie zmieniając słodkiego tonu kontynuowała:
– wiesz Krzysiek kto rodzi?
Cisza.
– rodzi mojej przyjaciółki córka właśnie. A gdzie jest lekarz położnik?- ton cioci zmieniał się. Przechodził w znany wszystkim JAZGOT- gdzie jest lekarz, pytam , kurwa?!!! Przy rodzącej? Nie! Podszczypuje młode cipki teraz!
– ależ nie, ja tu jestem cały czas!- Apollo próbował się bronić
– proszę stąd wyjść!- to już był nie jazgot, a potworny krzyk Cioci.
Sześć Nimf uciekło z kanciapki w popłochu. Jedna podbiegła do mnie panicznie podłączając KTG.
– a Ciebie Krzysiu ostrzegam- głos Cioci był znów melodyjny i słodki – jeśli Jej lub dziecku się coś się stanie, jeśli COKOLWIEK pójdzie nie tak, powieszę Cię. Na Twych własnych jajach. :))))
*

Choć poszło troszkę nie tak ( u mnie nic nie jest ani proste, ani oczywiste :) , Syn w końcu przyszedł na świat. Ze zwichniętym barkiem, gdyż utknął i za licho nie można było Go wypchnąć…
Ciocia nie powiesiła Krzyśka; wybaczyła Mu, a On ( podobno) nigdy już nie miał z Nią dyżuru ;)

***
Opowiastka może śmieszna;
smutne jednak jest to, że tylko tam gdzie znajomości…..

Reklamy

22 comments on “* Co Krzysiu,masz dyżur..? * ;)))

  1. ugoldenbrown pisze:

    I dobrze, że Ciocia dołozyła Krzysiowi, myślę, że taka praktyczna nauka więcej pomogła, niż tony wykładów.
    A ja rodziłam też jakby „po znajomości” – to znaczy – niczego nie załatwiałam, nie umawiałam żadnego lekarza, czy położnej – okazało się, że na oddziale pracuje mój kolega z podstawówki i liceum. Gdy go zobaczyłam, z jednej strony poczułam ulgę, że widzę znajomą twarz, a z drugiej – zażenowanie, niepewnośc…;)
    Ale dzięki Wojtkowi mialam naprawdę komfort rodzenia. Z wyjątkiem kleszczy, ale to już inna historia;)

    • Angie pisze:

      Golden, tylko nie kleszcze! Wystarczyło mi to, co przeżyłam bez kleszczy ! :))))
      ( czasem aż się dziwię, że JA To przeżyłam! )

    • sitelola pisze:

      To „po znajomości” dziwnie wychodzi. Najgorzej jest, jeśli lekarz leży w szpitalu i wszyscy o tym wiedzą. Czują się zwolnieni z obowiązków.. Wyobraź sobie, że kiedy leżałam z tego samego powodu w tej samej klinice czekając na poród „szyneczka” to ja właściwie prowadziłam pacjentki ? A kiedy moja późniejsza psiapsiółka zakrwawiła z łożyska przodującego a młody ginekolog zbladł i wyszeptał ” nie wiem co mam robić” wywlokłam go za drzwi i zabroniłam delikwentowi informować wystraszone położnice o stanie jego umysłu. Pozbierał się do kupy, bo musiał, ale na dziewczyny strach blady padł był i tak i miałam bal prawie do rana.
      Że nie wspomnę jak mnie kolega z grupy pracujący już w tym czasie jako anestezjolog pełną gębą ( był gwiazdą jakiegoś serialu TVN o pogotowiu „cycuś”, nawet ślub brał na wizji z tego co słyszałam…) znieczulał do tegoż porodu… Nie powiem, że źle, od serca mnie znieczulał, tyle że na mnie żadne środki nie zadziałały w maksymalnych dawkach i nie chciał mi wierzyć , a kiedy zrobił test na „ciepło-zimno” mimo, że powiedziałam mu jak jest bez pudła i tak był przekonany, że zalewam…O…i to wówczas nie dałam młodego potraktować kleszczami… Ależ była jazda…

  2. sitelola pisze:

    Ok…Skoro Cię podpuściłam, to chociaż się zrewanżuję krótką opowiastką.
    Kiedy postanowiłam wydać na świat swoją Pierworodną byłam akurat w zawieszeniu pomiędzy 5 a 6 rokiem studiów ( dziekanka ). Niemniej wybrałam się rodzić na Starynkiewicza. A żeby uściślić zostałam zmuszona się tam -na miesiąc przed terminem- położyć, bo jak to u służby zdrowia bywa nie było łatwo ( nie dość, że w 4 miesiącu miałam nie wiadomo z jakiego powodu OZT !!! ). Przypadkowe badania wykazały, że mam cholestazę ciężarnych. Oczywiście był to październik. A skoro październik byli i studenci. A żeby było weselej był to mój własny ( „rodzony”) rocznik . Kiedy się kładłam zajęcia rozpoczęli kumple z grupy z którą dosyć często chadzałam na zajęcia. Miałam ich 24 godziny na dobę przez 6 dni w tygodniu na głowie ( byliśmy tam zamykani bez prawa wyjścia na tzw.klinice na całe 6 dni i nocy ). Obmacywali mi brzuch z każdej strony, obsłuchiwali, podłączali KTG i odgrażali się, że hurtem będą asystować przy porodzie doprowadzając mnie tym do pasji ( JESZCZE CO!!!)… Generalnie nie miałam zbyt wielkiej alternatywy, ponieważ pod koniec października była zmiana grup i na zajęcia wchodziła moja własna grupa dziekańska ( która odgrażała się dokładnie na tę samą melodię …).
    Tak mijały mi dni i tygodnie aż znajomi skończyli klinikę i pożegnali się ze mną czule w sobotę mając również pretensję, że byłam oporna. Został mi tylko jeden dzień bez studentów w ogóle. Była nim niedziela … bo od poniedziałku wchodzili moi…
    Cóż było robić. Urodziłam. A jakże. Ze strachu urodziłam w niedzielę punkt 12.00 w południe. Dzwony biły, syreny wyły ( nie wiem dlaczego, ale wyły …może był pożar?…) a ja urodziłam Pierworodną bez tych namolnych pacanów.
    Ależ byli wściekli, że im taka okazja sprzed nosa zwiała !!!

    • Angie pisze:

      Dobre! :)))))))))
      Niesamowite właściwie, że udało Ci się w niedzielę, gdy Ich nie było!
      Mnie z kolei po którymś porodzie przyszła „oglądać” cała grupa Młodych Ludzi :) Kurrrr, jak mi było..niezręcznie!!
      Wiesz, ja ze służbą zdr.głównie przez Mamę, Ciotkę,Wujka, Brata i kilku innych jestem związana.Oraz przez swą pracę w papierach szpitalnych, a teraz z chorymi psychicznie bezpośrednio ( jak to dziwne,kiedyś opowiem, może prywatnie jakoś ;)
      Żeby było weselej powiem tylko, ze Mama jako młodziutka p.doktor pediatra,gdy urodziła mojego brata, „doszukała ” się w nim z 10 różnych chorób i wad;)))))) Oczywiscie koledzy i koleżanki uspokoili Ją, że jest wszystko ok .Ale do dziś gdy brat ją wkurzy, mówi, że chyba miała wtedy rację ;)))

      • sitelola pisze:

        Do dziś nie wiem jakim cudem. Ale żeby było śmieszniej Trzeci też urodził się w niedzielę…
        Środkowa o mały włos a byłaby 1-majowa, ale się wywinęła na godzinę przed… I ta jest najbardziej leniwa :-) i najbardziej do mnie podobna, hehehehe.
        A z tymi chorobami i wadami…no cóż…skrzywienie zawodowe :-P

        A propos psychiatryka :
        Zadzwoniłam jako „młoda lekarka” któregoś dnia do szpitala psychiatrycznego z prośbą o przyjęcie mojego pacjenta. Telefon odebrał bardzo miły pan doktor. Bez szemrania zgodził się na tę hospitalizację. Zapisał nazwisko biedaka, którego kierowałam i…. w tym momencie słyszę wrzask : „Czesiek ile razy mam ci powtarzać abyś nie wchodził do gabinetu pana ordynatora. Natychmiast wracaj na salę!”….
        Upssss….

  3. Angie pisze:

    Wiesz..ja też urodziłam się w niedzielę. I to w LATO STULECIA :)))

    Co do psychiatryka; panuje opinia, że ” tam nie ma lekarzy, ino psychiatrzy”. Coś jest na rzeczy; Matka gdy przeniosła się do Pogotowia i Brat dostawali szału . gdy kierowali tam ludzi. Brat do dziś siedzi w Pogotowiu i do dziś krew Go zalewa na lekarzy dyżurnych z psychiatryka. Opowiada, że wzywają ich ( pogotowie) to tak błahych przypadków czasem, że ” byle sanitariusz” wie co robić ( może przesada, ale znam to z pierwszej ręki i wiem w czym rzecz)
    Kiedyś PAMIĘTAM jak lekarz nasz dyżurny z psychiatryka nie mógł się wkłuć w żyłę pacjentce i wzywał Z DOMU na pomoc moją znajomą pielęgniarkę, która słynęła z kunsztu ..Ja rozumiem, tu może chodzić o praktykę ( w końcu więcej wkłuć w życiu robi pielęgniarka) .Mimo wszystko, jak moja Mama mówi: to już nie ta medycyna….( no, chyba, że KTOŚ CHCE- wtedy wie! )

    • sitelola pisze:

      I tak i nie. Kiedy podjęłam pracę po studiach doktory starej daty niczego nie robiły w pogotowiu. Przynajmniej na moim terenie. Ani wkłuć, ani EKG ani nie daj Panie defi. Kiedyś najechałam na wypadek pod dużym miastem Wrocławiem, już w czasach „systemu”, naharowałam się z policją i strażą ratując ludzi (masówka 4-5 rannych ) po to tylko, aby starsza doktor po przyjeździe zakwestionowała moja kwalifikację pacjentów odwracając się do mnie d… i odwracając koce termiczne w odwrotną ( złą ) stronę . Efekt ? Chory z urazem głowy ( maskowanym ) zakwalifikowanym ze względu na mechanizm tegoż urazu przeze mnie do natychmiastowego transportu zmarł, bo kazała mu stać godzinę z boku ( przecież był przytomny i chodzący !!!).
      Takich sytuacji sporo było w mojej karierze w rożnych miejscach, ale co tam.
      A psychiatrzy, to psychiatrzy… Masz rację, nie wiadomo czy to jeszcze lekarze :-)

  4. dabjlu pisze:

    no ja to zupełnie standardowo;) 10 godzin w mękach i już;)
    Córcia podduszona ze złamanym obojczykiem..kolejny tydzień w szpitalu przy inkubatorze, bo lekarz przychodził i pytał „czy już”?..a kiedy jest „już” do diaska!
    Nie zapłaciłam, uparłam się że nie musze to voila!

    • Angie pisze:

      Dablju, jeśli mogę Cię pocieszyć:
      pierwsze rodziło się dłuuugo i okrutnie, mimo wbitych we mnie kilku różnych igieł z kroplówkami
      drugie…ten BŁĄD położnej kosztowałby ją wiele, gdyby nie była ” starą znajomą”…szyli mnie ponad godzinę..
      a trzecie, to wiesz, pisałam ostatnio…
      Jedno wiem; gdyby nie interwencja Ich- lekarzy, może pierwsze i trzecie moje nie przeżyłoby wtedy. Ten średni jakoś wylazł prawie sam, choć położna ” dała popalić” wówczas ;)

      • dabjlu pisze:

        Angie, troszkę nawiąże tu do wypowiedzi Siteloli.
        Moje pierwsze dziecko zmarło w 5 miesiącu. W szpitalu byłam królikiem doświadczalnym bo akurat 20 chłopa miało praktyki, więc musieli se sprawdzic jak to tam wygląda kiedy dziecko nie żyje. Istny koszmar poniżenia i rozpacz straty. przez długi czas nie wychodziłam z łózka..nie miałam siły i odwagi żyć, by w końcu wytłumaczyc sobie że tak się stać widocznie musiało, bo może słabe było, albo urodziło by się ciężko chore. Ciężki numer co?;)

  5. Angie pisze:

    Nie tylko nie do przeżycia, ale nawet nie do wyobrażenia..
    Nie mogę teraz nic powiedzieć.Rozumiesz.
    Zwalić na Boga? Nie wierzę AŻ tak, ciągle się waham. Niepojęte to dla mnie.
    Powiem tylko,że już dziś nic nie można powiedzieć mądrego. Ani wtedy ,ani dziś tym bardziej., mnie jako człowiekowi i matce.Zresztą, co ja pieprzę, czy w ogóle TUTAJ coś można mówić?!!
    Nie wiem co Sitelola na to jako lekarz. Czy takie praktyki powinny odbywać się??

    • dabjlu pisze:

      Angie, co do praktyk nie znam się. Z logicznego zaś punktu widzenia, musze powiedziec iż nie ma innego sposobu aby na „zywej ofierze” dokonać sekcji. Taka praca..dla mnie sytuacja podła, dla lekarzy normalna poniekąd..na manekinie się nie nauczysz…
      Mam już dystans, czas robi swoje, ponad 16 lat..
      Wiem już że większość sytuacji to nie przypadek, na wszystko jest miejsce i czas..a czasami to znak..wystarczy częściej słuchać swojej intuicji..mnie rzadko oszukuje, ale czasem moja krnąbrność wysyła mnie na inną drogę..
      a co do Boga dziś akurat przypomniał mi się cytat „Terrego Pratchetta: „bogowie umrą, jeśli tylko ludzie przestana w nich wierzyć”..

  6. Krystiana pisze:

    -tak czytam twój wpis i wiesz wydaje misię ,że tak naprawdę rozumie go ten co rodził….

  7. Nie zgadzam się z opinią Krystiany, bo.. nie:-)
    Gdy rodziło się moje Pierworodne Szczęście to przyznam, że sprawa poszła dość szybko. Pierwsze skurcze ok. 9.30, telefon po pogotowie 12.45. W czasie oczekiwania na pogotowie stałem z Koleżanką Małżonką przy oknie i tak dialogowaliśmy spokojnie:
    – Ale wiesz przecież, że może urodzić się chłopiec?
    – Tak, wiem – odpowiedziałem bezwiednie.
    – Nie będzie ci z tego powodu przykro?
    – Ależ skąd, kochanie! Obojętnie co się urodzi byle… dziewczynka.

    13.05 pogotowie zabrało żonę. 13.55 urodziła się dziewczynka.
    Proste? Proste!… i niech mi ktoś powie, że faceci nie rozumieją kobiet.

  8. :)))))) nie znam się na w/w albowiem ja i moja wedżajna nie rodziłyśmy, ale za to znam masę takich fopa lekarsko-pacjenckich na własnej skórze. może jak kiedyś zamieścisz coś w ten deseń, to się podzielę.

  9. urden pisze:

    Ech, ciotunia miodzio :D. Gdyby wszystkie takie były, o ileż świat byłby ciekawszy i piękniejszy…..

  10. Cane pisze:

    No i zestresowała Krzysia. A się chłopina odstresowywał, ;)

  11. wg108 pisze:

    Jak ja wam współczuję tego rodzenia, szpital zawsze mnie przerażał obieraniem godności pacjentowi. Może teraz personel ma wyższe kwalifikacje niż dawniej, może, ale coraz więcej jest lekarzy i pielęgniarek o wątpliwych kwalifikacjach moralnych. Zachodzą podobne zjawiska jak w innych zawodach i klasie umownie politycznej.

  12. charmee00 pisze:

    Normalnie jak na babskim wieczorku…

  13. mmrr pisze:

    lubię czytać Twoje historie Angie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s